Kiedy Polska staje ością w gardle

Kiedy Polska staje ością w gardle i już wiadomo, że nic dobrego nie da się zrobić, a wszelkie dobre uczynki są odbierane na opak, pojawia się bardzo trudna do przezwyciężenia, osobista potrzeba ucieczki. Stąd te obiady w Krynkach, te kawy w Tykocinie, te popołudnia nad rzeką w Ploskach. Oby nie pośród tej nienawistnej, pseudonarodowej wrzawy, oby jak najdalej od tych „za” i „przeciw”. Byle z dala od tych wszystkich mądrali, którzy wiedzą najlepiej, byle jak najdalej od miejsc, gdzie ilość osób jest niższa od ilości poglądów. Mam niespotykane szczęście być synem narodu, który wszystko wie najlepiej, na wszystko ma pogląd. Drugi Wielki Naród Mędrców.

Dość kpin. Od żółci ważniejsza jest zieleń. W „Karmazynowym poemacie” Lechoń pisał: „a wiosną niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę” (Tajna Polska ten cytat bystrze przypomina na FB). Taka też intencja przyświecała ostatniej wycieczce na północ, wycieczce służbowo-regeneracyjno-sentymentalnej. Więc najpierw droga do Lipska, przez Sokółkę i Dąbrowę Białostocką. Od tej ostatniej mam tylko dziesięć kilometrów do Lipska i czternaście do Kurianki. Jest dziesiąta rano, w sklepach wokół rynku kolejki i przedpołudniowy gwar. Poranne sprawunki, dostawy, rozmowy klientów z ekspedientkami toczone w pięknym polskim języku, bez białoruskich naleciałości. Nie wiem dlaczego, ale w Sokółce już się tak nie mówi. W Dąbrowie Białostockiej i Lipsku ludzie mówią chyba najczystszym polskim jaki słyszałem.

W Kuriance koło Lipska jest ośrodek dla osób upośledzonych umysłowo urządzony w pięknym budynku dawnej szkoły. Przeprowadzam tam wywiad z p. Krystyną, kierowniczką i trzema uczestnikami tamtejszych działań: Agnieszką, Klaudią i Krzysztofem. Ośrodek jest wyjątkowy, ponieważ uczestnicy wspólnie z personelem pracują przy renowacji budynku i poszerzaniu jego funkcjonalności. Relacje są bardzo partnerskie. Trudno się zorientować, kto jest opiekunem, a kto wychowankiem. Po wywiadach zapraszają mnie na śniadanie „na trawie”. Posiłek na świeżym powietrzu smakuje kompletnie inaczej.

Z Kurianki jadę na zachód, w kierunku Augustowa. Parę kilometrów przed miastem zza lasu wyłania się jezioro Białe. Chwila w Augustowie i już zaraz mknę na północny wschód, szosą do Sejn, pięknym sosonowo-piaszczystym lasem. W Gibach skręcam w prawo, w drogę wzdłuż jeziora Pomorze (cudowne wakacje w ośrodku Teatru Dramatycznego), w kierunku Berżnik. To krajobraz genialny. Wąska szosa kręci się wzdłuż i wszerz mniejszych i większych pagórków, zieleń przebija się jeszcze nieśmiale, rolnicy przygotowują pola do wiosennych zasiewów. W Berżnikach – jak zwykle – atmosfera dużej miejscowości zamkniętej między trzema jeziorami o kompletnie nieprawdopodobnych nazwach: na południe Iłgielk, na zachód Gajlik, na północ Pilwie. Jadę w kierunku granicy, szutrową drogą przez las. Ostatnie zabudowania – domy w środku lasu. Jeszcze kilka kilometrów i przekraczam granicę: pod podniesionym niedbale na pół wysokości szlabanem, po wyboistym, pełnym kałuż pasie granicznym. Brzmiące egzotycznie, a jednocześnie blisko i przyjaźnie nazwy miejscowości: Kalediskiai, Klepociai. I moje ulubione jezioro wśród lasów: Kaunoris Juodas. W niedoległym Kalviai jeziora ma się po obu stronach drogi i jest to widok oraz miejsce absolutnie wyjątkowe. Podróż po tym litewskim końcu świata, kiedy jeszcze rano było się w centrum śmierdzącego świata, śmierdzącej polityki, cuchnących spraw.

Dojeżdżam w końcu do Kopciowa (Kapciamestis), skręcam w lewo w drogę sto trzydzieści cztery, przejeżdżam przez Wiejsieje (Veisiejai), jadę w kierunku największego miasteczka przy granicy z Polską – Łoździei (Lazdijai). Wzruszają flagi narodowej przyozdobione kirem na dziewięćdziesięciu procentach domóstw. Zakupy – jak zwykle – gruzińska woda mineralna, sękacz, suszone ryby. Wracam systematycznie rozbieranym byłym przejściem granicznym w Ogrodnikach. Jeszcze Sejny – to grzech być tak blisko i nie odwiedzić Sejn, jeszcze trochę błądzę w okolicach Daniłowców i Jeziora Białego, jeszcze przejeżdżam Mostową w Augustowie, by jeszcze raz zerknąć na to miasto poza sezonem, jeszcze próbuje przejechać ze Sztabina do Dolistowa piękną nadbiebrzańską piaszczystą drogą i drewianym mostem. Tylko to ostanie mi się nie udaje. Jest za mokro, kałuże są za głębokie. Około szóstej jestem z powrotem.

Odpowiadam na zaległe e-maile, sprawdzam RSS-y, loguję się na FaceBooka. Jem suszone rybki, wracam do Polski.

Reklamy

O korzyściach z komunikacji publicznej

Bardzo sobie cenię tę świadomą rezygnację z poruszania się samochodem, na jaką się zdecydowałem w tej śnieżnej zimy. Pomijając szereg niedogodności, takich jak niegrzeczni kierowcy i opryskliwe kasjerki na dworcach, nieumyci współpasażerowie, dzieciaki słuchające hiphopu na „głośnomówiącym”, przepychanie się przy wejściu i wyjściu z pojazdów, zarówno tych miejskich, jak i dalekobieżnych, komunikacja publiczna daje możliwość kontaktu z tym, co socjologowie nazywają „tkanką społeczną”. Nigdy nie sprawdzałem, co to jest ta „tkanka”, ale dla mnie osobiście (i subiektywnie) to przede wszystkim język ulicy, przemiany w kulturze ubioru a także kontakt z grupami społecznymi, które dostrzec zza szyby klimatyzowanego auta jest bardzo trudno.

Trzeba to sobie bowiem jasno powiedzieć: ludzie, z którymi się na co dzień spotykam nie wstają z łóżka wcześniej niż o dziesiątej, a praca na nocną zmianę to dla nich kosmos, co nie przeszkadza wielu z nich ze swadą bronić interesów klasy pracującej. Nie ukrywam, że dla mnie ten świat to kompletna egzotyka.

Cieszę się, że mogę jej doświadczyć od czasu do czasu. Na przykład ostatnio, przedostatniego dnia 2009 roku, kiedy pojechałem rannym PKS-em do Lipska. Po raz trzeci mogłem uczestniczyć w Akademii Rozwoju Regionalnego w Ośrodku Rehabilitacyjno-Szkoleniowym im. Ojca Pio w Kuriance. Ośrodkiem opiekuje się Stowarzyszenie Inicjatyw Społecznych i Gospodarczych im. Zygmunta Augusta w Augustowie. Pisałem o nich już jakiś czas temu na Salonie24. Teraz dodam tylko, że z radością obserwuję, jak dawna szkoła w Kuriance przekształca się w Uniwersytet Ludowy z prawdziwego zdarzenia. Gdzieś na koniec świata przyjeżdżają ludzie z Krakowa czy Warszawy i opowiadają mieszkańcom tej małej wioski różne mądre rzeczy. Budynek się rozwija, są plany zbudowania tu domu spotkań, karczmy, ośrodka rehabilitacyjnego. W samym Stowarzyszeniu działa przedsiębiorstwo społeczne Galeria Smaku, które zatrudnia osoby niepełnosprawne i zajmuje się przygotowywaniem żywności. Ciekawe, że trochę na południe, w Teremiskach,  też działa uniwersytet ludowy. Co prawda na nieco innych zasadach i o kompletnie innym backgroundzie ideologicznym (tu ojciec Pio, tam – Wolny Tybet), ale obie „firmy” robią bardzo podobne, szczytne i szczere rzeczy. Ludzie, którzy rozmawiając o polityce, religii, lustracji, kościele pewnie by się pokłócili, spotkają się – robiąc podobne rzeczy. To, co łączy Kasię i Pawła Winiarskich z panami Anuszkiewiczem i Stachurskim, to jakaś godna pozazdroszczenia naturalność w tym, co robią. Ja bym się pewnie piętnaście razy zastanowił, a im to – mam wrażenie – przychodzi bezwiednie.

Dodatkowe korzyści z wyjazdu do Kurianki to – i tu powrót do wątku, od którego rozpocząłem – podróż tym PKS-em z ludźmi spieszącymi do pracy na siódmą, dojeżdżającymi codziennie z takiej Dąbrowy Białostockiej do Sokółki tymi niedogrzanymi autobusami, w których siedzenia pachną potem lata 1973 roku, a ze szpar w oknach wieje śnieg.

Potem jeszcze świetny, godzinny spacer zawianą śniegiem drogą z Lipska do Kurianki w takiej pięknej, polskiej, otwartej przestrzeni. No i zupełnie niepowtarzalna półgodzinna przesiadka w Dąbrowie Białostockiej, która przez te pół godziny była jak miasteczka z zapomnianych filmów Piwowarskiego. Zaraz obok dworca jest buda z hot-dogami. Dzieciaki, które spacerują po mieście, bo nie mają nic innego do roboty, przychodzą tu się ogrzać i przy okazji zjeść tego hot-doga. W sklepach spożywczych, których w takiej Dąbrowie jest jeden na drugim, i tak sprzedawczynie znają z imienia te wszystkie dzieciaki. One wpadają tam od czasu do czasu, aby kupić prażone pestki słonecznikowe, a potem chuchając w ręce, chodzą wzdłuż tego rynku, z kąta w kąt.

O 17.35 odjeżdża ostatni autobus do Białegostoku, a o 18.00 zamykają budę z hot-dogami.