Codziennik dwudziesty piąty – patriotyzm

stasiuk
„To podstawa patriotyzmu: żeby można było wyjechać w każdej chwili i z oddali patrzeć na cień ojczyzny. Jak się wznosi nad krajem i rozpościera niczym atomowy grzyb. Patrzeć na to z oddali i wiedzieć, że tam jest. Że będzie, kiedy wrócisz. Te wszystkie zapachy, zgęstniałe wonie, stężałe wyziewy ziemi i rzeczy od samego dzieciństwa, od narodzin, gdy się pierwszy raz tym zaciągnąłeś. Grochów, Mazowsze i Podlasie. Sztach. Między Małkinią a Bosforem. Przez przełęcz Dujawa w dół, ku śródziemnomorskiemu zlewisku, dalej od lesistego, omszałego, zatęchłego cienia północy. Żeby patrzeć z oddali i sprawdzać, jak daleko sięga. Mój kraj. Mój biedny, opuszczony kraj. Wszystkie kraje są opuszczone, ale mój najbardziej. Jadę na południe, by widzieć to tak wyraziście jak w proroczym śnie. Z Preszowa, z Miszkolca, z Budapesztu, z Belgradu patrzeć, jak na północnym horyzontem podnosi się gigantyczny majak kraju. Niczym Godzilla. W koronie, w płaszczu purpurowym, w złotych butach na obcasie. Im dalej, tym, tym większy i starszy. Przedwieczny kłębiasty stwór. Po to się jedzie jak najdalej. Na koniec kontynentu, na skraj lądu, na brzeg wód, żeby patrzeć jak cię ściga cień. Na Bałkany. Do krainy śmierci, żeby wspominać niewinność ojczyzny, żeby wspominać jej dziewictwo.”

Reklamy

Cultureclash

Dla mieszkańca Europy Środkowo-Wschodniej każde przekroczenie granicy na Odrze i Nysie jest szokiem kulturowym i wkroczeniem do świata egzotycznego.

Określenie Europa Środkowo-Wschodnia uważam za trafione choćby dlatego, że propagują je jednocześnie i niezależnie od siebie Miłosz, Kundera i Stasiuk, a to samo w sobie jest wystarczającym argumentem za siłą takiej zbitki. Wszystkich trzech bardzo cenię za postawienie mi symbolicznych milestones. Miłosz zrobił to Doliną Issy, Kundera Żartem, a Stasiuk – Duklą. Zresztą, wszyscy trzej są związani z miejscami położonymi w obrębie mojego terytorium. Z miejscami i – oczywiście – plemionami wyznaczającymi najbardziej głęboki rys na kulturze środkowo-wschodniej Europy. Autor Widzeń nad Zatoką San Francisco (kolejna bardzo ważna lektura, wprowadzenie we wrażliwą percepcję pop-kultury) to dla mnie Jadźwing w czystej postaci: zrównoważony, spokojny, sumienny. Pogodzony z deterministyczną naturą przyrody. Niby wierzący, a tak naprawdę, w głębi serca, religijny poganin. Z kolei Stasiuka zawsze uważałem za zukrainizowanego Poleszuka. Jego przyjaźń z Andruchowyczem jest tylko tego potwierdzeniem. Wystarczy przeczytać Białego kruka, potem Duklę, a następnie znów Jadąc do Babadag aby zrozumieć tkwiącą w nim sprzeczność pomiędzy zasiedziałym poleszuckim Stasiukiem tkwiącym na beskidzkim zadupiu z dala od ludzi, ze Stasiukiem szwędackim, szukającym przygody, zapędzającym się z butelką wina aż po samą Albanię. Ostatni z trzech, Milan Kundera dodaje do tego pierwiastek normański, niesłusznie pomijany w historiografii polskiej. Normanowie, rządzący Europą pod koniec pierwszego tysiąclecia po Chrystusie, nie mogli nie wprowadzić swojej krwi również do żył mieszkańców tego rejonu. Wiedzą o tym już od dawna Rosjanie, przekonują o tym świat badacze skandynawscy, tylko Polacy nie chcą o tym w ogóle słyszeć. A Milan Kundera i Czesi zawsze przypominali mi Skandynawów: kiedy trzeba poważnych, powściągliwych i wyrachowanych, kiedy indziej wylewnych i cynicznych. Łączy ich też pracowitość, swoboda seksualna, jawny ateizm i niechęć do współplemieńców. Szwedzi nie znoszą Norwegów pewnie jeszcze bardziej, niż Czesi – Polaków.

No więc takim szokiem kulturowym był nawet tak krótki, ponad tygodniowy wyjazd. Wszystko to jeszcze sobie układam powoli, powyższa dygresja wyczerpała energię przeznaczoną pierwotnie na napisanie o tytułowym cultureclash’u. Miało być o niemieckiej i socjologicznej przewidywalności, o kierowcach międzynarodowych autobusów oferujących przejazd osób, nocnej melachnolii autostrad i dróg ekspresowych, o tym, że Warszawa nawet przejazdem ciąży jak ołów i każe uciekać, oraz o tym, jak dziwne i piękne to wrażenie słuchać Jasmine Girl Ścianki na czterysta którymśtam kilometrze jazdy samochodem, po trzydziestu iluśtam godzinach w podróży, gdzieś między Zambrowem a Białymstokiem na kilka godzin po zmierzchu. Zarejestrowany zaledwie ułamek tego zamieszczam poniżej. Jest tam obraz i muzyka pomieszana z szumem mijanych aut. Nie ma już takiego fajnego zmęczenia, świstu wiatru w uszach i zapachu nocy.

Andrzej Stasiuk „Dojczland”

Wygląda na to, że Andrzej Stasiuk już na dobre zadomowił się na półce z literaturą podróżniczą, o ile oczywiście zestawienie zadomowienia z podróżowaniem nie jest stylistycznym nadużyciem. Jego najnowsza książka – stustronnicowy ciąg szwędackich impresji o Niemczech – może stanowić kolejny odcinek serii rozpoczynającej się od nieprześcignionej „Dukli”, przez nagrodzone Nagrodą Nike (2005) „Jadąc do Babadag” i niedawne „Fado”, kończąc właśnie na „Dojczland”.

Stały czytelnik bez trudu zauważy, że czterdziestosiedmioletniemu Stasiukowi udało się wypracować swój własny, unikalny styl opowiadania o podróżowaniu.  Do tej pory „specjalnością” pisarza była Europa Środkowo-Wschodnia, której Stasiuk stał się popularnym „piewcą”. W dużym stopniu podzielałem opinię autora o tym, że ludy zamieszkujące pas od Estonii, przez Białoruś, Polskę, Ukrainę, Słowację i Węgry, po Rumunię, dawną Jugosławię i Albanię, stanowią esencję tego, co nazywamy europejską tożsamością. Że jako jedyne zachowały równowagę pomiędzy statecznym, wyniosłym i stabilnym dziedzictwem antycznej Grecji i Cesarstwa Rzymskiego a żywiołowością, mistycyzmem i nieokiełznaniem barbarzyńskiego Wschodu. Swymi relacjami z podróży po Rumunii, Słowacji, Ukrainie, Albanii, ale też Polsce, Stasiuk razem ze swoim kolegą Jerzym Andruchowiczem (przede wszystkim w niedocenionej przez krytyków „Perwersji”), pokazują umiejętnie i nie bez wdzięku kontrast pomiędzy zblazowanym, plastikowym, umarłym emocjonalnie Zachodem, a – choć może zacofanym cywilizacyjnie, ale żywym i prawdziwym środkiem kontynentu.

Ci, którzy znają Stasiuka z wymienionych choćby powyżej książek, wiedzą, że trudno w jego przypadku mówić o fabule. Czas nie jest u Stasiuka ani liniowy, ani cykliczny. Chronologia zdarzeń odpowiada pulsowi bohatera, szybkości przemieszczania się, intensywności krajobrazu. „Dojczland” stanowi taki właśnie nieuporządkowany ciąg obrazów, rozmów, wrażeń, z kilku (kilkunastu?) wyjazdów Stasiuka do Niemiec. Jest tam zapraszany jako znany polski literat, tłumaczony i popularny w kraju za Nysą i Odrą. Stasiuk jest również znany w Niemczech jako publicysta, tłumaczący tamtejszmu ludowi zawiłości i paradoksy polskiej rzeczywistości. O tym, że ta ostatnia rola nie za bardzo mu odpowiada, niech świadczy fragment „Dojczland” opisujący jedno ze spotkań Stasiuka z niemiecką publicznością.

Tylko parę razy zdarzyło się, że ktoś wstawał i pytał dramatycznie: „Kiedy w końcu wasi homoseksualiści nabędą pełnię praw?”. Wtedy równie dramatycznie odpowiadałem: „Ten dzień jest już bliski”. Albo pytano: „Kiedy w końcu przestaniecie kraść nasze samochody?”. Odpowiadałem zgodnie z własnym przekonaniem: „Raczej nieprędko. Przecież nie będziemy kradli białoruskich”.

Ten fragment sporo mówi również o szczególnym stosunku Stasiuka do Niemców.  Interesowało mnie, w jakiim stopniu dyskurs „Dojczland” będzie się różnił od sposobu, w jaki Stasiuk opowiadał o Ukraińcach, Albańczykach czy Słowakach. Szczególnie w „Fado” widoczne było to, że udało mu się – co rzadko spotykane w polskim piśmiennictwie – przezwyciężyć „imperialistyczny” ton polskiej literatury, narzucającej zazwyczaj pewien wyniosły ton pisania o Europie Środkowej, której Polska miałaby być historyczno-kulturowym liderem. Stasiukowi udawało się to, czego niekwestionowanym mistrzem jest Wiktor Jerofiejew. Ten ostatni, Rosjanin czystej krwi, potrafił choćby w jednym z esejów zbioru pod tytułem „Mężczyźni”, opisać stosunki rosyjsko-polskie w sposób porzucający uprzedzenia, a wręcz w dużym stopniu ukazujący duszę rosyjską jako „cygańską” w stosunku do tożsamości polskiej.

Bardzo podobnie o Polakach pisze Stasiuk, nazywając naszych rodaków na niemieckiej emigracji „Cyganami” tej części Europy. Ma tu zresztą na myśli nie tylko Polaków, ale wszystkie „ludy Wschodu” poszukujące w Niemczech lepszego życia. Niemcy w „Dojczland” są narodem sterylnych terminali lotniczych, nieracjonalnie płaskich i nudnych autostrad, oschłych urzędników i ekspedientek w wielkich supermarketach, krajem nieprzyzwoicie czystym i przerażająco zamożnym.

Podzielam wrażliwość Stasiuka, który najwyraźniej nie jest w stanie sobie poradzić z ową sterylnością Niemiec i próbuję ją uczłowieczyć, ożywić. Obywatel Europy Środkowo-Wschodniej, mieszkaniec Warszawy, Bratysławy, Lwowa, Bukaresztu czy Tirany, nie jest w stanie poradzić sobie z nierzeczywistą zamożnością, niełamaniem prawa i drażniącą powściągliwością Europy Zachodniej.

Dlatego Stasiuk próbuje pisać o Niemcach językiem, którego używał do opowiadania o zapadłych wioskach wschodniej Rumunii. Wprowadza do tego obcego mu świata pierwiastek ludzkiej nieprzewidywalności. Spacerując po berlińskich ulicach, podróżując superszybkimi pociągiem z Konstancji do Monachium, oczekując na samolot w terminalu lotniska w Stuttgartcie, posiłkuje się butelką butelką whisky, aby dostrzegać w tym umierającym świecie resztki życia. Są nimi, co nie trudno zgadnąć, ludzie Wschodu, którzy wnoszą do owej sterylności subiektywność i żywiołowość, a jednocześnie niezdecydowanie, strach i coś w rodzaju nieprzystawalności do świata, w którym się znaleźli. To jednak właśnie – zdaniem Stasiuka – ratuje Europę Zachodnią przed zastygnięciem w wiecznej nudzie.

Zawsze twierdziłem, że Andrzej Stasiuk jest przykładem potwierdzającym, że najlepszą filozofię uprawiają ci, którzy za określenie ich mianem filozofa mogliby dać po pysku. Stasiuka nie da się skrytykować za jego wizję filozoficzno-społeczną, bo nie formułuje jej w żaden dający się systematycznie skrystalizować sposób. Jednak płynąc po tych hrabalowskich, wielowersowych impresjach, spostrzeżeniach i morałach, wyłania się całkiem przekonujący i nad wyraz dojrzały obraz różnic kulturowych i tożsamościowych. Jest to więc nie tylko bardzo dobra literatura, ale też kawałek świetnej refleksji socjologicznej.