Piątkowy festiwal kozaczków, kanapek i kebabów

Marzyciel z „Auto da feEliasa Canettiego w uroczym domu w Supraślu, na samym skraju Puszczy. Z dnia na dzień jest coraz chłodniej, coraz bardziej szaro i smutno. Można by rzec, że  to wszystko domaga się, jak powiedziała mi niedawno znajoma, porządnej flaszki. Najlepiej Żołądkowej Gorzkiej – napoju najbardziej polskiego z polskich, choć z litewskim rodowodem. I najbardziej jesiennego z jesiennych. Kiedy wychodziłem z domu Gospodarza dzisiejszego spotkania i szedłem w kierunku samochodu, najbardziej w głowie zapadł mi zapach takiego miejsko-wiejskiego ganka, a potem mroźne powietrze pomieszane z zapachem dymu z kominów. Mróz dopadł szyby auta, zacieraliśmy z zimna ręce, kiedy grzał się silnik. Nalepiej mieli ci, którzy spróbowali łąckiej śliwowicy Krzysztofa. Kiedy przejeżdżaliśmy obok pięknie oświetlonego supraskiego kościoła, było już znośnie. W Białymstoku, na rogu Św. Wojciecha i Warszawskiej, drobna dziewczyna prowadziła pod rękę dwóch całkowicie nieprzytomnych, wielkich chłopców, a już w centrum, w okolicach Malmeda i Lipowej, piątkowy festiwal kozaczków, kanapek i kebabów, pożeranych na ulicy, przy niedbale zaparkowanych samochodach, z sosem lejącym się po brodach coraz lepiej ubranych studentek i studentów.

Reklamy