Drożdżówka jako sposób na przechytrzenie listopada

SONY DSC

Polskie rodziny dzielą zasadniczo na dwie, mniej więcej równe części. Jest to podział wymykający się różnicom geograficznym, religijnym, światopoglądowym, wiejsko-miejskim. Jest to podział, którego genezy nie znam, nie rozumiem i pewnie nigdy nie poznam i nie zrozumiem.

Polskie rodziny dzielą się na te, w których nie je się ciasta i te, w których ciasta się je.

Prawdopodobnie jest to uzależnione od istnienia jakiejś mamy, cioci lub babci, która potrafi upiec ciasto. Tam, gdzie taka ciocia istnieje, ciasta się jada. Tam, gdzie takiej cioci nie ma, obiad kończy się na herbacie i do widzenia.

W moim domu ciast się nie jadało, bo nie mieliśmy cioci, co by potrafiła je upiec. Dlatego też, gdy w końcu zetknąłem się z rodzinami, w których drożdżówka jest obowiązkowym zwieńczeniem obiadu i bezwarunkowym towarzyszem wieczornych „Wiadomości” lub „Faktów”, choć wychowany w tradycji „bezciastowej”, koniecznie zapragnąłem nauczyć się robić ciasta.

Wydaje mi się, że takie ciasto, taka drożdżówka z gorącą herbatą, taki wypiek, na którym położy się na przykład jabłka z cynamonem z jesieni przechowywane w słoikach, włoży do piekarnika, a potem wyjmie parujące i powącha, to jeden z niewielu skutecznych sposobów na ten kurewski polski czas, w którym o piętnastej robi się ciemno, co skutecznie zniechęca do życia.

„Robić ciasta” to raczej za daleko idąca ambicja – zapragnąłem nauczyć się robić zwykłe ciasto drożdżowe. Takie, które pachnie jeszcze w piekarniku wprost obłędnie i na które można położyć takie owoce, na które aktualnie ma się ochotę: jabłka, śliwki, jagody, truskawki, wiśnie, cokolwiek.

Nieudanych prób zrobienia przeze mnie drożdżówki było wiele. Żadnej nie żałuję, bo za każdym razem mieszkanie przesycone było tym obłędnie słodkim zapachem, który ogrzewa przestrzeń lepiej, niż milion kaloryferów. Ostatnio udało mi się znaleźć sposób na puszyste, odporne przypalenie, pięknie pachnące ciasto drożdżowe

Mój sposób na ciasto drożdżowe (mała blaszka).

  1. Do ciasta drożdżowego potrzebujemy drożdży. Musimy dać im możliwość rozmnożenia się i wzmocnienia, aby potem śmiało harcowały w cieście, dając nam tę puszystość, która jest podstawą w tym przypadku. W tym celu przygotowujemy zaczyn: 20 gramów żywych drożdży rozpuszczamy w 250 ml mleka (optymalnie będzie około 35 stopni, powyżej 40  nasze zwierzątka się ugotują, a jak mleko będzie zimne, drożdże będą nieskore do prokreacji). Do tego dodajemy kilka łyżek mąki i łyżkę cukru, bo drożdże też lubią słodycze. Przykrywamy to i odstawiamy na kilkanaście minut. Po tym czasie zaczyn powinien zacząć buzować. Jak nie zaczął, czekamy dłużej.
  2. Bierzemy dużą miskę i wsypujemy do niej 300 gr. mąki, około 5 łyżek cukru, 1-2 łyżeczki cukru waniliowego, 2 jajka, szczyptę soli, 3 łyżki oleju i buzujący zaczyn. W swojej kuchni nie mam robota kuchennego, więc całość mieszam zwykłym blenderem, tą końcówką do ubijania jajek, kilka minut. Po tym czasie miskę z ciastem odstawiam w ciepłe miejsce i czekam.
  3. Po około jednej godzinie ciasto powinno już podwoić swoją objętość. Jeśli tak się nie stało, czekam dalej. Wydaje mi się, że wyrośnięcie ciasta, czyli rozbestwienie i rozmnożenie się drożdży w całej jego strukturze jest kluczem do powodzenia całej operacji. Dlatego ważna tu jest cierpliwość.
  4. Kiedy już ciasto jest wyrośnięte, przekładamy je do blaszki wysmarowanej tłuszczem roślinnym i posypanej bułką tartą. Ciasto powinno być kleiste, ale nie lejące się.
  5. Na wierzch kładziemy ulubione owoce. W moim przypadku były to ostatnio jagody i jabłka (to miałem akurat w lodówce). Ewentualnie kładziemy na górę kruszonkę (przepis nań można znaleźć w internecie)
  6. Drożdżówkę pieczemy przez około 50 minut do godziny w temperaturze 180 stopni.

Smacznego.

Reklamy

Dexter Morgan i jego stresory

W Dexterze Morganie, sympatycznym facecie, który poza wychowywaniem syna i uprawianem oficjalnego życia w stylu „ciepłe kluchy”, zajmuje się od kilkunastu lat wyrafinowanym swoim „kodeksem” oraz techniką zabijaniem ludzi, których z różnych powodów nie mogą dopaść służby sprawiedliwości, intryguje mnie mniej umiejętność połączenia tych dwóch zgoła różnych pomysłów na życie, od fenomenu następującego: dlaczego ten człowiek jeszcze żyje? I nie chodzi mi tu o mało realistyczne umiejętności albo szczęście, z jakim Dexter wywija się z czyhających na niego niebezpieczeństw, gdyż jako mężczyzna sprawny i inteligentny, przed tego typu zagrożeniami uchronić by się mógł. Pod dobrze skrojoną fikcję literacką genialnych scenarzystów „Dextera” podłożyć też można umiejętność zgrabnego wyślizgiwania się funkcjonariuszom Miami Metro Police i dziesiątkom innych typów, któych głównym interesem jes dopaść Dextera.

dexterJest to serial nierealistyczny, wręcz groteskowi z zupełnie innego powodu. Siedem sezonów Dextera to licząc na oko, około sto około godzinnych odcinków, czyli sto godzin opowieści o człowieku, który żyje w permanentnym, ekstremanlnym stresie. W perspektywie całej opowieści, jest to dobre kilka lat. Całe lata życia w ciągłym, ostrym napięciu, w sytuacji, gdzie stresory – czynniki wywołujące ten stres – są blisko i są naprawdę potężne. Otóż nie ma człowieka, który by to mógł przeżyć, a już na pewno nie potrafiłby się po czymś takim uśmiechać do swojego syna Harrisona w taki sposób, w jaki uśmiecha się Dexter.

Gdyby była to realna postać, to nawet jeśli udawało by się jej tak zręcznie realizować swoją pasję wbiania kuchennego noża tudzież osinowego kołka w serca różnych niegodziwców, już dawno Dexter Mogan byłby wrakiem człowieka. Z powodu nieustannego stresu miałby poważne kłopoty z sercem, choroby układu trawiennego, które rozpoczęły by się wrzodami na żołądku, a skończyły poważnymi problememi z wątrobą i gospodarką jelitową. Po pewnym czasie poszłyby stawy, nie wspominając o bezsenności, migrenach i bardziej poważnych kłopotach psychicznych, takich jak depresja, psychozy i ryzyko samobójstwa w rezultacie.

Kiedy leżałem ostatnio na łóżku operacyjnym, a panie anestezjolożki wkłuwały mi w kręgosłup kilkuentymetrową igłę ze znieczuleniem podpajęczynówkowym prosto do płynu lędźwiowo-kręgowego, rozmawiałem z nimi – z pozycji oczywiście laika – na temat stresu operacyjnego. Ostatnio z wielu różnych powodów napięcie i stres towarzyszy mi prawie nieustannie, jednak – co mogą potwierdzić świadkowie – do stresu związanego z operacją podchodziłem na pełnym luzie, a wręcz z radością, że choć jeden mój problem zaczyna być powoli rozwiązywany, a stan po znieczuleniu, kiedy cała połowa ciała, wraz z bolącymi od miesięcy nogami, przestaje cię dotyczyć, jest wręcz stanem prawie orgazmicznym.

Dlatego powiedziałem tym dziewczętom z uśmiechem, że jeśli będzie to stres, to krótkotrwały, a zwierzęta bardzo dobrze sobie radzą z takim stresem, a do dyskusji podłączył się sam profesor, dokładając swoją fachową opinię na ten temat w trakcie dokonywania kilkucentymetrowego cięcia w okolicach pachwiny. Organizm w takich sytuacjach w odpowiedni sposób gospodaruje energią, poświęcając na przykład energię układu trawiennego układowi krążeniowemu i nerwowemu, aby reakcja na ewentualne niebezpieczeństwo była szybsza. Gorzej, jeśli stresory utrzymują nas w napięciu przez długi okres – a to jest już cecha charakterystyczna człowieka – stąd wrzody na żołądku, choroby wieńcowe serca, depresje i bezsenność – to, co czyni z Dextera Morgana postać fantastyczną.