„Górka”

DSC08612.jpg

W latach osiemdziesiątych największą atrakcją na osiedlu Dziesięciny II była „górka”. Każde blokowisko miało taką górkę, którą usypywano z ziemi z fundamentów bloków i wieżowców. To, co się działo na tych górkach, kiedy tylko spadło trochę śniegu, przerasta wyobrażenia obecnych rodziców o tym, co to znaczy „iść na sanki”.

Na tych górkach przy Gajowej na Dziesięcinach, w parku przy Wierzbowej, na Rzemieślniczej, rodzice nie istnieli. Górki zimą były oblepione dzieciakami z sankami lub bez jak gówno przez muchy w ciepłe lipcowe południe.

Ileż tam wybito zębów, ile rąk złamano, ile tam wtedy było emocji i jak szybko górka pokryta śniegiem zamieniała się w górę pokrytą lodem wyślizganym tysiącem zjazdów i wspinaczek, na którą wspiąć się było trudniej, niż na K2 zimą!

Zauważyłem wczoraj, że na Białostoczku przez cały czas jest ta „górka”. Kiedyś zjazd kończył się majestatycznie w korycie Białki, dzisiaj – w ramach bezpieczeństwa chyba – zbudowano na przeciwko zjazdu z górki – „Orlika”. Więc nie wylądujesz w rzece, ale na atestowanej przez UE siatce. W zasadzie nie wylądujesz nigdzie, bo zimą nie pada tu już śnieg.

Reklamy

Trzecia piosenka o jesieni

Osiedla Dziesięciny i Białostoczek dzieli linia kolejowa biegnąca do Sokółki, Dąbrowy Grodzieńskiej, Augustowa, a potem aż do Suwałk. Po lewej stronie torów roztacza się widok na gąszcz ogródków działkowych z tymi karłowatymi domkami ręcznej roboty otoczonymi zielenią. Po prawej stronie – bloki przy Sokólskiej, garaże, domy jednorodzinne. Rankiem i aż do popołudnia jest tu pusto. Dopiero potem ścieżką wzdłuż torów ludzie wyprowadzają psy, dzieciaki uciekają z domu na papierosa, nordic-walkerzy zapieprzają w tę i z powrotem.

Spotkałem się tam z M., żeby porozmawiać o Bogu. Było ciepłe, wrześniowe południe, środek tygodnia. Usiedliśmy na betonowym moście, to zawsze było ulubione miejsce naszych spotkań. M. rzucał kamienie z nasypu kolejowego w stojącą przy rzece butelkę po winie.

Chciał mi za wszelką cenę udowodnić, że jego życie ma sens, choć wcale tego od niego nie oczekiwałem. Chciałem przeżywać z uważnością to południowe, wczesnojesienne światło, tę wrześniową zieleń ogródków działkowych, ten betonowy most i płynącą pod nim rzekę. Wolałem zakładać się z samym sobą, czy M. trafi w końcu kamieniem w stojącą kilka metrów niżej butelkę po bułgarskim winie. Nie chciałem myśleć o tym, co będzie jutro, za tydzień, za rok, nie interesowało mnie, co się stanie po mojej śmierci. A tak naprawdę wiedziałem, że nie zdarzy się nic.

Powiedziałem mu wtedy, i pamiętam że chwilę wcześniej na holenderskiej damce przejechała obok nas śliczna ruda dziewczyna, a jak już była kilkanaście metrów dalej, odwróciła się i pomachała do nas ręką, powiedziałem M., że moje życie jest smutne, na pewno smutniejsze od jego życia. Ale wolę moje smutne życie, w którym nigdy już nie spotkam tej rudej na rowerze, nigdy nie przeżyję jeszcze raz tego lata, życie, które kiedyś się skończy, a potem nie wydarzy się już nic. Moja pewność jest smutna, jego nadzieja daje mu szczęście – tak mu powiedziałem.

Dziwne, że to on mówił wtedy więcej, ale z tego spotkania pamiętam tylko moje słowa. Różniło nas wtedy prawie wszystko, łączył nas tylko strach przed nadchodzącą jesienią.

W końcu trafił kamieniem w butelkę po winie, która roztrzaskała się na milion części. Spotkanie się kończyło. Wracaliśmy wąską, zarośniętą po pas ścieżką, między ogródkami działkowymi a rzeką. Nic się nie zmieniło, nadchodziła kolejna, taka sama jesień.