Brzozy, sosny, mniszki

DSC_4599.jpg

Tegoroczna wiosna upływa na oczekiwaniu na spotkanie z nie widzianym już od roku synem i na życiu w zgodzie z rytmem budzącej się do życia roślinności. Czekałem na tę wiosnę z tęsknotą taką samą jak tęsknota za nim, bo wydawało mi się nieprawdopodobne, że może to trwać tak długo. Jego mama z premedytacją opóźnia i tak rozlazły jak flaki z olejem proces, a ja próbuję zająć się – poza pracą – czymś, co wyrwie mnie z domu, sprzed komputera. Stąd całonocne wyjazdy po auta przez Polskę i Europę z kolegą, stąd przejażdżki za miasto, po zioła.

Zbieranie i korzystanie z ziół wymaga uważnego korzystania z kalendarza, bo każdego tygodnia przygoda dostarcza lub odbiera kolejne okazje do korzystania z jej owoców. Zacząłem od soku z brzozy, który ściągałem z tych pięknych drzew w połowie marca, kiedy rozpoczęły po raz kolejny mozolny proces ściągania wody z uwolnionej od mrozu ziemi ku dopiero co rozwijającym się liściom.

DSC05263.jpg

Brzoza to jedno z moich ulubionych drzew. Jedna z nich rośnie tuż przed moim oknem. Posadziłem ją mniej więcej w momencie, gdy mój syn rozpoczął życie w brzuchu mamy. Miała wtedy niewiele ponad metr wzrostu. Dzisiaj sięga moich okien na drugim piętrze starego bloku. Nie mogę się doczekać, aż mu ją w końcu pokażę. Wbrew staraniom mamy, która robi wszystko, aby Mały nie miał ojca. Zrobimy to.

Niedługo potem pojechałem nad zerwany most na Narwi. Po drodze skręciłem trochę w bok, ku wyginającym się ku słońcu młodym pędom brzozy. Z tych szarych, zwisających pączków można zrobić świetną, oczyszczającą herbatę. Piłem ją przez dwa tygodnie. Zaparzona brzoza ma delikatny, lekko słodkawy smak.

DSC05785.jpg

Trzy dni temu wybrałem się w końcu po pędy młodej sosny. W końcu, bo to już ostatni moment, by zebrać je w apogeum swojej młodości. Dojrzałość przyobleka je w brązową osłonkę, która potem pęka i uwalnia miliardy nasion potrafiących przelecieć nawet kilkaset metrów od swojej matki.

Z pędów młodej sosny robię nalewkę i syrop. Ten ostatni znany jest we wspomnieniach pokolenia rodziców pod nazwą „syrop z pinii”. Mama mówi, że w jej dzieciństwie był to przysmak i rarytas podawany wyłącznie chorym dzieciom. Mama nigdy nie chorowała, więc rzadko miała przyjemność próbowania syropu z sosny. Nie wiem, dlaczego w jej domu po prostu takiego syropu nie robiono samodzielnie. Przecież mieszkali właściwie w środku lasu…

DSC_4586.jpg

Właśnie z mamą pojechaliśmy wczoraj gdzieś za Dobrzyniewo, na łąkę, którą wcześniej sobie wypatrzyłem. Zebraliśmy, przy definitywnie większym udziale mamy, 10 litrów mniszka lekarskiego. Cały wieczór oczyszczałem kwiaty z łodyżek i robaków. Wrzuciłem je wszystkie do słoika i zalałem wysokoprocentowym, czystym alkoholem. Podobnie jak z pędami sosną, będzie z mniszka lecznicza nalewka na zimowe infekcje i ewentualne smutki.

DSC_4627.jpg

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s