O męskiej ostrości, czyli sos chili „Ryboły” (z imbirem)

SONY DSC

Każdy, kto jeździ dziewiętnastką między Białymstokiem a Lublinem wie, gdzie leżą Ryboły. To położona niedaleko mostu na Narwi szeroka i długa ulicówka, z domami ustawionymi prostopadle do ulicy, jak na prawosławną wieś przystało. Gdzieś w samym środku wsi, przy rozgałęzieniu na Pawły, jest dom, w którym urodził się jeden z moich nauczycieli, Włodzimierz Pawluczuk, odkrywca Wierszalina.

Opowieść o Stolicy Świata założonej przez proroka Ilię w lesie pod Krynkami była czymś bardzo ważnym w środowisku socjologicznym Białegostoku w czasach, kiedy studiowałem. Profesor Pawluczuk często opowiadał na wykładach o tym domu w Rybołach, gdzie nie było elektryczności i ludzie siedzieli po zmierzchu przy stole, opowiadając sobie różne historie. Jedną z nich była właśnie historia o proroku Ilii, który założył Wierszalin.

No ale teraz nie jeżdżę już na pielgrzymki do Wierszalina, a starego profesora Pawluczuka z Rybołów widuję tylko czasami, jak spaceruje z fajką w ustach i teczką pod ręką po śródmieściu. Tym, co teraz fascynuje mnie w Rybołach, jest niespotykane chyba nigdzie indziej na Podlasiu zjawisko ulicznego handlu „spod płota”. Zjeździłem cały ten region wzdłuż i wszerz i po wielokroć i nigdzie nie spotkałem czegoś takiego na taką skalę. Kiedy tylko przychodzi wiosna i cokolwiek zaczyna wyrastać ze stęsknionej słońca ziemi, gospodarze z Rybołów wystawiają te wszystkie dobra przed swoje płoty, siadają na ławeczkach i czekają, aż się ktoś zatrzyma i kupi.

Trwa to od wiosny do jesieni. Niepryskane truskawki, jajka prosto od szczęśliwej kury zza płotu, grzyby leśne, dynie, czereśnie, cukinie, bakłażany, ogórki gruntowe, maliny, pomidory, wiśnie, pigwy, czosnek i cebula. Każdy sprzedaje to, co sam wyhodował. Wystarczy się zatrzymać na poboczu. Jak przejeżdżam latem przez Ryboły, to zawsze ktoś stoi i kupuje u tych ludzi jakieś warzywa i owoce. Taki obrazek Rybołów będzie zawsze gdzieś w tyle mojej głowy.

SONY DSC

Więc, jak mam tylko trochę czasu i chcę oczyścić głowę ze złych myśli, uspokoić nerwy, zrelaksować się jazdą, a przy okazji uzupełnić zapasy, jadę do Rybołów na zakupy. Ostatnio udało mi się tam kupić między innymi te cztery piękne papryki chili.

Mój syn, jak każde dziecko, uwielbia wszystko, co słodkie. Ostatnio wtranżala owocowe musy, które staram mu się, przy każdej okazji, przygotowywać, bo to banalnie proste i tanie. Mój syn uwielbia też – co już mniej powszechne wśród dzieci – wszystko, co kwaśne. Jestem przekonany, że jak trochę podrośnie i stanie się facetem, polubi również, jak jego ojciec, to, co ostre.

Zresztą, większość facetów lubi ostre potrawy. Szukałem w internecie, dlaczego między mężczyznami a kobietami jest taka różnica w stosunku do ostrego, ale nie znalazłem żadnych przekonujących informacji. Niech więc tak po prostu pozostanie.

SONY DSC

Z przywiezionych z Rybołów papryczek zrobiłem dwa małe słoiczki sosu chili z dodatkiem imbiru. Skąd wziął się imbir? Okazało się, że papryczki chili z Rybołów mają nieco inną dynamikę uwalniania się ostrości w porównaniu do tego chili, z którym się spotykałem do tej pory. Ten ostatni uderzał od razu piekłem, nie pozostawiając ofiar i złudzeń, co do swojej kapsaicynowego, zabójczego arsenału. Papryczki z Rybołów mają w sobie o wiele więcej subtelności. Choć pod względem ostrości nie ustępują swoim kauflandowym siostrom, to atakują podniebienie wolniej, z podlaskim spokojem i finezyjnością. Równie finezyjny i niebezpośredni jest smak imbiru, który swoją wyrazistość pozostawia gdzieś na drugim planie, ale zawsze jest obecny, tak jak ojciec przy swoim synu, na przykład. Ostatnio dużą uwagę staram się przykładać w różnych sprawach do szczegółów, detali i pozornych niuansów. To z nich zbudowany jest świat, a na pewno to, co w nim podziwiamy i tak wiele można zepsuć nie zwracając uwagi na szczegóły. Zastanawiając się więc, jakiego detalu brakuje w smaku sosu chili z rybołczańskich papryczek, doszedłem do wniosku, że jest tym czymś właśnie imbir.

Jak zrobiłem sos chili „Ryboły” (z imbirem).

Co będzie potrzebne?

  • Kilka papryczek chili od gospodarza z Rybołów
  • Jedna ostra duża papryka
  • 1-2 mięsiste, dojrzałe pomidory
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki oleju
  • 2 łyżki octu winnego
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki cukru
  • Sok z połowy cytryny
  • Odrobina świeżo startego imbiru

Pomidory sparzyłem i pozbawiłem skórki oraz wykroiłem twarde części, po czym rozgniotłem spodem widelca na miazgę. Na rozgrzany olej wrzuciłem pokrojoną drobno cebulę i zgnieciony czosnek. Cebula ma się zrumienić, a czosnek ma się nie spalić. Dodałem pomidory i chwilę dusiłem. W tym czasie pokroiłem papryczki chili na drobniejsze części, usuwając końcówki. Wrzuciłem je, razem z pestkami, na patelnię. Mieszając, gotowałem wszystko kilkanaście minut.

SONY DSC

Wyłączyłem ogień i poczekałem, aby substancja lekko ostygła. Następnie wszystko zmiksowałem na jednolitą masę i przełożyłem z powrotem na patelnię. Tam dodałem sól, cukier, po czym dusiłem, aby mikstura zgęstniała. Kiedy już konsystencja była dostatecznie, a nawet troszkę zbyt dostatecznie, zwarta, dodałem łyżkę octu winnego. Na sam koniec dodałem szczyptę imbiru. Wyłączyłem ogień i dokładnie wszystko jeszcze raz wymieszałem.

SONY DSC

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s