Ogrody i cmentarze

SONY DSC

Cmentarze są fajne, bo zazwyczaj nie ma tam nikogo. Poza trzema, czterema dniami w roku na cmentarzach są tylko zgarbione wdowy dźwigające wielkie konewki z wodą na groby swoich mężów. Bo mężowie zawsze umierają przed swoimi małżonkami.

Są też cmentarze, na które nikt nie przychodzi. Tam rosną rośliny. Ludzie mówią, że tam, gdzie są zakopane zwłoki, wszystko lepiej rośnie: i żyto, i pszenica, i bób. Jabłonie i grusze mają więcej owoców, a owoce te są na cmentarzach słodsze i bez robaków. Cudowny łańcuch zwierzęcych i roślinnych istnień i śmierci, w którym człowiek jest tylko jednym z nieskończonej ilości ogniw. Cząstka każdego z nas jest w trawie, w soczystej gruszce, w robaku, który dostaje się do naszych ciał przez butwiejące szpary sosnowych trumien, w ptaku, który upolowawszy robaka sam daje się zabić silniejszym od siebie.

Byłem dzisiaj na cmentarzu, na który nikt nie przychodzi. Leżą na nim Niemcy, przybyli do Białegostoku z Saksonii. Nie byli to bogaci fabrykanci z „Ziemi Obiecanej”, ale zwykli, poczciwi tkacze, zamieszkujący ocalałe po części do dzisiaj drewniane domy w północnej dzielnicy miasta.

Kilkaset metrów od tego miejsca jest centrum handlowe: Auchan, Leroy Merlin, McDonalds, CPN, Makro, Selgros i nie wiem, co tam jeszcze. A na cmentarzu – cisza. Słychać tylko pracę koparki przerzucającej nieopodal gruz z miejsca na miejsce. Trawa do kolan i wysokie na pół metra mlecze.

Na cmentarzu niemieckim w Białymstoku jest tylko kilka nagrobków. Na trzech można wyczytać nazwiska zmarłych. Największemu, z figurą Jezusa, ktoś urwał głowę. Pozostałe to betonowe ramy porośnięte wewnątrz trawą i wiosennymi kwiatami. Na środku cmentarza rośnie wielki krzew dzikiego bzu, największy bez, jaki widziałem w życiu.

Poruszałem się po tej łące na kolanach. Robiłem zdjęcia nagrobkom i roślinom. Próbowałem poczuć ten przepływ cieczy, białka, całego wielomiliardowego świata bakterii między glebą, ciemnością pełną robaków, kretów, nornic, gąsienic, żuków, pozasypywanymi kilkadziesiąt centymetrów pod powierzchnią zwłokami ludzkimi, a feerią zieloności, ciepła, zapachów bzu, mleczy, konwalii i słońca tutaj, gdzie klęczałem z aparatem na trawie w skwarze końca maja.

Granica między życiem a śmiercią jest bardzo niejasna, ale jasne jest, że w pewnym momencie nasze ciała przestaną działać. Nie będziemy mogli pojechać na zakupy, przestaniemy biegać i oglądać ulubione seriale. Nasze serce przestaną pompować krew, a nasze mózgi obumrą z braku tlenu. Nasze ciała zaczną sinieć, a potem staną się czarne. Stopniowo wyparuje z nich woda, a to, co pozostanie, zjedzą zwierzęta, których całym sensem istnienia i przetrwania jest zjadanie naszych zwłok. Potem pozostaną kości, które również się rozsypią.

Czy to będzie koniec? Tak. Nie ma żadnego życia po życiu, nie ma siedmiu wcieleń, nie ma żadnego miejsca, w którym się znajdziemy po śmierci. Porzućmy wszelkie nadzieje, że skurwysyństwa i podłości, które wyrządzamy innym będą w jakikolwiek sposób „wybaczone” czy skasowane. Nie zostanie po nas żadne ciało, ani żadna dusza. Co zostanie? Pamięć osób, na których nam zależy. Mamy tylko kilkadziesiąt wiosen, aby sprawić, że po naszej śmierci ktoś będzie nas dobrze wspominał. Do biegu, gotowi, start!

Reklamy