Codziennik siódmy – opowiadanie „Cysterna” Mariany Enriquez

 

20180926_201129.jpgWśród dzisiejszych lektur i studiów największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie „Cysterna” argentyńskiej autorki Mariany Enriquez. Jesienny „Przekrój” czytam od deski do deski – bez względu na momentalne spadki poziomu i humoru – a to opowiadanie, choć ezoteryki i tzw. „babskiego” pisania nie trawię, jest świetne i mądre.

Sześcioletnia dziewczynka Josefina odwiedza z rodzicami i starszą siostrą kuzynkę, zamieszkałą w miejscowości Corrientes. Kilka przecznic dalej znajduje się mieszkanie tajemniczej kobiety. Señora ma dom wypełniony krucyfiksami, świętymi obrazkami i gęstą roślinnością. Na środku posesji stoi duża cysterna z wodą. Podczas spotkania małą Josefinę dopada senność. Od tego momentu, przez wiele lat, aż do kolejnego spotkania z Señorą, życie Josefiny zamienia się w koszmar, którego źródło i przyczyna tkwi bardzo blisko niej.

Tylko na pozór jest to opowieść o wiedźmie rzucającej czar na małe dziecko. Nie chcę nikomu zabierać przyjemności i narastającej ciekawości puenty, których doświadczyłem podczas lektury. Zgodnie z ciągnącym się za mną ostatnio tropem odkrywania naturalizmu i racjonalizmu w pozornie metafizycznych praktykach, historia o małoletniej, a podczas drugiego spotkania z Señorą już dorosłej dziewczynce, jest w istocie historią o wyniszczającym, toksycznym, egoistycznym i bezwzględnie okrutnym wpływie innych. „Cysterna” to taka krótka opowieść o tym, jak ludzie, dla których ofiarowana miłość, zaangażowanie i oddanie są tylko pustą cysterną, do której można bez krzty wahania wrzucić własne lęki, frustracje, zazdrości i zawiści. Często, tak jak Josefina, żyjemy bez świadomości, że staliśmy się taką cysterną pełną brudów wrzuconych nam przez najbliższych.

„Cysterna” Mariany Enriquez to piękny i mądry tekst. Polecam serdecznie.

Reklamy

Notatki z Estremadury

5 maja 2009 r. Cáceres

Od kilku godzin jestem w Hiszpanii. Lecąc samolotem linii Iberia, patrzyłem przez okno i próbowałem w myślach zgadywać, kiedy opuściliśmy już Polskę, kiedy jesteśmy nad Niemcami, kiedy to już Francja i kiedy – Hiszpania. Niebo było bezchmurne, dlatego widziałem najpierw rozdrobnione, podzielone w wąskie paski, zielone pola polskiej wsi. Rozpoznałem też Niemcy po zacierających się granicach miast i miasteczek i gęstej sieci dróg i autostrad. Zgubiłem gdzieś Francję, za to Hiszpania nie mogła mi umknąć. Z wysokości lecącego samolotu Hiszpania wygląda jak jej narodowa flaga. Ni stąd, ni zowąd pojawiają się kolory, do których nie jesteś przyzwyczajony, szczególnie wiosną. Pojawia się żółć, czerń i czerwień spalonej ziemi.

6 maja 2009 r. gdzieś po drodze

Wracamy z Méridy. Przemierzamy krajobraz, który pod względem melancholii i przewidywalności przypomina Podlasie. Ten region Hiszpanii jest z jednej strony egzotyczny, a z drugiej strony – w jakiś szczególny sposób bliski. Być może dlatego, że Podlasie również jest krainą egzotyczną?

Po obu strony autostrady po sam horyzont widzę drzewka oliwkowe. Wywierają taki sam efekt, jak uprawy winorośli: wprowadzają element wielowiekowej kultury. Ktoś tu nawet powiedział, że tutejsze sady oliwne mogą mieć nawet 2 tysiące lat! Lekko górzysty teren, w którym jedynym zielonym elementem są te drzewka oliwkowe, rosnące na spłowiałej, rdzawo, żółtej ziemi. Tu i ówdzie wyrastają potężna piaskowce. Gdzieniegdzie zamki lub ich ruiny, pamiętające czasy Cesarstwa.

Tutejsza ludność przyjmuje zachodnioeuropejskie wzorce dystansu, obyczajów i konwenansów. Unia Europejska pełną parą, szczególnie w miastach. Widać jednak jeszcze oznaki prawdziwej estramadurskiej obyczajowości, iberyjskiego temperamentu.

Tutejsi ludzie posiadają ogromne umiejętności interpersonalne. Patrzenie na to, jak sobie radzą występując publicznie, budzi ogromny respekt. Widać, że mówienie do ludzi i słuchanie innych, jest tutaj umiejętnością nabytą bardzo wcześnie. W tej kulturze człowiek rodzi się we wspólnocie i nie zrywa z nią aż do śmierci, gdzie rozmowa jest naturalną czynnością społeczną, a sztuka dojścia do głosu w wielodzietnej rodzinie jest tym, co umiejętność wiązania sznurowadeł.

kilka tygodni po powrocie, już w Białymstoku

Długie zbieranie się, aby coś o tym wyjeździe napisać. Pewnie dlatego, że z jednej strony okoliczności instytucjonalne wyjazdu sprawiły, że nie polegało ono na tym, co najbardziej lubię: bezcelowym szwędaniu się z miejsca na miejsce, oglądaniu tych samych skwerów, placów i ulic z różnych stron o różnych porach dnia, próbowaniu obserwacji uczestniczącej w straszących przybyszów barach i knajpach. Perspektywa była nieco bardziej skomplikowana, bowiem na tle gorącej, pomarańczowo-zielono-popierto-czarnej Hiszpanii miałem kwiat podlaskiego samorządu. Więc dwa w jednym. To drugie równie ciekawe co pierwsze, wymagające odrębnego potraktowania, przy innej okazji. Tutaj ma być o Hiszpanii.

Cudownie nudne i przewidywalne krajobrazy, kiedy jedzie się autostradą z miasta i miasta. Pagórki, po horyzont spalona, sucha ziemia i drzewa oliwkowe. Setki, tysiące bocianów na starożytnych zamkach i warowniach. Miasta o wiele bardziej przyjazne: zielone, wilgotne, przyjazne. Cáceres to niewielkie, dziewięćdziesięciotysięczne starożytne miasto, założone na 30 lat po śmierci Chrystusa. Miasto z pięknym zamkiem i starym miastem, ogromnym parkiem biegnącym z centrum do samych granic.. Na głównym pasażu biegnącym do zamku, kiedy się idzie tamtędy w nocy, do głowy uderza gorący i ciężki zapach roślin.

Ostatniego dnia wybieram się na Stare Miasto robić zdjęcia. Choć jest dopiero popołudnie, na głównym placu są już setki młodych ludzi. Piją wino z colą i lodem z plastikowych kubków, siedząc na schodach grają na bębnach i gitarach. Przed nimi roznegliżowany facet tańczy jakiś trudny do określenia taniec, taniec, którego nie da się nazwać, ale w którym jest bardzo dużo zaangażowania i namiętności. Kiedy siadam w pobliżu na schodach, ze swoją porcją tego wina z lodem i colą, natychmiast pojawiają się ludzie, gotowi rozmawiać o tym, skąd jestem, co tu robię i czy będę na koncercie wieczorem.

Wieczorem jest koncert, na który urywam się z uroczystej kolacji w najlepszej ponoć knajpie w mieście, kilka kroków od tego placu. Tłum faluje, na scenie jakaś afrykańska ekipa śpiewa interaktywne piosenki reggae. Wszyscy, bez wyjątku, powtarzają gesty młodej czarnoskórej, bosej dziewczyny w kolorowej spódnicy. Wracamy mijając rozentuzjazmowany tłum. Jest w pół do drugiej w nocy. Kiedy wyjeżdżamy następnego dnia o 4 rano na lotnisko w Madrycie, zabawa trwa na dobre.

Tutaj znajdują się zdjęcia, które zrobiłem podczas tego wyjazdu.

6 czerwca 2009 r. Do całej gamy pozytywności wywiezionych z Estremadury zapomniałem dodać jeszcze jeden sukces wręcz ogromny. Zabrałem tam ze sobą wiersze Lorki, raczej z poczucia jakiejś wewnętrznej powinności, niż dlatego, iżbym wierzył, że uda mi się go zrozumieć i złapać rytm tych wierszy. Jakże byłem zaskoczony gdy okazało się, że w tamtym gorącym kraju czyta się Lorkę z niesłychanym wręcz rozumieniem!

Koper, żmija i półcień

Ślad, aromat i trzcina.

Ziemia, wiatr i samotność.

(O niebo wsparta drabina)

Tak brzmi po polsku „Nokturn schematyczny”, a tak, w oryginale „Nocturno esquemático”

Hinojo, serpiente y junco.
Aroma, rastro y penumbra.
Aire, tierra y soledad.

(La escala llega a la luna.)

Echa Lorki

Jeśli dla mieszkańca Środkowo-Wschodniej Europy jest w tym kontynencie coś egzotycznego i jednocześnie magnetyzującego, to jest tym czymś na pewno Półwysep Iberyjski. Skomplikowane małżeństwo Polski z Białorusią ma swój bliźniaczy odpowiednik w postaci duetu Hiszpania-Portugalia. Dumny, dominujący czynnik (Polska i Hiszpania) góruje i zniewala fatalistycznych, oddanych na śmierć determinizmowi i pesymizmowi obywateli białoruskich i portugalskich. Melancholijne portugalskie fado brzmi najlepiej, kiedy podróżujesz opustoszałymi, smutnymi wioskami gdzieś w okolicach Gródka, Krynek czy Sokółki.

Być może dlatego przypomniał mi się Federico Garcia Lorca, którego Romancera Cygańskie wzbudziły taki zachwyt jeszcze w liceum.  Lorca reprezentuje duch hiszpański, wzbogacony pierwiastkiem cygańskim. Sęk w tym, że z żadnym się nie utożsamiam, więc to ta egzotyka musi robić swoje.  Ulotność tych wierszy, ich sensualizm, pozostaje na długo, czyniąc na przekór potocznym przekonaniom o tymczasowości tego, co zmysłowe. Noc okazuje się trwała i powracająca, jak w świetnym tekście pod tytułem Echo:

Już jasnym kwiatem

zakwita aurora.

(Czy pamiętasz

głębię wieczora?)

Nard księżycowy

pachnie chłodnym cieniem.

Czy pamiętasz

sierpniowe spojrzenie?)