Cerkiew w Fastach

Najbardziej lubię ten właśnie widok, kiedy zjeżdża się do Fast wśród jabłkowych sadami, od strony Porosłów. Ekspozycja jest imponująca, jak na ten nizinny region, w którym mieszkam. Jedzie się z góry, a spokojną kontemplację ułatwiają liczne progi zwalniające oraz niestrzeżone przejście kolejowe na trasie do Ełku. Jedzie się wolno. Widzi się zdumiewający skyline, który jest szczególnie piękny o zachodach i wschodach słońca. W oddali, po lewej, zarys dobrzyniewskiego kościoła, i cała ta miejscowość podana jak na talerzu. Po prawej, zarys wieżowców, supermarketów dużego miasta, a w samym środku tej scenerii – cerkiew w Fastach. Skromna, a jednocześnie monumentalna. Pasująca do nudnego krajobrazu tego podmiejskiego miejsca jak kwiatek do kożucha. Zbyt ładna, zbyt wysmakowana, zbyt klasyczna, jak na to miejsce stanowi przepiękną, obcą narośl na krajobraz podmiejskiego osiedla zakładów samochodowych, brzydkich domków z betonu, oczyszczalni ścieków, upadłego kombinatu przędzalnianego i sznura samochodów ciągnących w kierunku Ełku.

Puchły

Ze wsią Puchły nad Narwią wiąże się niezwykle fascynująca legenda, którą o stosunkach białoruskich na Podlasiu mówi więcej, niż niejeden traktat socjologiczny. Miejscowi opowiadają, że w tym uroczym miejscu istniał niegdyś wielki majątek zarządzany przez greckokatolickiego dziedzica. Traktował on prawosławnych poddanych okrutnie, próbował nawrócić ich na obrządek unicki. Ci modlili się żarliwie do Matki Bożej, która na znak, że słucha ich modlitw, objawiła na lipie swą ikonę – Ikonę Pokrowy Przenajświętszej Dziewicy.

Puchły to niezwykłe miejsce. Wieś jest położona na skrzyżowaniu trzech dróg. Na zachód są Ciełuszki i Kaniuki, na północ – Soce i Ryboły, a jadąc na wschód, dojedzie się do Trześcianki. Od południa Puchły oblewa melancholijna o tej porze Narew. To skrzyżowanie, z którego można pojechać, gdzie się chce, to zwykły piaszczysty ‚skrajdróg’ z drewnianym krzyżem, na którym wznieca się tuman piasku przy każdym przejechaniu. Ponoć do dziś na tym skrzyżowaniu pojawia się wieczorami duch okrutnego greckokatolickiego dziedzica.

W takim miejscu białorusko-ukraińskie tarcie czuje się bardzo mocno. Bo przecież to, co na północ od Puchł, to definitywnie białoruskość, a to, co za rzeką, to już dialekty poleszucko-ukraińskie. Fajnie by było zamieszkać w takim miejscu. Kiedy wysiadłem z samochodu pod monumentalną jak na tak małą miejscowość cerkiew, dostałem wszystko, czego oczekiwałem. Przede wszystkim ciszę i zapach bliskiej rzeki. Przypadkowych ludzi mówiących „dzień dobry” i błogosławiony jak Przenajświętsza Dziewica spokój. Byłoby świetnie mieć to na codzień i w większych ilościach.