Droga

img_20140211_122332-1

Szwendanie się. Ulubione i najbardziej inspirujące zajęcie. Sprawdzanie, czy miejsca, które nie zmieniły się od zawsze, przypadkiem się wreszcie zmieniły. Mam w związku z tym, kilka pytań.

Czy na rozwidleniu dróg na Dwernik i Zatwarnicę przez cały czas stoi ta sama blaszana wiata, w której latem wytatuowani punkowcy sprzedają kiełbasę z grilla i piwo bez koncesji, przy dźwiękach KSU? Czy w Gospodzie pod Modrzewiem w Krynkach dają taką samą, jak zawsze, kiszkę ziemniaczaną? Czy w Kaliszu, na rogu Szklarskiej i Grodzkiej działa wciąż fryzjer męski z opcją golenia brzytwą dezynfekowaną spirytusem? Czy w Olecku, w Barze Dajana patrzą na ciebie tym samym złym wzrokiem, smutni Mazurzy, a na zmoczonym letnim deszczem pomoście opony roweru ślizgają się tak, jak kiedyś? Czy Czarny Roman biega wciąż w tym długim płaszczu po Świętokrzyskiej w warszawskim śródmieściu, szepcąc do siebie te złowrogie zaklęcia? Czy w Poddębiu przez cały czas sprzedają najlepsze jagodzianki na świecie, ciepłe i pachnące lasem, tam, obok baru Koga, gdzie twój ojciec zabierał cię jako dziecko na colę z cytryną, a dla siebie brał coś mocniejszego? Czy wiatroloty nad Bałtyckim Morzem fruwają przez cały czas tak pięknie furkocząc? Czy to miejsce, gdzie tory wąskotorowej kolejki między Ełkiem a Rajgrodem przekraczają zepsuty asfalt, jest tak pięknie tajemnicze i opowiadające historię upadłej świetności tych okolic? Czy w tym miejscu przy krętej górzystej drodze między Baia Mare a Szygietem Marmarowskim przez cały czas obozują uśmiechnięci Cyganie?

Tysiące takich miejsc odkrywa się tylko wtedy, gdy ma się odwagę przeciwstawienia nawigacji samochodowej i skręcenia w podporządkowaną. A potem się do nich wraca, z całkowitą pewnością, że pozostały takie same, z całkowitą pewnością, że po raz kolejny odkryje się je na nowo.

Krajowa ósemka

obraz-bez-nazwy

Krajowa ósemka z Białegostoku do Warszawy. Powód wielu wspomnień.

Kiedyś przejeżdżałem tą trasą kilka razy w tygodniu. Do pracy. Do dziewczyny. Na zakupy. Do teatru. Na szlaku dłuższych wyjazdów do Niemiec, Czech, na Słowację albo na Węgry.

Znałem jej każdy wybój, każdy z nielicznych zakrętów, wszystkie stacje benzynowe, postoje dla tirów, miejsca, gdzie stoją prostytutki i miejsca, gdzie sprzedaje się grzyby.

Najpierw Żółtki. Most na Narwi, po którym jest zjazd do Tykocina, zakręt i zjazd w dół obok Gizo, miejsce, które tak bardzo przypominało mi amerykańskie prowincjonalne highways, z tymi wszystkimi krzykliwymi reklamami stacji benzynowych i hoteli dla kierowców, wysięgnikami, tandetnymi bannerami restauracji, sklepów z częściami do aut i burdeli.

Trochę się potem jechało, aby minąć szkaradny kościół przed Jeżewem w kształcie królika, a potem równie szkaradny Hotel Atlanta w Jeżewie.

Długo, długo nic, aż do Mężenina, który przejeżdżało się setką, mimo zabudowanego, bo jakoś nie chciało się wyhamowywać w tak nudnym miejscu, zwieńczonym przejazdem kolejowym, na którym to nikt nigdy nie widział pociągu, więc się nie zwalniało.

Przez Zambrów przejeżdżało się samym centrum. Centrum pełne tej mazowieckiej młodzieży w dresowych ubraniach, wchodzących i wychodzących do nocnego z butelką Łomży Premium w ręku, bo Żubra już tutaj pić nie wypada. Przechodzącej na czerwonym między śmigającymi przez miasto TIR-ami.

Po minięciu stacji benzynowej, wjeżdżało się w ciemność, którą po kilku minutach rozświetlały dyskretne neony najlepszej jadłodajni w tej części Polski. Po prawej stronie drogi stały dziesiątki TIR-ów, a wśród nich, mała buda, gdzie kierowcy tych samochodów spędzali śniadania, obiady, kolacje i noce.

TIR-y na tej trasie mijało się zazwyczaj na trzeciego, bo rosyjscy, polscy, białoruscy i litewscy kierowcy mieli zawsze uprzejmy zwyczaj zjeżdżania na pobocze, kiedy ktoś chciał je wyprzedzić.

Niestety, czasy dobrych manier na drodze bezpowrotnie minęły.

Po Zambrowie wjeżdża się w Mazowieckie i dojeżdża do Ostrowi, miasta, które od zawsze można było ominąć nudną obwodnicą. Rozpędzałem się tam zawsze ile fabryka dała, bo wtedy jeszcze jarały mnie trasy ekspresowe tak bardzo, jak mnie teraz nudzą.

Przy zjeździe z ekspresówki, każdej jesieni, okoliczni mieszkańcy sprzedawali tam jagody, kurki, prawdziwki i inne plony lasu. Kobiety i mężczyźni o ciemnych twarzach siedzieli na samym poboczu na wędkarskich krzesełkach, przy koszykach pełnych grzybów, wdychając spaliny tych wszystkich aut, które w tym miejscu na nowo rozpoczynały ewolucje wyprzedzania na trzeciego.

Przy licznych wjazdach do lasu, towarzyszyły im tam, w swoistej symbiozie, nastoletnie i podstarzałe prostytutki w różowych, fluorescencyjnych miniówach i butelkami PET z wodą, których używały do obmywania swoich łon i ust po wielokrotnych aktach płatnej miłości.

Lubiłem też ten wąski most na Bugu w Wyszkowie, gdzie zawsze robiły się korki. Lubiłem wtedy patrzeć na meandry rzeki, albo na jej skuty lodem powolny nurt.

W Lucynowie przejeżdżało się na ostrym zakręcie przez przejazd kolejowy i do Warszawy dzieliło mnie już tylko 50 kilometrów. Wtedy to była już praktycznie stolica.

Wczoraj przejechałem tę trasę w tę i z powrotem. Zastałem już tylko autostradę lub budowę autostrady. Tak nudne, tak przewidywalne, tak podobne do każdej autostrady w każdym miejscu Europy.

Moja babcia Ania Głowacka ma już prawie dziewięćdziesiąt lat i czasami mnie wkurza

IMG_1489.jpg

Moja babcia Ania Głowacka ma już prawie dziewięćdziesiąt lat i czasami mnie wkurza – wtedy kiedy gdy ją od święta odwiedzam i gdzieś tam podwożę. Najczęściej, gdy jedziemy na groby jej bliskich: rodziców, krewnych, no i dzieci.

A wkurza mnie wtedy, gdy wydaje instrukcje z fotela pasażera: „teraz w lewo”, „uważaj na te kwiatki co tu sprzedają”, „teraz można trochę szybciej, a tam zwolnij”… itd… Oczywiście karnie stosuję się do instrukcji babci, ale w środku jednak gotuję.

Wszystko to rekompensuje ilość wiedzy o mojej rodzinie od babci, którą dostaję podczas zaledwie kilkugodzinnych wizyt.

Dzisiaj byliśmy z babcią i jej córką (moją mamą), na dwóch cmentarzach, w Boćkach i Dziadkowicach, na których pochowane są osoby z tej strony rodziny. Najpierw wizyta na grobie męża Ani, a mojego dziadka. Wjeżdżamy tam zawsze autem pod sam nagrobek, bo babcia ma kłopoty z chodzeniem. Na srogie i pełne oburzenia spojrzenia rozstępujących się przed nami przechodniów uchylam okno i odpowiadam: „proszę mi wybaczyć, ja tu wiozę moją babcię Annę Głowacką do grobu jej męża Józefa, który nie dość, że układał w intencji parafii własnoręcznie posadzkę, po której tu jedziemy, ale montował dzwon na kościele św. Józefa, a także wiele innych prac dla lokalnej społeczności, państwo Głowaccy są rodziną niezwykle poważaną w Boćkach i okolicach familią”. Po takiej wiąsze nie ma takich, którzy by się z pokorą i przeprosinami w oczach nie rozstąpili.

Potem najsmutniejsza część wędrówki: zapalanie zniczy przez matkę na grobach swoich dzieci: babcia pochowała dwie córki – jedną niedawno, po osiągnięciu przez nią sześćdziesiątki, jednak tą śmierć przeżywa bardzo każdego roku. Trudno pomyśleć, jak przeżywała śmierć dziecka, która spotkała ją na początku stycznia 1950 roku. 13 grudnia 1949 roku urodziła się im córka, Wanda. Mieszkali na kolonii wsi Żurobice, przy lesie, w prymitywnej, drewnianej chacie połączonej jedną ścianą z oborą. Była mroźna zima i gdzieś przed Świętami Bożego Narodzenia noworodek zapadł na zapalenie płuc. W tych czasach, w tym miejscu na Ziemi, był to wyrok śmierci. Nowy rok powitali pogrzebem.

img_1488Podczas podróży do Dziadkowic rozmowa o infrastrukturze drogowej w tych rejonach. Moja mama pamięta jeszcze bruk na całej trasie Bielsk Podlaski – Siemiatycze (dalej się wtedy nie zapuszczano) i jak gdzieś w latach 60. wylewano tam pierwszy asfalt, a babcia pamięta jeszcze, gdy miasta te dzieliło zwykłe klepisko, w którym po deszczach chodziło się po łydki w błocie. Boso, nawet w drodze do kościoła, bo buty niosło się wtedy w rękach i zakładało już przed samym budynkiem.

Na końcu – wizyta na grobie rodziców Anny. Józef i Antonina Brzezińscy urodzili się jeszcze w XIX wieku. Dziadka nie pamięta żadne z moich wujków i cioć, ale babcię – już wszystkie. Moi dziadkowie większość czasu spędzali na pracy w polu, a obowiązki wychowawcze pięciorga dzieci urodzonych w zasadzie co drugi rok, spełniała babcia Antonina. Nigdy na żadne nawet nie krzyknęła, a rodzicom po powrocie z pracy zawsze mówiła, że dzieci dobrze się sprawowały. Nie chciała spać na łóżku, spała tylko na szczycie kaflowego pieca. Nigdy nie była u lekarza, nigdy nie pobierała żadnej renty ani emerytury… Zmarła ze starości…

Moja babcia doczekała się dziewiętnastu prawnuków. Ten dziewiętnasty to mój syn.

Choć poświęcone śmierci, takie dni niosą z sobą coś dobrego.

Wczoraj byłem na grobie ojca i dziadków. Jutro idę na grób pradziadków ze strony ojca i do innych moich przyjaciół, którzy odeszli.

Miliony ziaren piasku

DSC04584Znad morza przywozi się miliony ziaren piasku. Znajduję je na dnie kieszeni, między drobnymi monetami, na pustym dnie portfela, we wszystkich kieszeniach kurtki i na dnie butów. Te miliony ziaren piasku, mimo starannej toalety i wielokrotnego prania i szorowania wszelkich zakamarków ciała, znajduje się jeszcze po wielu tygodniach, w najmniej spodziewanych momentach i miejscach.

Miliony ziaren piasku przywiezione znad morza przypominają o tym wyjątkowym momencie, kiedy po wielogodzinnej podróży schodzi się nadbrzeżną skarpą porośniętą pogiętymi od morskiego wiatru sosnami, w kierunku pachnącego solą morza. I kiedy po raz pierwszy od wielu miesięcy stawia się stopę na miękki piasek, mimo skończonych trzydziestu pięciu jesieni, radość i ekscytacją są takie same, kiedy będąc trzy letnim dzieckiem, robiłeś to po raz pierwszy.

Te same od lat rekwizyty Morza Bałtyckiego. Szerokie plaże, które za chwilę zwężają się do obłożonych oblewanymi wodą kamieniami przesmyków. Wygładzone milionami litrami słonej wody korzenie i patyki. Szczątki sieci rybackich miotane przez fale. Drobne muszelki i kawałki zielonego szkła po butelkach wyszlifowane do faktury przezroczystych kamyków. Pozostałości romantycznych ognisk, które chłopcy i dziewczęta spędzali poprzedniego lata. Skonstruowane z przygodnych desek śliskie wejścia na skarpę, po których wchodzą ojcowie niosąc na barana swoich synów. Dumni, że mogą dać im wrażenia, które sami przeżywali po raz pierwszy trzydzieści lat temu.

Miliony ziaren piasku jak miliony wspomnień z czasów, kiedy piaszczysta polana w nadmorskim, sosnowym lesie, była całym światem dla chłopca w krótkich spodenkach i blond włosach opadających na oczy. Jego ręce były pooblepiane żywicą drzew na które się wspinał i ukrywał przed poszukującymi go rodzicami. Z kory tych drzew rzeźbił składanym scyzorykiem łódki, które potem wodował na Morzu Bałtyckim. A potem puszczał plastikowe wiatroloty i latawce, kupowane w kiosku Ruchu. W tych kioskach można było kupić pachnący farbą drukarską Świat Młodych, gdzie drukowali kolejne odcinki Tytusa, Romka i a’Tomka. A wieczorami, uzbrojony w wystrugany karabin, biegał po lesie z kolegami bawiąc się w wojnę, w której nikt nie chciał być Niemcem i Ruskim, tylko każdy chciał być Polakiem.

Zapiexy

DSCF1430 W Grajewie, przy głównej ulicy miasta, jest Zakład Gastronomiczny “Pizzeria”. W eklektycznym wnętrzu są trzy stoły i trzy wielkie automaty dla powiatowych hazardzistów. Można tam poprosić o piwo z nalewaka za pięć złotych, kwaśny jak licho żurek. Pizzy nie mają, ale za to słynne są ich “zapiexy”. Zapiexy to zwyczajne zapiekanki ubrane w niezwyczajną nazwę.

Zdjęcie przedstawia wejście do Pizzerii w Dukli. Dukla to małe beskidzkie miasto, rozsławiome przez Andrzeja Stasiuka, który poświęcił mu swoją najlepszą książkę. Na samym środku dukielskiego rynku stoi nieproporcjonalnie wielki, barokowy ratusz. Wygląda jak wielki, najedzony, śpiący niedźwiedź otoczony skromną, nieśmiałą architekturą małych kamienic.

Te wszystkie małe miasta powiatowe mają w sobie coś absurdalnego, nie pasującego do reszty, coś nie a propos. Wielkie rondo w Krynkach z jedenastoma odnóżami, bizantyjski ratusz w Michałowie, smutny i opuszczony dworzec kolejowy w Grajewie, transformatorownia w polu pod Knyszynem, wielki, pusty plac w Tykocinie, albo ten równie nieproporcjonalnie wielki dworzec w Bielsku Podlaskim, na którym zawsze wieje wiatr i jest zimno, nawet w środku lata. Na tym dworcu pekaesy zawsze robiły dziesięciominutowe przerwy, podczas których kupowało się zapiekanki z pieczarkami i keczupem w budach, których już nie ma. A jeśli są, to na pewno sprzedają tam zamiast tych zapiekanek kebaby i tortille.

Mógłbym tak wymieniać bez końca. Te urocze próby nadania wielkomiejskości na wszystkich prowincjach świata nie przestają mnie fascynować. W Grajewie, Bielsku Podlaskim, Michałowie, Krynkach albo Tykocinie dzieje się wszystko, co powinno człowieka interesować. Wszystko, co zasługuje na uwagę. Wszystko, nad czym trzeba się pochylić. Wszystko, na co warto patrzyć i czego warto słuchać.

Mały Polak u stóp Giedymina

DSCF0883

Lubię to zdjęcie sprzed kilku lat, na którym siedzę u stóp monumentalnego pomnika Giedymina na Placu Katedralnym, w najważniejszym miejscu Wilna. Postać Wielkiego Księcia i stojącego za nim konia i wyjącego rysia wykonane są z jakiegoś ciemnego, ponurego żelastwa.

Giedymin wyciągniętym na przód mieczem wskazuje ponoć miejsce, gdzie ma powstać miasto, ale ja zawsze byłem przekonany, że jego ostrze skierowane jest na południowy-zachód, w stronę Lachów.

Mały Polak siedzący u stóp potężnego władcy Wielkiej Litwy. Tak to zawsze widzę.

Tak widzę to zawsze, kiedy wjeżdżam w Litwę tym osieroconym po Schengen przejściem w Ogrodnikach, pełnym opuszczonej, rdzewiejącej infrastruktury granicznej. Tych pootwieranych na oścież szlabanów i pustych budek granicznych z powybijanymi okienkami.

Na Litwie nie można przesadzać z naszym polskim imperializmem, który wyssaliśmy tu z mlekiem matki, a który przecież tej Wielkiej Litwie jako Polacy zawdzięczamy. Więc powstrzymuję złość widząc te wszystkie lechickie bogoojczyźniane pielgrzymki do Ostrej Bramy, pełne alkoholowej wyższości nad litewskim chamem.

To nie merkantylizm ani nie litość powstrzymują Litwinów przed reaktywną agresją wobec panoszących się po ulicach Wilna wycieczek z mnóstwem nacjonalistycznych symboli na piersiach i transparentach. To zwykły bałtyjski spokój, który jest wrodzoną cechą tego ludu. Nieufnego, dosyć ponurego i zamkniętego w sobie. A przez to tak fascynującego i buzującego lechicko-kozackie krwi.

Niemcy mogłyby właściwie nie istnieć

Nie ma większej polskiej ambiwalencji, jak wobec narodu niemieckiego i jego wielkiej cywilizacji. Nie ma w Polakach większego pomieszania zachwytu i pogardy, zazdrości i resentymentu, miłości i nienawiści, pożądania i pogardy, niż wobec Niemców. Zawdzięczamy Niemcowi zniszczoną ojczyznę, miliony trupów, i jednocześnie motoryzacyjny geniusz techniczny wartburgów, a dzisiaj wolkswagenów. I miliardy euro, które nasi sąsiedzi w ogóle się tą szczodrością nie przejmując, ładują kieszenie rolników, w budowę naszych oper i aqua-parków.

Moje podróże do Niemiec to zawsze przerażająca nuda. Nuda niewygodnie prostych autostrad, z powodu których przejechanie tego wielkiego kraju trwa kilka godzin i nie dostarcza absolutnie żadnych przeżyć poza kilometrami doskonale płaskich betonowych nawierzchni, sterylnie czystych stacji benzynowych i skandalicznie czystymi parkingami z nieoczywiście pachnącymi kiblami bez nadzoru i opłaty za wstęp. Najbardziej oburzająca dla podróżującego po Niemczech turysty ze wschodniego kraju ościennego jest ta cholerna przewidywalność zachowań na drodze, to nie dające się wytrzymać bezpieczeństwo, ta wszechogarniająca nuda.

Bo przecież jedną z największych atrakcji miast Wschodu jest możliwość bezinteresowanego lub zasłużonego otrzymania w pysk, zostania obrabowanym lub w najgorszym przypadku obrażonym. Na ulice polskich miast wyjeżdża się, aby walczyć, słowem, gestem lub klaksonem.

Tymczasem tam, w tych Niemczech, wszyscy są wobec siebie nienaturalnie i sztucznie uśmiechnięci, grzeczni i usłużni.

Dlatego z całych Niemiec najbardziej lubię Berlin z całym tym berlińskim postsowietyzmem i orientem w pakiecie. To jedyne miasto w tym kraju, które przypomina Warszawę. A już najbardziej lubię włóczyć się na Kreuzbergu, bo to właściwie jedyne miejsce w tym osiemdziesięciomilionowym kraju, w którym można się zagubić, pomylić i doświadczyć czegoś niespotykanego. Całe pozostałe Niemcy mogłyby dla mnie nie istnieć.

DSC00975