Czy ktoś pamięta jeszcze Grzegorza Filipowskiego?

92oktkpTURBXy9mZjVlMmYwOTQ2NGUwODVkZTFmYTZkNDExZDJkMmU2YS5qcGeSlQMBa80GoM0DupMFzQMgzQHC

Kiedy byłem dzieckiem, byliśmy w totalnej dupie. Urodziłem się dwa lata przed wprowadzeniem stanu wojennego. Pierwszego banana spróbowałem gdzieś w przedszkolu. Papier toaletowy wymieniało się na makulaturę. Kolorowe napoje sprzedawano w foliowych torebkach. Od Visolvitu wolałem Vibovit, które traktowałem – jak wszystkie dzieci – jako przysmak, a nie farmaceutyk. Wysypywało się ten proszek na otwartą dłoń i zlizywało. Proszek rozpuszczał się na języku, szczypał, był kwaśny i słodki.

Przyjemności dziesięciolatka przełomu lat 80. i 90. musiały być proste. W dupie jeszcze mieliśmy politykę i nadzieję ze zmiany ustroju. Bardziej interesował nas sport, mimo, że kraj pogrążony w kryzysie nie osiągał w nim żadnych sukcesów. Miliony dzieciaków biegały po błotnistych boiskach, a reprezentacja Polski przegrywała, co się tylko dało. W grudniu 1990 przegrywamy 0:4 z Egiptem, parę miesięcy później 0:5 ze Szwecją. Przewalamy eliminacje do kolejnych Mistrzostw Świata i Europy.

Jak to wytłumaczyć dziecku?

Mimo wszystko, mimo tych porażek Polski na każdym polu, każdy występ reprezentacji, każde Igrzyska to były święta i spędzało się wtedy obowiązkowo ten czas przed telewizorem. Zimowe oczywiście również. To nic, że od ćwierć wieku żaden Polak na nich nic nie zdobył. Bobsleiści są zazwyczaj ostatni, bo nie mają w kraju gdzie ćwiczyć ani tym bardziej z kim wygrać (poza Jamajką). Zjazdowcy alpejscy, narciarze, hokeiści – podobnie. Jak któremuś z polskich skoczków uda się przejść do drugiej serii, cały naród sra do szczęścia.

Szczególnie perwersyjne było oglądanie występów niejakiego Grzegorza Filipowskiego – łyżwiarza figurowego. Dzisiaj, gdy sobie o nim przypomniałem, widzę, że nie był takim złym sportowcem. Ale wówczas jego występom towarzyszyło w Polsce szczególnego rodzaju podniecenie. Gdy Filipowski wychodził na taflę, wszyscy drżeli. Mężczyźni wypijali kieliszek na uspokojenie, a kobiety i dzieci zasłaniały dłońmi oczy. Grzegorz Filipowski miał taki piękny filmowy uśmiech i entuzjazm w oczach. Entuzjazm, który nie schodził mu twarzy po pierwszym, drugim, trzecim, czwartym upadku. Cały naród polski patrzył z przerażeniem na te kolejne upadki Filipowskiego, na tę jego piękną katastrofę.

W końcu, gdy kolejne nieudane skoki niewiele już miały wspólnego z muzyką, gdy muzyka się kończyła, a Filipowski rozpaczliwie próbował pokazać, że jednak potrafi wykonać tego nędznego podwójnego toeloopa, gdy w końcu Filipowski schodził z lodowiska i oczekiwał z tym swoim entuzjastycznym uśmiechem na wyrok jury, wtedy mężczyźni mówili:

– Pierdolę, mówiłem, że to sport dla pedałów. Wstyd na cały świat.

A wtedy kobiety mówiły.

– Ja tam lubię patrzeć, jak oni tak tak na tym lodzie.

A my, w milczeniu znosiliśmy w naszych sercach kolejną porażkę Filipowskiego, przeżywaliśmy ją jako naszą osobistą porażkę. Byliśmy na tym lodzie z tym Filipowskim, staraliśmy się pomóc mu w kolejnym lądowaniu i na własnych tyłkach czuliśmy ból kości ogonowej, kiedy człowiek, w którym pokładaliśmy nasze wielkie dziecięce nadzieje i marzenia, po raz kolejny je niweczył.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s