Codziennik dziewiąty – o kibicowaniu Dawidom

daily mirror
z: Daily Mirror

Oglądałem triumf polskich siatkarzy nad Brazylią. Trzeci złoty medal Polaków w historii, obrona tytułu zdobytego cztery lata temu. A wszystko to zrobiła drużyna, na którą nikt w tym turnieju nie stawiał. W meczu półfinałowym – z USA – i tym wczorajszym – o złoto – polscy siatkarze do ostatniego gwizdka wyglądali, jakby ktoś w nich wyłączył emocje magicznym przyciskiem gdzieś z tyłu głowy. Każdy zdobyty i stracony punkt przyjmowali z podobnym spokojem, jakby nie miało żadnego znaczenia, czy skończą porażką, czy zwycięstwem. Jakby najważniejsza była dla nich sama gra.

Od początku tej edycji Ligii Mistrzów kibicuję zespołowi z Hoffenheim. Ta Hoffenheim to licząca około 3000 mieszkańców wieś położona przy trasie nr 45 łączącej Neckargemünd z Sinsheim. W trzydziestotysięcznym miasteczku Sinsheim piłkarze Hoffenheim rozgrywają swoje mecze. W poprzednim sezonie wywalczyli w Bundeslidze sensacyjne czwarte miejsce i teraz grają w Lidze Mistrzów. W pierwszym meczu pechowo zremisowali z Szachtarem Donieck 2:2, prowadząc dwa razy w ciągu meczu i oddając więcej celnych strzałów. A wczoraj, w paszczy lwa, na stadionie Manchesteru City, Hoffenheim straciło gola w ostatnich minutach walcząc z faworytem tych rozgrywek jak równy z równym. Przegrali 1:2.

W rywalizacji słabszych z silniejszymi zazwyczaj trzymam stronę Dawidów. Tomasz Wołek, wielbiciel południowoamerykańskiej piłki napisał kiedyś długi tekst o podobieństwach między chrześcijaństwem i futbolem. Piłka nożna cieszy się według niego taką popularnością wśród chrześcijan, a szczególnie katolików, że powiela i pielęgnuje wiele chrześcijańskich mitów. Na przykład ten o człowieku ze stajni dla zwierząt, który wzniósł się ku boskości. Ale także ten, że „ostatni będą pierwszymi” i że Dawid w końcu może pokonać Goliata. To w piłce nożnej najczęściej spośród popularnych sportów dochodzi do niespodzianek (wynika to z małej liczby zdobywanych punktów), a chrześcijanie chętnie określają takie sytuacje w kategoriach cudów.

W sporcie kibicuję Dawidom nie z potrzeby przeżywania cudów w rozumieniu religijnym. Dużo większe wrażenie „cudowności” przynosi doświadczanie solidności, wytrwałości, starań i powstrzymywanie na wodzy skrajnych emocji przez ludzi, którzy do czegoś dążą. Podziwiam godne ponoszenie porażek, jak i zwycięstw. Kto wie, może zwycięstwa jest trudniej przeżywać godnie, niż przeżywa się porażki? Sport jest świetnym poligonem obserwacyjnym mistrzów i przegranych. Niemcy z Hoffenheim godnie przeżyli swoją walkę i  swoją porażkę. Polscy siatkarze godnie przeżywali ich walkę i ich zwycięstwo. W tych triumfach i upadkach nie ma niczego cudownego. Cudowna jest sama walka.

Reklamy

Hipnotyczna pasterka

Bożonarodzeniowe śpiewanie kolęd w dominikańskim kościele św. Jacka na Freta w Warszawie obfitowało w elementy hipnotyzujące. Wśród najważniejszych elementów determinujących osiągany przez uczestników pasterki magiczny nastrój wymienić należy:

  1. późną porę odbywanej uroczystości, która połączona ze znacznym zmęczeniem obecnych (tydzień biegania po sklepach, stres wigilijnych życzeń, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu) wywołała efekt znany górskim wędrowcom po dotarciu na szczyt.
  2. duże skupienie znacznej ilości osób na małej przestrzeni; nieprzywykli do bliskich kontaktów fizycznych z nieznajomymi, nową sytuację uznajemy za nietypową, ale w wyjątkowych sytuacjach nie traktujemy jej jako opresywnej, ale stymulującą.
  3. mantryczny charakter bożonarodzeniowych pieśni; są one najczęściej skonstruowane według powtarzających się wielokrotnie dwuwersów, co – z jednej strony – sprzyja uczestniczeniu w śpiewach dużej liczby uczestników – z drugiej zaś – wywołuje efekt transu.
  4. oszałamiający efekt podręcznych dzwonków i dzwoneczków przyniesionych przez uczestników rytuału; jednolity hałas oparty na dźwiękach o wysokich częstotliwościach jest powszechnie stosowanym sposobem wywoływania odmiennych stanów świadomości. We wczorajszym dzwonkowym hałasowaniu uczestniczyła większość obecnych.
  5. szczególny miks zapachowy, na który składały się: zapach wyjątkowo obficie palonego kadzidła, wonie dawno nie wyjmowanych z szaf futer z norką żywioną naftaliną, wielu perfum zróżnicowanych pod względem ceny oraz jakości, wyziewy trawionych karpi, niedokładnie pogryzionych opłatków spod języków, pierogów pływających w żołądkach wypełnionych barszczykiem.

Należy tu zaznaczyć, że powyższe spostrzeżenia, wyrażone w dosłownym i technicznym języku, pomijają z konieczności całość duchowego wymiaru tego wydarzenia, nie oddając szczególnego religijnego klimatu, które dla przeżywających głęboko Święta nie mogło nie pozostać bez znaczenia (przyp. red.) 

    Godowe

    Dzień zaczyna się przed ósmą rano, a kończy w połowie trzeciej po południu. Pozostaje siedem godzin światła w dwudziestoczterogodzinnej dobie. Oznacza to, ni mniej, ni więcej, dwie trzecie części doby pogrążone w ciemnościach. Kiedy w dodatku jest tak szaro i deszczowo jak dzisiaj, nawet rytualny niedzielny spacer trzeba sobie darować.

    Mamy przesilenie zimowe, Słońce górowało dzisiaj najwyżej jak potrafiło – w zwrotniku Koziorożca – i odtąd z dnia na dzień dnia będzie go coraz więcej. Ponoć zbliżające się Święta Bożego Narodzenia to nic innego, jak współczesna forma pogańskich Świąt Godowych. Tak były nazywane przez Słowian. Rzymianie mieli Saturalia, Persowie czycili w tym czasie Mitrę, a Germanie obchodzili Jul. Strojenie drzewek to zwyczaj pogański, podobnie jak ogólne nicnierobienie rozpoczynające się od teraz i trwające do święta Trzech Króli to nic innego, jak zastąpione chrześcijańską symboliką pogańskie Święto Zimowego Staniasłońca.

    Cóż, każda okazja, aby spotkać się z bliskimi, pobiesiadować i odpocząć od codziennych obowiązków jest dobra. Skoro tradycja powstrzymywania się od roboty, napychania sobie brzuchów, rytualnego pogodzenia i bliźnimi i odpuszczenia win jest uniwersalna, bo głęboko przedchrześcijańska, to najprawdopodobniej istnieje bardzo racjonalne wytłumaczenie funkcji tego corocznego zamieszania. Podejrzewam (choć węszę tutaj wpływ przedawkowania Housem M.D) przyczyny somatyczne. Chodzi o brak światła. Nie potrafilibyśmy znieść deficytu promieni słonecznych, wywołujących zniechęcenie, agresję i przygnębienie, gdyby nie ten Godowy rytuał ciągnący się od teraz, przez okres noworoczny i karnawał. Niedobór endorfin dostarczanych przez słońce zastępujemy krótkotrwałymi i doraźnymi przyjemnościami picia, jedzenia i win odpuszczania.

    Po raz kolejny okazuje się, że coś na pozór pozbawione racjonalnego uzasadnienia, uzyskuje spójne i trwałe uzasadnienie i uciekający pod naporem dezorientacji chaosem faktów porządek wraca na swoje zasłużone miejsce. To zupełnie tak jak w smutnym żywocie wzmiankowanego przez Pawła Jasienicę  w „Rozważaniach o wojnie domowej„, Nicolasa  Sébastiena Chamforta. Ten gorący zwolennik Rewolucji Francuskiej najpierw krzyczał Bądź moim bratem albo cię zabiję, by następnie nieudolnie targnąć się na własne życie. Spójność poglądów z praktyką została zachowana, rzeczywistość przyszła z pomocą logice – na skutek zadanych sobie okaleczeń Chamfort w końcu wyzionął ducha.