Lizol

Lizol. Słodkawo-gorzki, lekko duszący zapach środka dezynfekującego. Zapach przejść podziemnych, dworców, szkół, przychodni, urzędów.

Białoruś ma zapach lizolu.

Lizol wita cię, kiedy po wyjściu z pociągu wchodzisz do komory kilku ciasnych pomieszczeń odprawy granicznej i celnej, a potem wpuszczają cię do obszernego holu dworca z imperialnym swoją rozłożystością i błyskotliwością żyrandolu, chybotającego się u sufitu.

Lizol. Zapach odstraszający i bliski jednocześnie, bo nasze przedszkola i szkoły też były nim oblewane. Więc zapach toalety na pierwszym piętrze trzeciego liceum ogólnokształcącego w Białymstoku to też ten sam, bliski każdemu licealiście rocznik 1999, smród.

Ci wszyscy obcokrajowcy z Zachodu, którzy przyjeżdżali za żelazną kurtynę, myśleli na pewno, że ten zapach to jakiś perfidny środek psychoaktywny, który ma człowieka sowieckiego przekonać do komunizmu, albo – ostatecznie – zniechęcić do narzekania na nędzę socjalizmu.

Nie ma co narzekać na lizol. Dzięki niemu dziesiątki przestronnych przejść podziemnych pod Prospektem Niepodległości nie śmierdzą ludzkim moczem. Zresztą, i tak by nie śmierdziały, ponieważ publiczne załatwianie się w czyściutkim i uporządkowanym Mińsku po prostu nie mieści się w głowie. W tych szerokich jak Marszałkowska przejściach ludzie – jakby odurzeni lizolem – idą w równym tempie, według zasad ruchu prawostronnego.

Lizolem pachną również liczne domy towarowe, rozmieszczone wokół największej mińskiej arterii. Wielopiętrowe odpowiedniki naszych galerii handlowych, gdzie każdy towar podaje ekspedientka. Całe piętra zapełnione odzieżą, galanterią, sprzętem rtv i agd, barami z przekąskami, kantorami, dorabiaczami kluczy i ostrzycielami noży.

Wszystko poruszające się w słodkawym zapachu środka dezynfekującego.

DSCF3398

Nad Niemnem

W takie lipcowe wieczory grodzieńska młodzież przychodzi nad Niemen, siada na zboczu skarpy i patrzy, jak płynie rzeka. Niemen przepływa przez miasto głębokim korytem. Po zmroku każda ławka, każdy dojazd do rzeki, każde miejsce, gdzie można usiąść, oblegane jest przez białoruskie dziewczęta i białoruskich chłopców. Ci, którzy przyjechali tutaj autami, puszczają głośno polskie gwiazdki pop. Piją piwo z plastikowych butelek, mówią sobie żarty i głośno się śmieją. Zielone zbocza nad Niemnem żyją przez całą noc gwarem wakacyjnych imprez na świeżym powietrzu. Tak samo jest w centrum. Grodno tętni życiem przez całą dobę. Studenci pierwszego roku szkoły teatralnej wyskakują z niebieskiego trolejbusa gdzieś w okolicachbarokowej katedry św. Franciszka. Tuż obok, idąc w stronę czołgu na betonowym cokole, znajduje się jedyny w mieście całodobowy sklep, zaopatrzony jak przystało na europejskie miasto. W tym miejscu umówisz się na spotkanie, poznasz nowych ludzi, zasięgniesz wszelkiej rady i pomocy. Obok, wprost z metalowego wózka, starsza pani sprzedaje białoruskie pierożki z grzybami i kapustą. Jest głośno i chaotycznie. Wolność jest tuż za rogiem.

DSCF3462_edited

Marszrutnoje taksi

DSCF2027

Marszrutnoje taksi mają zapach setek zmęczonych, zimą niewyspanych, a latem spoconych ludzkich ciał. Ich fotele mają ciemne ślady potu, wylewających się z foliowych torebek napojów, kiszonej kapusty, śledzia i szprotki. Cieknących po łokciu i skapujących słodkich lodach, zbuzowanej nieświadomie coca-coli. W szparze między siedzeniem a oparciem znajdziemy okruchy chałwy, bułek, drobny bilon, zużyte bilety i papierki ze zużytymi kodami doładowującymi wszystkich sieci.

Marszrutnoje taksi jeżdżą we wszystkich kierunkach i zatrzymują się w każdym miejscu. Za nic sobie mają rozkłady jazdy, nawet jeśli na słupkach przy ulicy są jakieś godziny odjazdów i przyjazdów. Reagują błyskawicznie na oczekiwania pasażerów. Potrafią pomieścić kilkadziesiąt osób.

Marszrutnoje taksi są zawsze oblepione błotem i kurzem, jakby woziły ze sobą cały brud miasta.

Marszrutnoje taksi to mistrzynie poruszania się w gąszczu skrzyżowań, pasów ruchu i sygnalizacji świetlnych. Zmieszczą się wszędzie. Zmienią pas zawsze. Zatrzymają, gdzie tylko chcą. Swoje samozwańcze przywileje ogłaszają podrasowanym w amatorskich zakładach mechanicznych donośnym klaksonem. Klakson może być ostrzeżeniem, groźbą, obelgą, pozdrowieniem albo podziękowaniem.

Zbiorowe taksówki. Marszrutki. Królowe lwowskich, lubelskich, mińskich, grodzieńskich, rzeszowskich centrów i przedmieść. Każda w innym kolorze, każda innego kształtu, każda z milionowymi przebiegami. Każda gotowa zrobić dla ciebie wszystko za marne, drobne grosze.

Marszrutnoje taksi.  Ikaruski, Lazy, Pazy, Gazy, Kawzy. Bohaterki miasta. Anarchistki ulic. Awangarda trotuarów. Faryski przedmieść. Junaczki skrzyżowań. Forpoczta miasta.

 

Wielkie Miasto Mińsk

W listopadzie pojechałem do Mińska, na międzynarodową konferencję socjologiczną w Białoruskiej Narodowej Akademii Nauk.

Jeśli chce się zrozumieć to podlaskie polsko-białoruskie pogranicze, na którym mieszkam,, trzeba chociaż raz znaleźć się o piątej pięć rano na dworcu w Białymstoku i wsiąść do pociągu na Sokółkę. Najlepiej spróbować tego o jakiejś nieprzyjaznej porze roku. Listopad jest wręcz wymarzony na takie wycieczki. Białystok jest takim smutnym miastem na godzinę przed wschodem słońca, że chce się rzygać. Jeszcze gorzej wygląda Wasilków o poranku, a z każdym kilometrem jest coraz smutniej. Kiedy pociąg dojeżdża do Sokółki i trzeba się przesiąść, ta rozpacz osiąga maksimum. I w tej smutnej Sokółce o szóstej rano trzeba czekać pół godziny na pociąg do Kuźnicy, tam – przesiąść się na pociąg do Grodna i z pogranicznikami na pokładzie jedzie się już do samego Grodna rozklekotanym osobowym, w którym żadna śruba nie jest dokręcona i wszystko trzyma się kupy nie wiadomo tak naprawdę dlaczego. A kiedy do pierwszego wagonu, gdzie – podobnie jak w pozostałych – nie grzeją, a wiatr świszcze z jednej dziury w dykcie do drugiej – wsiada białoruska służba graniczna w wielkich czapach i rozkłada się na całych szerokościach siedzeń, patrząc na ciebie z pogardą i lekceważeniem, dostaje się coś, czego Unia Europejska nie da ci nawet jeśli udowodnisz, że wynika to z twoich konstytucyjnych praw jako obywatela tak zwanej Wspólnoty. Tym czymś jest trudna do opisania małość i zgoda na rzeczy zastane, jakich doświadcza się na Białorusi.

Dokumenty sprawdzają ludzie w mundurach i twarzach zasłoniętych maseczkami AH1N1. W Grodnie wychodzisz na peron i idziesz wzdłuż szeregu żołnierzy w tych absurdalnie wielkich czapach, idziesz wprost do sowieckiego dworca. Tam człowiek za szybą sprawdza, czy osoba na zdjęciu w paszporcie to ty i podbija wizę pieczątką. Potem przechodzi się jeszcze przez pomieszczenie z kilkunastoma stołami obitymi blachą, przypominającymi stanowiska rzeźnicze, gdzie trzeba powiedzieć, w jakim celu się przybywa i co się wiezie. Niektórym każą otwierać torby i plecaki. Wszystko to sprawia wrażenie kompletnej celebry, manifestacji władzy i dominacji.

A potem wychodzi się już na halę grodzieńskiego dworca, którego najwspanialszym elementem są gigantyczne, spektakularne żyrandole zrobione z kawałków szkła. Zawsze, kiedy myślę o dworcu w Grodnie, przychodzą mi na myśl te żyrandole.

Aby dostać się na dworzec autobusowy, trzeba przejść przez tory. Tak jak dworzec kolejowy w Grodnie jest monumentalny, choć odjeżdża z niego niewiele pociągów, tak dworzec autobusowy przypomina taki prowincjonalny przystanek autobusowy, choć obsługuje setki połączeń dziennie. Kupuję w kasie bilet i idę na krótki spacer po mieście. Grodno jest mi jakoś podprogowo bliskie, czuję się tam jak w domu. Robię małe zakupy na drogę i wracam na dworzec. Bilety sprawdza specjalnie do tego przeznaczona pani w żółtej kamizelce, która jednocześnie pilnuje, aby busik wyjechał o czasie.

Po raz pierwszy mam okazję zobaczyć „wnętrze” Białorusi za dnia. Jest to kraj ogromnych, pustych przestrzeni. Lasów, łąk i bagien. Trzysta kilometrów między Grodnem i Mińskiem przemierzam w tym autobusie, w uszach piosenki Aliny Orlovy, a za oknem pustka po horyzont. Nieliczne domy co kilkanaście kilometrów, a poza tym po prostu nic. Na tle Białorusi Polska to kraj kompletnie zurbanizowany i odarty z natury.

Ponad pięć godzin podróży. W autobusie jeszcze kilka osób. Przejeżdżają trzysta kilometrów, a ich jedynymi bagażami są podręczne torby i plecaki. Tak jakby to była podróż z pracy do domu, tak jakby to wydarzało się na co dzień.

I wreszcie wjeżdżamy do Mińska. Na węzłowych rozjazdach stoją dziesiątki prostytutek w krótkich spódnicach i białych kozakach. Potem stacje benzynowe, jedna za drugą, i – wreszcie – ogromne, sięgające po horyzont, blokowiska. Białoruskie osiedla z wielkiej płyty, pod względem zagęszczenia, wielkości i częstotliwości, biją na głowę wszystko. Są to ogromne, przeważnie szare, budowle z setkami identycznych balkonów. I nikt się tam nie silił na jakąkolwiek oryginalność: jedzie się kilka kilometrów i po obu stronach ulicy otaczają cię dokładnie takie same, kilkusetmetrowe bloki. Takie są przedmieścia Mińska. Takie wielkie tunele otoczone betonowymi murami po obu stronach drogi.

Wysiadam przed Dworcem Głównym i postanawiam przejść na nogach tę wielką i długą ulicę, wzdłuż której leży Wielkie Miasto Mińsk. Prospekt Niepodległości to szeroka na osiem pasów ruchu główna arteria komunikacyjna, otoczona monumentalnymi budowlami w stylu sowieckim (choć można znaleźć też trochę konstruktywizmu z początku XX wieku), po której obu stronach położono absurdalnie szerokie, granitowe chodniki. Mają z dwadzieścia metrów szerokości i przechadzają się po nich białoruscy mężczyźni i kobiety. Ci pierwsi ubrani bardzo przewidywalnie i nudno: zazwyczaj szare lub czarne kurtki, czapki uszatki i koniecznie pantofle. Niekiedy wprowadzają do tej przewidywalnej konfiguracji jakiś zaskakujący szczegół: na przykład spodnie od dresu albo złote nitki w obszyciach czarnych skórzanych kurtek, ale – w gruncie rzeczy – białoruscy mężczyźni ubierają się nudno i bez polotu.

Z białoruskimi kobietami jest zupełnie inaczej. Kiedy na nie patrzysz, kiedy widzisz te wymyślne makijaże, te białe skórzane kozaki na dziesięciocentrymetrowych obcasach, te różowo-biało-czarne kurtki z błyszczącymi cekinami, te fryzury misternie modelowane i utrwalane, obficie posypywane brokatem, te paznokcie poprzyozdabiane w misterne wzory wymagające jakichś nanozdolności malarskich, te makijaże sprawiające, że buzie tych dziewcząt stają się kompletnie nową produkcją i nie wiadomo, co tak naprawdę jest pod spodem, ogrania cię podziw dla tej ich mozolnej pracy. Przygotowanie takiej konstrukcji musi wymagać godzinnych poświęceń. Białoruskie kobiety spędzają przed lustrem całe miesiące. Codziennie.

Docieram do hotelu uniwersyteckiego przy Surganowa, na tyłach Białoruskiej Akademii Nauk. W tutejszych hotelach, podobnie jak we wszystkich urzędach czy sklepach, personel stanowi jeśli nie większość, to na pewno znaczącą część przebywających tam osób. W recepcji Hotelu Uniwersyteckiego dyżurują dwie panie, które wiecznie wpisują jakieś magiczne cyfry do szarych płacht wielkości starego Tygodnika Powszechnego, co chwila zerkając na telewizor stojący w kącie przeszklonej kabiny. W drugim kącie holu stoi mały stolik z małym telewizorkiem, za którym siedzi – wiecznie ten sam(!) starszy siwiejący pan. Pan prawdopodobnie kontroluje pracę pań, a właściwie to pewnie nie kontroluje, ale po prostu wykonuje swój zawód polegający na siedzeniu przy tym stoliku. Bo z paniami zza szklanej kabiny jest już od wielu lat zaprzyjaźniony i co chwila się do nich uśmiecha rozświetlając ciemne i ponure wnętrze holu blaskiem złotych trójek. Panie odpowiadają również blaskiem. Ta starsza nie tylko blaskiem dolnych trójek, ale prawie całej góry. I ślą sobie te magiczne sygnały świetlne, dopóki ktoś nie zakłóci im tego urzędowego romansu, tej dentystycznej komunikacji jakimś nagłym najściem. Wtedy biurokracji musi stać się zadość, na twarze powraca sowiecka pogarda dla bliźniego i urzędnicza wyższość.

Podczas wieczornej przechadzki trochę dokładniej zwiedzam Prospekt Niepodległości. Kiedy w mieście robi się ciemno, a ty nie znasz go za dobrze i gdy w dodatku z językiem krucho, pozostaje tylko ten prospekt. Wchodzę do znanego z poprzedniej wizyty pół-samoobsługowego baru naprzeciwko wielkich delikatesów CUM (potem odkryję, że takich delikatesów jest w Mińsku chyba z pięćdziesiąt i że są one tamtejszymi odpowiednikami naszych galerii handlowych). W tym barze mają białoruskie jedzenie, które można – inaczej niż w restauracji – zobaczyć przed skonsumowaniem. Białorusini jedzą cięższe rzeczy od nas, wszystko polewają tłuszczem i śmietaną. Nawet ryby, których jest tam zatrzęsienie, podają zazwyczaj oblane serem, tłuszczem i cebulą. Nie widziałem natomiast zbyt wielu ziemniaków, co potwierdza stereotyp, że to Polska jest narodem kartofla i że zdecydowanie przesadzamy nie tylko z wódką, ale również z tymi bulwami.

Chcę się napić tutejszego piwa, ale wszystko, co widzę na tym prospekcie, to wylansowane na sposób włoski lub amerykański restauracje z szyldami Heinekena albo Carlsberga. Nie po to przyjechałem do Mińska, aby czuć się jak w Mediolanie czy Chicago. Wchodzę więc do ogromnych delikatesów zaraz przy wyjściu ze stacji metra Плошча Якуба Коласа. Jest to długi na dobre sto metrów ciąg stoisk z ciastami i ciastkami, wędlinami, serami, rybami, słodyczami  i alkoholem. Naprzeciwko, wzdłuż ogromnych okiennic wychodzących na prospekt, zainstalowano ladę, przy której od rana do wieczora mieszkańcy białoruskiej stolicy spożywają piwo oraz wódkę. Jedno i drugie można kupić w sklepie i wypić na miejscu. W ogóle w sklepach spożywczych znajduje się zazwyczaj wydzielone miejsce, najczęściej w formie wysokich stolików bez krzeseł, przy których obywatele spotykają się w celu konsumowania alkoholu. Jest on kompletnie nieracjonalnie tani, podczas gdy pozostałe produkty spożywcze, nie wspominając o innych, są w Mińsku droższe niż w Polsce. Picie alkoholu jest na Białorusi społecznie akceptowane. Jest to sport uprawiany publicznie, we wszystkich możliwych miejscach. Dlatego pewnie wydaje się, że alkoholizm jest tam problemem większym niż na przykład u nas. Prawdopodobnie i tu, i tam, jest podobnie, tyle że tam po prostu nikt się tego nie wstydzi. Dzieciaki taszczą po ulicach dwuipółlitrowe butelki z piwem. Przy dworcu w Grodnie widziałem dwie nastoletnie dziewczyny, które w piątkowy wieczór siedziały przy stoliku i kończyły właśnie takie dwie dwuipółlitrowe butelki mocnego piwa.

Drugiego dnia jestem na otwarciu konferencji. Widzę kilka znajomych osób, poznanych podczas poprzedniego wyjazdu. Wydział Filozofii mieści się w dwunastopiętrowym wieżowcu z miniaturowymi windami, odrapanym tynkiem i ogólnie panującą szarością. Po inauguracji jestem proszony na obiad w uniwersyteckiej restauracji. Dostajemy niezłą przystawkę z czerwonymi burakami, rybą i warzywami oblaną oczywiście bogato majonezem, zaś głównym daniem jest kawałek mięsa i ryby połączony stopionym żółtym serem. Białorusini są bardzo gościnnym narodem, tyle że są bardzo zblokowani przed ujawnianiem swoich uczuć. Obok mnie siedzi młody naukowiec z Ukrainy, z którego na każdym kroku bije gościnność wobec przybyszy z „Zachodu”, choć przecież sam też jest za granicą. Pilnuje, aby goście pierwsi dostali swoje dania, troszczy się o atmosferę. Trochę paradoksalnie, jutro będzie mówił o wschodniosłowiańskim nacjonalizmie (o ile byłem w stanie zrozumieć jego wystąpienie).

Po obiedzie urywam się i idę dalej zwiedzać miasto. Tym razem metrem dojeżdżam w okolice mińskiej starówki. Przypadkowo trafiam na pomnik Adama Mickiewicza z podpisem w języku polskim. Idę na Górne Miasto – pozostałości mińskiej starówki. Jest to dosłownie kilka uliczek i kilkanaście kamienic, w których większości znajdują się ambasady. Stamtąd schodzę na dół i przechodzę przez ulicę Nemiga. Znajduje się tam wejście do stacji metra, gdzie w 1999 roku tłum stratował 53 osoby. Był koniec maja, tysiące ludzi wracało z festiwalu piwnego. Zaczął padać deszcz. W ciągu 10 minut w tratującym tłumie śmierć poniosło pół setki ludzi, a ćwierć tysiąca odniosło różne obrażenia. Spośród ofiar śmiertelnych, 42 stanowił młode (szesnasto-, siedemnastoletnie dziewczęta). W miejscu tragedii znajduje się teraz pamiątkowa tablica. Nieco dalej, idąc wzdłuż rzeki, stoi ogromna hala sportowa i wielkie lodowisko.

Wracam na prospekt Niepodległości i zwiedzam jeszcze kilka tych ogromnych, wielopiętrowych domów handlowych, w których można kupić wszystko. Błądząc po piętrach pełnych asortymentu, znajduję niewielki bar z zapiekankami, kanapkami, ciastem, piwem i wódką. Jakimś cudem znajduję wolny stolik w kącie, skąd z przyjemnością obserwuję mińszczan. Takie miejsca odwiedza przekrój tego społeczeństwa. Dzieciaki nie różnią się prawie w ogóle od swoich rówieśników z Zachodu i im młodsi, tym różnica mniejsza. U starszych widać wpływ dekad komunizmu. Wobec nieznajomych przejawia się to przede wszystkim unikaniem kontaktu wzrokowego, nie mówiąc o werbalnym. Wobec znajomych Białorusini są – przeciwnie – niezwykle serdeczni. Mińsk jest pod tym względem o tyle nietypowy, że jest to naprawdę wielkie miasto.

Wieczorem wracam do hotelu. Dopada mnie coś w rodzaju tej hotelowej loneliness, pięknie pokazanej w „Lost in Translation” Sofii Coppoli. Trzy dni bez szansy na zamienienie choćby dwóch zdań po polsku, rozmowy telefoniczne z Polską chyba po dziesięć złotych za minutę, wokoło wszystko napisane cyrylicą, której kompletnie nie potrafię czytać i jeszcze to wielkie miasto zbudowane po to, aby człowiek czuł się tak mały, jak to tylko możliwe. Dodatkowo, wszechobecny zapach jakiegoś środka dezynfekującego, który pamiętam jeszcze z dzieciństwa, a którym na Białorusi oblewa się wszystko. Ciężki i słodki zapach stacji metra, hoteli i dworców, sklepów spożywczych, a właściwie jest to zapach wszystkiego na Białorusi.

Nocą – jak zwykle – nie mogę spać, więc oglądam białoruskie seriale detektywistyczne i jem kupione w hurtowych ilościach suszone rybki. Nie da się ich kupić w Polsce, a tam są wszędzie. Czasami myślę, że gotów byłbym oddać Białorusinom naszą część Puszczy Białowieskiej za te rybki w naszych sklepach.

Rano mam wystąpienie na konferencji. Lekkomyślnie i niezbyt uczciwie zakładam, że uczestnicy konferencji rozumieją język polski. Dla bezpieczeństwa przygotowuję swoją prezentację w języku angielskim. Okazuje się, że mylę się zarówno co do znajomości polskiego (swoją drogą, niezbyt to ładnie z mojej strony coś takiego zakładać), jak i do tego, że będę mógł wyświetlić swoje slajdy (można je obejrzeć tutaj). Mówię więc regulaminowe piętnaście minut, a słuchacze udają, że rozumieją. Pytań nie ma.

Chwilę po referacie czeka mnie niespodzianka. Dzwoni białoruski kierowca autobusu, którym miałem wracać do Białegostoku i informuje, że kurs nie odbędzie się. Proponuje w zamian przejazd w niedzielę. Z przyjemnością zostałbym w Mińsku jeszcze te parę dni, ale wiza kończy mi się w sobotę, więc muszę sobie radzić sam. Szybko się pakuję, wsiadam w metro i – z przesiadką i półgodzinnym spracerem – docieram do Dworca Moskiewskiego, skąd odjeżdżają teraz wszystkie autobusy. Dworzec jest skonstruowany w iście sowieckim stylu i stoi w środku wielkiego blokowiska, na peryferiach miasta. Kasy znajdują się na pierwszym piętrze, ale zanim tam docieram, zaczepia mnie kilku młodych mężczyzn w czarnych streczowych dresach i czarnych czapkach z pytaniem, gdzie chcę się dostać. Szybko uzgadniamy wspólne interesy. Oni mówią, że zawiozą mnie do Grodna za 45000 rubli, czyli dokładnie tyle, ile wynosi cena marszrutki. Jeden z nich prowadzi mnie na parking przed dworcem, gdzie stoi duża amerykańska taksówka. Wkładam tam swój bagaż. Odjazd za pół godziny. W hali dworca kupuję coś na drogę. O 13.00 przy taksówce jest już sześć osób. Kierowca pakuje nas do środka i zręcznymi ruchami pozbawia auto taksówkarskich emblematów.

Podróż jest komfortowa. Pędzimy 80-90 mil uszka.na godzinę na zachód. Kierowca zatrzymuje auto, kiedy mamy ochotę załatwić potrzeby fizjologiczne. W ciągu trzech godzin jesteśmy w Grodnie. Po drodze zahaczamy jeszcze o Lidę, gdzie publiczną toaletę obsługuje mówiąca ślicznie po polsku staruszka.

W samym Grodnie kupuję bilet do Białegostoku. Popełniam przy tym straszny błąd i przepłacam dobre 30 złotych. Zamiast kupić bilet do samej Kuźnicy, a potem dokupić – u konduktora – bilet na resztę trasy, kupuję od razu bilet na całą podróż. Mam jeszcze dobre dwie godziny do odjazdu. Z zachłanną radością chodzę po moim ulubionym mieście, które wydaje mi się bardzo bliskie, choć jestem tu dopiero drugi raz w życiu. Wiem, gdzie można kupić najlepsze białoruskie słodycze. Wiem, w której budzie w drodze z dworca mają najpyszniejsze czeburieki. Wiem, gdzie można dostać skandalicznie tanio najlepsze gruzińskie wina (nie przepadam za gruzińskimi winami, ale to dobry prezent). Wiem też, z którego miejsca bulwarów jest najpiękniejszy widok na Niemen. Coraz lepiej też rozumiem mieszkańców tego miasta, które jest pod względem wschodnio-zachodniego rozdarcia podobne do Lwowa. Zawsze mam w głowie ten miejski gwar i chaos, kiedy myślę o Grodnie.

Na godzinę przed odjazdem jestem już pod dworcem. Przed jedną z bud, takich samych jak na wszystkich dworcach tej części Europy, jest długa kolejka. Jest to jedno z niewielu miejsc w mieście, gdzie tego dnia sprzedawane jest piwo. W związku z jakimś świętem państwowym, tego dnia obowiązuje zakaz, poza punktami, w których konsumpcja następuje równocześnie ze sprzedażą. Piwo jest tam więc sprzedawane w tych plastikowych butelkach, po czym sprzedawczyni otwiera obowiązkowo tę butelkę przed przekazaniem jej klientowi. Ludzie kupują więc te butle i niosą je – otwarte – we wszystkich kierunkach. Co sprytniejsi przychodzą z własnymi nakrętkami. Wszyscy przyjmują to utrudnienie z anielską cierpliwością. Są wręcz szczęśliwi, że udało im się nabyć ulubiony płyn. Siedząc przy stoliku, obserwuję z rozkoszą ten spektakl.

Najchętniej nigdzie bym się nie ruszał i – jeśli by to było możliwe – zamieszkał w tym pięknym mieście na stałe. Godzina odjazdu zbliża się jednak nieubłaganie. W strefie wolnocłowej kupuję jeszcze jakieś słodycze i obserwuję znany rytuał przygotowywania się przemytników do kolejnego kursu. Ponad połowa oczekujących to ludzie, którzy utrzymują się z przemytu papierosów ze Wschodu na Zachód. Kupują w strefie wolnocłowej kartony białoruskich papierosów, a teraz cierpliwie czekają, aż żołnierz w wielkiej czapie otworzy drzwi na peron. Taśmami klejącymi polepili już te paczki w różne konstrukcje. Kiedy widzą nieznajomą twarz, podchodzą do ciebie i proszą o przewiezienie trzech regulaminowych paczek.

Kiedy wsiądą do pociągu, nie zważając na białoruskich pograniczników (ze wzajemnością) ani polską obsługę składu, wyjmą śrubokręty i latarki i będą upychać te papierosy w przeróżnych miejscach. Za siedzeniami, nad głową, pod oknem, gdzieś w kiblu, na korytarzu. Trwać to będzie kilkadziesiąt minut, bo tyle potrzebuje pociąg, aby doczłapać się do granicy. Tam Białoruscy pogranicznicy wysiądą. Pociąg ruszy, by po kilkustem terach zabrać na pokład polskie służby graniczne.

Obserwuję dwójkę na oko dwudziestoletnich chłopaków, wyglądających bardzo młodzieżowo, by nie rzec – alternatywnie. Oni również żyją z przemytu, a studenckie plecaki, indie-fryzury i luźne zachowanie to tylko wybieg mający na celu zmylić służby celne. Jeszcze przed chwilą biegali po całym pociągu, ukrywając te papierosy w różnych miejscach. Teraz siedzą wyluzowani, ze słuchawkami w uszach. Polskiej służbie granicznej oznajmiają, że są studentami historii na KUL-u w Lublinie. Interesują się historią najnowszą, ale pracę magisterską będą pisali o XIX wieku. Pogranicznik jest wyjątkowo dociekliwy, pyta o adres wydziału, na którym się uczą. Oni spokojnie podają dokładny adres.

W Kuźnicy pociąg staje, a polskie służby celne przetrząsają skład w poszukiwaniu przemycanego tytoniu. Mają na to niecałą godzinę. Widząc, że jestem Polakiem, jeden z nich pyta, gdzie Białorusini ukryli fajki. Z bólem serca odmawiam udzielenia tej informacji, czym nie wzbudzam szczególnego zdziwienia celnika. Sami są zdziwieni, że deklaruję jedną puszkę piwa i zero papierosów w moich bagażach.

Celnicy znajdują w ciągu tej godziny trochę papierosów, ale przemytnicy i tak prawdopodobnie wychodzą na swoje. Ten rytuał jest tu odprawiany codziennie kilka razy. Wszyscy wiedzą, o co chodzi i jaka jest ich w tym rola. Panują wszechogarniające przyzwolenie, pogodzenie i rytualność.

Na dworzec w Białymstoku, który przecież jest taką bramą na Wschód, wjeżdżam z poczuciem powrotu do tego znanego, przewidywalnego, nudnego i sterylnego Zachodu.

Grodno

1.

Z końcem maja byłem w Grodnie, na konferencji „Phenomenon of City in Central Eastern Europe: Living Space and Cultural Narration” zorganizowanym przez tamtejszy Uniwersytet Janka Kupały. Na Białorusi już raz byłem, poprzedniego roku w Mińsku. Ta podróż – choć bliższa – była jednak o wiele bardziej ekscytująca. Od dłuższego czasu chciałem zobaczyć Grodno – miasto oddalone o około 70 kilometrów od Białegostoku, a jednak trudno dostępne, bo oddzielone pilnie strzeżoną granicą. Jedną z ostatnich prawdziwych granic w Europie: z wizami, kontrolą osobistą, drutami kolczastymi, odprawą celną itd.

W Grodnie wygłosiłem krótki speech pod tytułem „Województwo podlaskie i jego miasta w świetle Diagnozy Społecznej 2007”. Referat nie wzbudził dyskusji ani większego zainteresowania uczestników imprezy, pewnie dlatego, że wyróżniał się dużą ilością empirycznych treści, czego zdaje się nie oczekiwano. Upieram się, że temat jest ciekawy, mam nadzieję, że gdzieś – może tu – doczeka się poważnego potraktowania. Na razie – w formie zachęty – umieszczam tu materiały graficzne, które przygotowałem i pokazałem na konferencji.

Tutaj jednak , zgodnie z konwencją tego miejsca, pierwsze miejsce mają nie dane statystyczne, ale wrażenia, ślady w pamięci, smaki, zapachy i widoki. Pojechałem do Grodna ze swoim szefem i kolegą z katedry, imiennikiem Radkiem.

2.

Świty na dworcach dają impuls do życia. Pobudka o 3 nawet dla rannych ptaków jest torturą, ale najlepsze połączenie z Grodnem rozpoczyna bieg o 5 w Białymstoku. Dworce umożliwiają pobudkę, bo tam są już o 4 rano dziesiątki podróżnych czekających na pociągi na Zachód i Wschód.

Nowoczesny pociąg zbudowany za pieniądze z Unii okazuje się zepsuty, podstawiają zwykły, stary i trzeszczący. W Sokółce pojawiają się już pierwsze biało-czarno-niebiesko-czerwone przepastne torby i ich właścicielki z podkrążonymi oczami, przesadnym makijażem i dwuletnią trwałą, zaczesaną do góry. Nie ma ich jednak wiele. W ogóle niczego nie ma zbyt wiele. Przesada jest cechą miast Wschodu. Tutaj – na prowincji – króluje niedostatek i ma się jak dotąd całkiem dobrze. Pewnie dlatego, że tutejsi również go jakoś tam lubią, a jeśli nie, to na pewno akceptują jako pewną niezbywalną cechę tego świata.

Na przejściu w Kuźnicy nie ma więc zbyt wielu podróżnych. Nie ma też zbyt wielu przemytników. Albo po prostu moje oko nie jest w stanie dostrzec tego, co widzą młodzi pogranicznicy przechadzający się po peronie. Piętnaście minut po siódmej pociąg rusza. Ma kilka kilometrów do granicy. Tam wsiądą białoruscy celnicy w wielkich zielonych czapach i będą pilnować, aby żadna śrubka nie odpadła od składu aż do samego Grodna.

Tymczasem patrzę na okolice Grodzieńszczyzny. Jest zielona, mocno zalesiona. Dużo sosen na piaskowych glebach.

3.

DSCF3443Od razu po przyjeździe i zakwaterowaniu zamykają nas w dużej sali uniwersytetu, każą słuchać i głosić referaty. Co 45 minut korytarze uniwersytetu rozbrzmiewają donośnym dźwiękiem dzwonka. Z innych rozmów dowiaduję się, że system szkolnictwa wyższego jest tutaj zorganizowany na wzór naszego szkolnictwa licealnego lub wręcz gimnazjalnego. O partnerskiej relacji mistrz-uczeń można tu zapomnieć. Przechadzający się po korytarzach studenci do złudzenia przypominają naszych licealistów.  Ubrani skromniej niż ich polscy odpowiednicy, ale – szczególnie dziewczęta – z o wiele większą starannością. Ma się wrażenie, że grodzieńskie studentki poświęcają kilka godzin przed wyjściem z domu na odpowiedni dobór stroju, makijaż, paznokcie itd. Na ich tle polskie dziewczyny mogą wyglądać na ubrane niedbale, co nie znaczy, że gorzej. Obowiązkowymi elementami stroju tych dziewcząt są krótkie spódniczki i obuwie na obcasach, spotykane tam na skalę wręcz masową. Podobnie jest na Ukrainie, z tym jednak różnicą, że u Ukrainek kobiecy strój jest tylko dodatkiem do ich dumnych i odważnych gestów, mowy ciała i spojrzeń. W Grodnie miałem wrażenie, że strój tamtejszych kobiet – jakże charakterystyczny i egzotyczny – jest niejako wymuszony pewną konwencją, stanowi fasadę, którą po prostu należy przyjąć. To oczywiście ogromne uproszczenia i ogólnienia.

4.

Wieczorem wybieramy się z Radkiem na przechadzkę po mieście. Przechodzimy przez most na Niemnie i schodzimy w dół, na podmiejskie bulwary. Są wręcz oblężone przez setki młodych ludzi. Wystrojeni chłopcy i dziewczęta siedzą na murkach i schodach. Niektórzy poprzywozili swoje dziewczyny samochodami, z których dobiega polski (!) pop. Jakaś Kasia Kowalska czy Reni Jusis. Wszyscy bez żadnych ogródek piją piwo z butelek i puszek. Po raz pierwszy widzę litrową puszkę Calsberga. Skojarzenia z katastrofą Czernobylską są trudne do przezwyciężenia, kedy się widzi powiększony dwukrotnie w stosunku do znanego kształt podobno najlepszego piwa na świecie.

Kiedy zaglądamy jeszcze na główny plac miasta, a potem na plac Lenina, wszędzie widzimy tłumy młodzieży. Pomimo, że jest już około północy. Pomimo, że jest poniedziałek. Pomimo, że nie ma żadnego święta… Myślę, jak wygląda w tym momencie rynek w Białymstoku…W straganie przy parku kupuję suszone ryby i rozkoszuję się nimi aż do miejsca naszego zakwaterowania.

5.

DSCF3411Drugi dzień przeznaczamy już w całości na szwędanie się po mieście i zakupy. Moja cholerna indolencja językowa nie pozwala na wchłonięcie takiej wiedzy o mieście, jak bym chciał. Polecam w związku z tym zdjęcia, które zrobiłem podczas wyjazdu. Jeśli nie da się językiem, to można próbować obrazem. Ale kiedyś na pewno poopisuję te zjęcia po konsultacjach z większymi znawcami Grodna ode mnie.

Może kiedyś uda mi się pojechać tam jeszcze raz i znaleźć tylko swoje grodzieńskie szlaki.

Miasto jest piękne. Przede wszystkim będąc w Grodnie czuje się wielkomiejskość. Szerokie arterie komunikacyjne, trolejbusy, miejski gwar, życie na ulicy przez całą prawie dobę. Sporo śladów polskiej obecności w mieście, takich jak katedra widziana na zdjęciu. Według spisów, około 20% mieszkańców miasta jest Polakami, jednak próżno nasłuchiwać polskiego na ulicach. W większości są to Polacy zasymilowani. Pomimo tego język polski jest tu powszechnie rozumiany i traktowany z dużą życzliwością.

Taksówkarz, który za równowartość 8 złotych przewoził nas z blokowiska gdzie spaliśmy, do centrum, powiedział, że dla nich Białystok to nie zagranica. Jeszcze 20 lat temu te słowa mogłyby Polaka urazić. Dzisiaj wywołują wręcz odwrotne. Oto paradoks relacji białostocko-grodzieńskich. Białorusini jeżdżą do nas na po prostu po zakupy. Dla nas wyjazd o Grodna to prawie jak wycieczka za Ural, doprawiona strachem przez rzekomymi białoruskimi bandytami, łukaszenkowską bezpieką, brudem, biedą i zacofaniem. Okazuje się, że jest odwrotnie. To dla mieszkańców Grodna nie ma granic i to oni żyją w wielkim mieście z większością cech wielkomiejskości. Szkoda, że brakuje tego często mieszkańcom Białegostoku.

6.

Ostatni, szósty punkt, rezerwuję sobie na potem, kiedy natchnienie dramaturgiczne będzie większe. Najciekawsze, co mnie spotkało podczas tej wyprawy, wydarzyło się w pociągu relacji Grodno-Białystok. Ale o tym innym razem.