„Górka”

DSC08612.jpg

W latach osiemdziesiątych największą atrakcją na osiedlu Dziesięciny II była „górka”. Każde blokowisko miało taką górkę, którą usypywano z ziemi z fundamentów bloków i wieżowców. To, co się działo na tych górkach, kiedy tylko spadło trochę śniegu, przerasta wyobrażenia obecnych rodziców o tym, co to znaczy „iść na sanki”.

Na tych górkach przy Gajowej na Dziesięcinach, w parku przy Wierzbowej, na Rzemieślniczej, rodzice nie istnieli. Górki zimą były oblepione dzieciakami z sankami lub bez jak gówno przez muchy w ciepłe lipcowe południe.

Ileż tam wybito zębów, ile rąk złamano, ile tam wtedy było emocji i jak szybko górka pokryta śniegiem zamieniała się w górę pokrytą lodem wyślizganym tysiącem zjazdów i wspinaczek, na którą wspiąć się było trudniej, niż na K2 zimą!

Zauważyłem wczoraj, że na Białostoczku przez cały czas jest ta „górka”. Kiedyś zjazd kończył się majestatycznie w korycie Białki, dzisiaj – w ramach bezpieczeństwa chyba – zbudowano na przeciwko zjazdu z górki – „Orlika”. Więc nie wylądujesz w rzece, ale na atestowanej przez UE siatce. W zasadzie nie wylądujesz nigdzie, bo zimą nie pada tu już śnieg.

Reklamy

Mieszkańcy ostatnich drewnianych domów w mieście

DSC02506

Kilkanaście lat temu całe miasto pełne było jeszcze takich miejsc. Walących się, opuszczonych drewnianych chat. Przy tych chatach były zdziczałe sady: rachityczne, powykręcane na wszystkie strony, chylące się ku ziemi gruszki, jabłka, czasami agrest. Miesca po grządkach, na których uprawiano marchewkę, groszek, sałatę, słodkie truskawki i pomidory, już dawno zarosły, zostały przydeptane i zasikane przez psy i przypadkowych przechodniów.

Porozrzucane w nieładzie deski zdradzały pozostałości po przydomowym chlewiku. Czasami widać jeszcze ślady po ścieżkach prowadzących z domu w różnych kierunkach. Najczęściej pozarastała je wysoka jak zboże trawa, w której połyskują okruchy butelek, papiery, ekskrementy i inne skarby niczyjej przestrzeni.

Niedaleko bloku, w którym mieszkałem, w samym środku osiedla z azbestowych płyt, zachowały się te ogrody i opuszczane z wieloletnim opóźnieniem drewniane domy. Kradliśmy z niepilnowanych przez nikogo sadów zielone jabłka i niedorzałe gruszki. Pamiętam też stojące między tymi blokami amatorskie ziemianki, usypane przed wieloma laty, w któych przechowywano mięso, ziemniaki i przetwory, a potem zamieszkały w nich bezpańskie psy.

Ostatni mieszkańcy tych domów, stare małżeństwa albo wdowy, nie pasowali do atakującej ich z każdej strony nowej przestrzeni i nowych ludzi. Byli mieszkańcami suburbiów, co prawda nie mieszczanami z krwi i kości, ale ludźmi związanymi z krwioobiegiem miasta, sprzedającymi miastu to, co udało mu się wyprodukować, odwiedzający miasto od czasu do czasu. Ich nowymi sąsiadami byli przybysze z prawdziwej, autarkicznej wsi, którzy dokonali największego w ich ograniczonej ambicji awansu społecznego. I teraz patrzyli ze swoich balkonów na chylące się ku upadkowi chaty i ich ostatnich mieszkańców z pogardą i wyższośćią.

Te ostatnie ślady wiejskich Dziesięcin, Białegostoczku, Bojar, Chanajek, Piasków i Nowego Miasta już dawno zniknęły za parawanem nowego budownictwa z cegły i sajdingu. Trawią je przypadkowe pożary, okupują je dzieciaki bawiące się w syryjskie i egipskie powstania i kloszardzi odbywające tam alkoholowe sesje połączone z noclegiem.

Pamiętam, jak mam 10 lat, krótkie spodnie i sandały, a czerwcowa trawa sięga mi do nosa. Przedzieram się przez nią i jak mały odkrywca eksploruję niezbadane obszary tych starych ogrodów, omijając porozrzucane deski z wystającymi, pordzewiałymi gwoźdźmi. Zaglądam w powybijane okna tych domów, gdzie leżą rozprute wersalki i straszą kaflowe piece, wciągam do nosa mieszankę spalenizny i stęchlizny, po drewnianych, skrzypiących schodach wspinam się na poddasze, gdzie w wielkiej zmurszałej skrzyni odkrywam kolekcję przedwojennej literatury rewolucyjnej dla młodych komsomolców.

Decyduję się po latach znowu posłuchać pierwszej płyty Partii

Kolejna przeprowadzka i sprzedaż  Toyoty, a wszystko w ciągu zaledwie kilku krótkich jesiennych dni. Szukam na internetowych aukcjach auta z duszą i bez elektroniki, selekcjonuję znowu książki na te do przeczytania, do zapomnienia i przypominania. W starym jamniku Philipsa siedzi nie odtwarzana od lat, zakuzona pierwsza kaseta Partii, z którą spędzałem kiedyś nocne wycieczki autobusami po mieście. A gdzieś w Puszczy Augustowskiej tego lata, w trakcie spaceru nad jezioro, J. zadał zagadkę, w jakiej piosence pojawia się fraza „anteny trzypiętrowych bloków”. A ja wtedy przypomniałem sobie, jak znajomy fotograf K.D. opowiadał mi o sesji z Lesławem, na którą umówili się w mieszkaniu wokalisty Partii, gdzieś przy Rondzie Babka, na dziesiątym piętrze z widokiem na Arkadię. K. jest moim przyjacielem z dzieciństwa, mieszkaliśmy trzy kroki od siebie, ja przy Palmowej, on przy Gajowej. I jak rozmawialiśmy o tych zdjęciach dla Lesława, to choć obaj byliśmy już coś po studiach, czuliśmy, że Lesław zdradził nasze osiedlowe ideały. Bo gdzie to boisko, gdzie place zabaw, gdzie „błękit nieba przeszywają samoloty”?

Nie powinieneś przywiązywać się do ludzi, a już szczególnie nie powinieneś przywiązywać się do przedmiotów i starych piosenek. Żadnych sentymentów wobec miejsc, które okazały się ważne, unikaj wszelkich silnych uczuć wobec kobiet, wobec rodziny, wobec samego siebie. Nie powinieneś wzruszać się na czarno-białych filmach i – zrozum to raz na zawsze – staraj się zapomnieć o wszystkim, co było godne twojego zaangażowania, troski i pamięci. Wtedy na pewno przetrwasz.

Trzecia piosenka o jesieni

Osiedla Dziesięciny i Białostoczek dzieli linia kolejowa biegnąca do Sokółki, Dąbrowy Grodzieńskiej, Augustowa, a potem aż do Suwałk. Po lewej stronie torów roztacza się widok na gąszcz ogródków działkowych z tymi karłowatymi domkami ręcznej roboty otoczonymi zielenią. Po prawej stronie – bloki przy Sokólskiej, garaże, domy jednorodzinne. Rankiem i aż do popołudnia jest tu pusto. Dopiero potem ścieżką wzdłuż torów ludzie wyprowadzają psy, dzieciaki uciekają z domu na papierosa, nordic-walkerzy zapieprzają w tę i z powrotem.

Spotkałem się tam z M., żeby porozmawiać o Bogu. Było ciepłe, wrześniowe południe, środek tygodnia. Usiedliśmy na betonowym moście, to zawsze było ulubione miejsce naszych spotkań. M. rzucał kamienie z nasypu kolejowego w stojącą przy rzece butelkę po winie.

Chciał mi za wszelką cenę udowodnić, że jego życie ma sens, choć wcale tego od niego nie oczekiwałem. Chciałem przeżywać z uważnością to południowe, wczesnojesienne światło, tę wrześniową zieleń ogródków działkowych, ten betonowy most i płynącą pod nim rzekę. Wolałem zakładać się z samym sobą, czy M. trafi w końcu kamieniem w stojącą kilka metrów niżej butelkę po bułgarskim winie. Nie chciałem myśleć o tym, co będzie jutro, za tydzień, za rok, nie interesowało mnie, co się stanie po mojej śmierci. A tak naprawdę wiedziałem, że nie zdarzy się nic.

Powiedziałem mu wtedy, i pamiętam że chwilę wcześniej na holenderskiej damce przejechała obok nas śliczna ruda dziewczyna, a jak już była kilkanaście metrów dalej, odwróciła się i pomachała do nas ręką, powiedziałem M., że moje życie jest smutne, na pewno smutniejsze od jego życia. Ale wolę moje smutne życie, w którym nigdy już nie spotkam tej rudej na rowerze, nigdy nie przeżyję jeszcze raz tego lata, życie, które kiedyś się skończy, a potem nie wydarzy się już nic. Moja pewność jest smutna, jego nadzieja daje mu szczęście – tak mu powiedziałem.

Dziwne, że to on mówił wtedy więcej, ale z tego spotkania pamiętam tylko moje słowa. Różniło nas wtedy prawie wszystko, łączył nas tylko strach przed nadchodzącą jesienią.

W końcu trafił kamieniem w butelkę po winie, która roztrzaskała się na milion części. Spotkanie się kończyło. Wracaliśmy wąską, zarośniętą po pas ścieżką, między ogródkami działkowymi a rzeką. Nic się nie zmieniło, nadchodziła kolejna, taka sama jesień.