Głośniej od bomb

Chciał, żeby przyszła na to spotkanie, kiedy na dużej ścianie ich wspólnego mieszkania puszczali Dzieła Wszystkie Wojcieszka z ukradzionego uczelni rzutnika multimedialnego. Szajba z dziewczyną, Adam i Laura, Maria Królowa, Puśko i nie wiem, kto jeszcze więcej poza sąsiadem a ładunkiem marihuany. Marynowane pieczarki w półlitrowych słojach, megaopakowania chipsów chilli, trzy kilogramy wołowego mięsa przyprawionego pieprzem, papryk, solą i  magi, i ugniatane w ostatniej chwili w jakjejś pozie między iPadem a komórką w rozmowie z Tobą. Każdy przyniósł po flaszce gorzkiej żołądkowej (tej prawdziwej) i podnosząc ją do góry wypowiadał deklarację rozgrzeszenia. Każdy przyniósł trochę wyrzutów sumienia i wina półwytrawnego, którego nie należy pić prosto z butelki.

Oświetał mnie blask tenanarchicznej kuchni młodych i starych, obserwowany gdzieś przez dziurę,  wytrychem do klucza. Gdyby wyrzycić za drzwi te kilka egzaltowanych pizd, byłoby to całkiem znośne. Chciał, aby to było kilka zwięzłych opowieści, bo te rozległe i nudne zostały już dwano napisane. Kiedyś stworzy postaci z kości i krwi, drżącą do bólu ku kolejnej porażnce, od kichcięcia, przez jęknięcie, ku wzwodowi, ku krzyku.

Ktoś otworzył drzwi balkonu, ktoś wyszedł w przestrzeń gdzie nie było ani chłopców ani z dziewcząt z partii. Ktoś zachłysnął się winem półwytrawnym. Kttóraś zapytała: kim jesteś?. Jestem teraz wyłącznie tą osobą, którą chciabym Ci dzisiaj przedstawić. Jej tu nie ma, ale to właśnie znakomita sytuacja na zapoznanie. Pokaż w końcu rodzicom, kim naprawdę jesteś.

Reklamy

Może nie dziś, nie jutro, ale wkrótce – i to przez całe życie

Plik:Casablanca, Trailer Screenshot.JPGNie ma większego filmu o rozstaniach i powrotach niż „Casablanca” Michaela Curtiza. Niewiele jest większych przyjemności od oglądania wielkich filmów pod gołym niebem. Dzisiaj, za osiem złotych będzie można obejrzeć Bogarta i Bergman w miejscu, które jeszcze kilka lat temu było rozklekotanymi deskami, gdzie studenci uniwersytetu i licealiści „Jedynki” pili tanie wina rozmawiając o dziewczynach.

Mimo hollywoodzkiego rozmachu, polityki, historii i wojny jest to historia wręcz intymna, nieoczywista. Taka, że nie wiesz, co myśleć. O tym, że można kochać i nie tęsknić i o tym, że można nie kochać tęskniąc. Humphrey Bogart – mężczyzna, który poświęca miłość pięknej kobiety wyłączne ze względu na zasady, który popada w nieszczęście na własne życzenie i podejmuje decyzję, która jest najlepszą z możliwych, choć jednocześnie rujnuje życie kobiety, która go kocha. Każdy mężczyzna powinien obejrzeć ten film i każdy powinien wyjść wzruszony.

„Maybe not today, maybe not tomorrow, but soon and for the rest of your life.” – mówi Bogart do Bergman w jednej z ostatnich scen tego filmu. Rozstanie przenika nadzieja na ponowne spotkanie, a obietnica zlewa z odmową.

A tę piosenkę zagrał kiedyś mój przyjaciel A. na Otrycie anonsując ją jako najpiękniejszy wiersz o odmowie. Potem znalazłem go w internecie z obrazkami tego wielkiego filmu.

Szykujmy się na wieczór wzruszeń.

Dreszczowcem w bezsennsość

Pomysł, aby na bezsenność dawkować dresszczowce, nie jest zbyt rozsądny. Coż poradzić na to, że wybierając na chybił-trafił filmy, najważniejszym kryterium decyzji pozostaje okładka? Dreszczowce mają najbardziej estetyczne i intrygujące okładki, a metody wzbudzania lęku, którymi dysponuje współczesna kinematografia, są doprawdy piorunujące. Podobnie jak zakazuje się niektórych filmów, których celem jest zbudzenie seksualnej pożądliwości, tak zakazane powinny być niektóre filmowe metody wzbudzania strachu. Czy to nie dziwne, że pobudzanie seksualne jest regulowane prawnie, natomiast straszyć można jak się tylko chce? Podniecenie seksualne i strach są uczuciami tak bardzo spokrewnionymi, że trudno się nadziwić, iż traktowane są w tak odmienny sposób. Żadnego z tych filmów, którymi próbowałem wystraszyć bezsenność, oczywiście nie obejrzałem do końca. I nie zamierzam obejrzeć. Wolę przewrotność, sarkazm, a przede wszystkim racjonalność, i – jak to ujął mój kolega – „heurystyczny indukcjonizm” Dra House’a.

W starym kinie Forum

Zapowiadana od tygodni kolejna impreza techno z cyklu Secret Location odbyła się tym razem w opuszczonym kinie Syrena, przy ulicy św. Rocha. Miłośnicy tej muzyki, szczególnie w jej minimlistycznych wersjach, tych prosto z Detroit, znajdują szczególne upodobanie w miejskich, zdegradowanych przestrzeniach. Opuszczone fabryki, dworce kolejowe, nieczynne magazyny, a teraz kino, w którym nie puszcza się już filmów, a w zamian  muzykę elektroniczną z komputerów.

Kino Syrena kojarzy mi się z czasami, kiedy co roku robiono w nim przegląd wszystkich filmów konkursowych wyświetlanych na festiwalu w Gdyni. Kupowało się karnet i codziennie chodziło na dwa, trzy filmy. A że były to czasy, kiedy polskich filmów było jak na lekarstwo, oglądało się wszystko. Na te przeglądy w kinie Syrena zapraszano niekiedy aktorów i reżyserów. Zdarzało się,  że zasypiali na własnych filmach. Było im to odpuszczone, bo to niedogrzane kino ze słabą akustyką, plamami na ekranie i podziurawionymi od papierosowych niedopałków i zatłuszczonymi od popcornu siedzeniami znakomicie nadawało się do polskich, nudnych filmów.

O tym, że wczorajsze Secret Location odbywało się w Syrenie, dowiedziałem się przejeżdżając św. Rocha, tuż przez dwudziestą trzecią, aby zdążyć w ostatniej chwili do McDrive’a przy dworcu. Wracałem z innego opuszczonego kina, gdzie oglądałem film jako jeden z dwóch widzów. Przed filmem obawiałem się, że będzie tak, jak kiedyś w Syrenie, kiedy okazało się, że chętnych do seansu – zdaje się Ukrytych pragnień z piękną Liv Tyler – są tylko trzy osoby i kasjerka gotowa była pozbawić tych trzech osób możliwości patrzenia na seksowne usta młodej Liv.

W kinie Forum, mieszczącym się w ładnym, socrealistycznym budynku, hol z dwoma rzędami schodów prowadzących na piętro, sprawia wrażenie na w pół rozebranego, wyniesionego gdzieś przez złomiarzy. Półki nieczynnego sklepu zieją pustkami i kurzem, tylko w maszynie do popcornu leży kilka poczerniałych ziaren kukurydzy w brunatnych plamach oleju słonecznikowego. Dwuosobowy personel bez  pytań ani wahań sprzedaje dwa bilety. Na tym spektaklu zarobią dwadzieścia sześć złotych. Starszy, niski zasuszony pan uruchamia trzykrotnie wzbudzające moje najgłębsze dziecięce sentymenty gongi i rozpoczyna – takie miałem wrażenie – jeden z ostatnich seansów w swoim życiu. Kiedy na ekranie pojawiają się pierwsze kadry filmu, odwracam się za siebie i widzę dziesiątki pustych rzędów foteli z archaicznym, szerokim przejściem w środku. Sala zaprojektowana na półokręgu, z szerokim, zdobionym sklepieniem u góry. Pusta sala kina Forum robi naprawdę upiorne wrażenie.

Najstarszym polskim programem telewizyjnym emitowanym cyklicznie w Telewizji Polskiej, było „W starym kinie„. Program ten, w którym emitowano filmy sprzed lat, ukazywał się nieprzerwanie od 1967 roku do końca lat dziewięćdziesiątych. Program ten kojarzył mi się zawsze z piosenką Fogga, tyle że on śpiewał nie o „starym” ale o „małym” kinie. W każdym razie, strasznie szkoda, że w starych kinach nie puszcza się już starych piosenek, a w małych kinach, takich jak Syrena, „nikt już nie gra na pianinie”.