Kraków

Lśniący wieczorną mgłą i tłuszczem z kebabów bruk Floriańskiej kilka godzin po zmierzchu. Tam, gdzie kiedyś była „Święta Krowa”, ta mała indyjska knajpka, w której zamiast stolików i krzeseł były same łóżka wyściełane orientalnymi kocami, rzyga łysy Angol w koszulce Arsenalu. Widocznie sushi nie smakowało.

Nie znam tego miasta. Nie jeżdżę jego tramwajami, nie korzystam z jego taksówek. Nie znam jego przedmieść, a tylko przedmieścia mówią o miejscu całą prawdę. Mieszkam zawsze w jednym z dwóch tanich moteli, gdzie za stówę jest jedynka ze śniadaniem. Słowackiego albo Szlak, bo blisko do dworca i blisko do Rynku. Jestem tu zawsze na chwilę, na kilka godzin, najwyżej na 2 dni. Dłużej i tak bym nie wytrzymał. Tutaj jest za duszno, tutaj zawsze w ciągu jednego wieczoru spotyka mnie tyle, co przez pół roku w mieście, gdzie żyję na co dzień. W drodze z gór do domu, coś mnie zawsze skłania, aby tu pobyć na chwilę, ale jak tylko wychodzę z dworca i schodzę szerokim pasażem w to hałaśliwe, tandetne, brudne i niebezpieczne przejście podziemne między Basztową a Lubicz, cuchnące chińskimi ciuchami i oscypkiem, od razu chce mi się uciekać z powrotem.

Nie mogę wrócić, bo przyjechałem tu po to, aby uciec. Nie ma odwrotu od tego zaklętego kręgu „Rynek, Szewska, Planty”. Wyłączam telefon, nie sprawdzam poczty, nie wchodzę na fejsbuka. O kolejny rok starszy, odwiedzam te kilka znanych miejsc: antykwariat przy Szpitalnej, w którym rządzi wielki, gruby biały kocur, most Powstańców Śląskich z widokiem na piękne Pogórze, „Zwis” w Rynku Głównym, gdzie mimo upływających lat zawsze jestem najmłodszym klientem i „Piękny Pies” na Stolarskiej, gdzie można siedzieć do rana. A następnego dnia śniadanie na Brackiej i internet u Księdza.

A potem wsiadam w ekspres do Warszawy i kiedy mijam Tunel, wtedy ziemia staje się znowu zupełnie płaska.

Reklamy

Odra skuta

  • Bilet normalny do Opola, klasa druga, pięćdziesiąt sześć zło. Za darmo umarło. Siedem długich godzin w pociągu „Jaćwing” relacji Suwałki-Wrocław umilało przekraczanie skutych lodem rzek. Bugu i Wisły już kompletnie nie widać, a ślady na lodzie wskazują, że albo lód jest już naprawdę gruby albo rozsądek ludzi bardzo cienki. Między Warszawą a Koluszkami obserwuję wojnę kibolskich grafitii. Z każdym kilometrem częstotliwość widzewów rośnie. Cewukaesy ustępują. W Lipcach Rejmonotowskich miga za oblodzoną szybą ulica Boryny.
  • W Opolu jestem w związku z projektem OPSI i mówię dwa razy o kompetencjach cyfrowych mieszkańców Mazowsza. Po pierwszym spotkaniu widzę, jak wiele dzieli ludzi w różnych regionach kraju. Choć mniej się tutaj na wszystko narzeka, to dystans i konwencja są znacznie bardziej widoczne. Są też rzeczy niezmienne, pewnie pod każdą szerokością geograficzną – wieczne tak, jak wieczna jest władza. W im większym stopniu jesteś rolą społeczną, stanowiskiem, nazwiskiem, funkcją, w tym większym stopniu tym prawom podlegasz. Każda wieś ma swojego sołtysa, a mimo to wszędzie sołtys jest taki sam.
  • W Opolu, pomimo krótkiego pobytu, odkrywam miejsca wyjątkowe. Pierwsze z nich to samoobsługowy bar przy rynku, gdzie jedzenie sprzedaje się jak używaną odzież, na wagę. Sto gram żywności kosztuje 2,55 złotych, niezależnie od tego, czy jest to schabowy, surówka z kapusty, kasza czy barszcz ukraiński. Drugim – „Rybex” – bar rybny przy ulicy Krakowskiej, gdzie z kolei – tak jak w barze mlecznym wszystko jest z mleka – wszystko jest z ryby. Trzecim – antykwariat przy rynku. Mają tam też nowe książki, na których fabryczne ceny są pozalepiane cenami o 20% niższymi, a książki stare kosztują albo 5 albo 12 złotych. Kupuję kilka rzeczy, między innymi pięknie wydany wybór z Broniewskiego z 1972 roku z tym niesamowitym zapachem książek wydawanych w tym okresie.