Powoli

SONY DSCKilka minut przed osiemnastą spadła ulewa. Typowe, lipcowe, kilkuminutowe urwanie chmury. Jechałem samochodem i słuchałem piosenek Korteza.

Ulewa pozostawiła po sobie tęczę, trochę kałuż i wilgotny zapach. Chwilę potem po tym wszystkim nie było już śladu.

Kilkanaście minut później szedłem ogródkami działkowymi położonymi obok rzeki. Robiłem zdjęcia zmoczonym owocom jarzębiny, malwom i nasturcjom i pelargoniom.

Wypełzały spod płotów, liści bluszczu i rabarbaru. Z perspektywy metra osiemdziesięciu zdawały się nie poruszać. Dopiero, gdy klęknąłem nad nimi, zobaczyłem ich marsz.

Powolny, mozolny i prawdopodobnie skazany na niepowodzenie. Dyktowany instynktem przetrwania przez prymitywny system nerwowy, który nawet nie zareaguje, kiedy skorupka nadepnięta przez człowieka zniweczy okrutny wysiłek.

To, co się wydarza, nie napawa optymizmem. Szykuje się długotrwała walka o to, by mój syn mógł mieć ojca. Takiego który jest zawsze, kiedy dziecko tego pragnie.

Ta walka nie będzie wojną. Nie będzie ofiar. Nie będzie przegranych. Zwycięzca będzie tylko jeden. Zaprowadzę go do tego zwycięstwa tak, jak tego będzie chciał. Kiedy trzeba – na swoich plecach. A potem pójdzie sam.

Powoli.

 

Wilgoć

SONY DSC

Lato jest świętem zapachów. Teraz zapachy są ważniejsze, niż światło, a światło jest przecież najważniejsze. Kiedy lato jest suche,  wtedy jest słomkowym zapachem spłowiałej, rozsypującej się w dłoniach trawy.

Jest zapachem piasku pomieszanego z pyłem opon samochodowych na poboczu drogi krajowej, przy której stoi chłopiec z plecakiem, w kapeluszu i z kartonem z napisem „byle dalej”.

Teraz lato jest mokre, a woda jest już tylko zapachem. Zapach wilgoci przełomu czerwca i lipca ma w sobie delikatną, świeżą wilgotność majowej burzy i ciężkość cuchnącej starą liściastą zgnilizną październikowej, depresyjnej mżawki.

Chodziłem po lesie, kiedy zbierało się na deszcz. Burzę spędziłem w aucie. Potem pojechałem na ogródki działkowe ukraść trochę czereśni, ale tylko patrzyłem na mokre liście i krople, które z nich spadają.

Sierpniowa burza

DSCF0013Mamy kino, radio i telewizję. Internet, trójwymiarowe filmy, cyfrowe symulacje wszystkiego, co sobie można wyobrazić, łącznie ze śmiercią i narodzinami, wojną, seksem i zarządzaniem parkiem zoologicznym. Hiperzmysłowe, megamocne doznania są na wyciągnięcie ręki, a w najgorszym razie – portfela. Pobudzić sobie wzrok, smak, zapach, dotyk, węch – proszę bardzo! Dostajesz to z dostawą do domu, gwarancją satysfakcji i odpowiednią rękojmią.

Żadna firma nie zaproponowała jednak tych wrażeń, które daje gorąca, sierpniowa burza po tygodniu rozgrzanym jak skwierczący tłuszcz na patelni. Nagle robi się duszno, a jaskółki zniżają lot, aż do samej wyschniętej trawy, aż do tafli jeziora parującej od gorąca, aż do poziomu asfaltu, który aż parzy w bose stopy. Każdy oddech sprawia wysiłek, a sytuacja staje się napięta. Cała przyroda jest oczekiwaniem.

A potem nagle robi się ciemno. Najpierw pojedyncze, ciężkie i grube krople, spadają to tu, to tam, ale to tylko nieliczne spośród tych wielu, które wyparowały w drodze na ziemię. Gdzieś daleko rozbrzmiewa grzmot. Jeden. A potem na wszystko spada ściana wody, w której wszyscy z trudem szukają odrobiny powietrza. Ziemia paruje, a burza nie oszczędza nikogo, ani niczego. Po kilku minutach nie ma po niej śladu, poza wielkimi kroplami ściekającymi z parapetów, liści drzew, piorunochronów i rzęs pięknych dziewcząt.

Czwarta piosenka, czyli o tym, jak pachnie jesień

Książki, które pachną to: „Sklepy cynamonowe” Schultza (książka o zapachu prowincjonalnej ulicy w skwarne południe), dzieła wszystkie Krzysztofa Vargi (pachnące ulicą, dworcami kolejowymi, barami szybkiej obsługi) i „W poszukiwaniu straconego czasu” (zapach, który pamiętam, ale którego nie potrafię opisać). Teraz, w tym momencie, wszystko pachnie tak, jak w książkach, wszystko pachnie wspomnieniami, a jesień to taka pora roku, w której wszystko, co ważne, się dla mnie zaczynało.

Pewien wrzesień, gdy rytm dnia wyznaczało: późne wstawanie w pustym mieszkaniu obskurnego betonowego bloku na Dziesięcinach, podróż autobusem numer dziewiętnaście aż pod Akademię Medyczną, wielogodzinne przesiadywanie na ławce w parku i czytanie wypożyczonej z Książnicy „W poszukiwaniu straconego czasu”, aż zbliżał się wieczór, więc powrót tą samą dziewiętnastką, i siedzenie do trzeciej w nocy przed telewizorem, z „Polityką”, obłożony ze wzszystkich stron papierem, zasypiałem. Żadnych ludzi, żadnych przyjaciół, żadnych rozmów o rzeczach ważnych jak i głupotach, żadnych narkotyków poza cukrem w miodzie.

I tego września był taki słoneczny dzień, pamiętam, że starcy przesiadujący na ławkach przy fontannie machali przed swoimi pomarszczonymi twarzami prasą katolicką, i nic nie zapowiadało, że spadnie deszcz. Kiedy zaczęło padać, a właściwie ściana wody lała się z nieba tak, że trudno było oddychać, ja szedłem tą alejką w stronę budki z lodami włoskimi, gdzie zawsze są kolejki, szedłem powoli nie tylko dlatego, że lubię deszcz, ale dlatego, że zakochałem się w zapachu tej wody, podmywającej asfaltowe ścieżki pokryte kurzem, brudem, syfem kończącego się lata. Zapach czystej, nieskazitelnie przejrzystej wody pomieszanej ze zgnilizną liści i smrodem spalinam.

Zapach końca i początku, zapach rozkładu i narodzin, zapach trupa i nowo narodzonego dziecka.

Szukałem potem długo tego zapachu, tropiłem go niecierpliwie, a gdy zbliżała się jesień, stawałem się jeszcze bardziej czujny. Znalazłem go w tym szczególnym momencie, kiedy pociąg linii Białystok-Warszawa Zachodnia mija już Wołomin, potem w Kobyłce skręca w lewo i jedzie się ostatnią prostą przed Rembertowem wydeptanym przez spacerowiczów lasem, obok poligonu. Wtedy wychodzę na korytarz, otwieram okno i czekam na ten moment, kiedy pociąg dojedzie do ulicy Cyrulików przejeżdżając przez tę ulicę obok ostatniego przystanku linii 505. Wjeżdża się z lasu do miasta. Ten moment jest wyjątkowy, przede wszystkim ze względu na przedziwną miksturę zapachów: lasów, którymi jechałeś przez dwie godziny, miasta, które śmierdzi w absorbujący i uzależniający sposób, a wszystko to łączy woń polskich kolei państwowych, suchy zapach nasypów, przesiąkniętych ludzkim potem siedzeń, zapach toalet, mytych od czasu do czasu środkiem cuchnącym bardziej niż ludzkie ekskrementy. To wszystko łączy się w całość, jest kompletne, niepowtarzalne i nieopisywalne.

Zawsze uważałem, że wszystko, co ma jakąkolwiek niezniszczalną wartość, musi łączyć w sobie to brudne z tym czystym, to piękne z tym obrzydliwym, to prawdziwym z tym fałszywym. Dlatego liście pachną najładniej, kiedy zbliża się ich koniec, płodne kobiety pachną zapachem przyciągającym i drażniącym zarazem, tak samo jak wspaniały jest zapach benzyny, choć innym razem to okropny smród.

I zapach pustego domu, w którym spędziłeś z kimś setki pięknych, a czasami niepięknych chwil, zapach który trzymasz mimo smutku, bo przynosi ciągle dużo szczęścia.