Polskie mana

W Polsce człowiek jadący na furmance jest ważniejszy od człowieka idącego pieszo. Tę uwagę, odnoszącą się oczywiście do polskiego fetyszu samochodowego, napisał jakiś czas temu na swoim Twitterze scenarzysta Piotr Wereśniak. Podpisuję się pod nią rękami i nogami. W końcu zrozumiałem, czym jest polskie mana.

Samochód to dla Polaka świętość. Jego podstawowa funkcja – przemieszczanie się z punktu A do punktu B – jest tu praktycznie nieistotna. Samochód to prestiż, symbol wolności, majątku. Marka oznacza przynależność do środowiska i określa całą osobowość użytkownika. Passaty stoją twardo na ziemi i cenią sobie konkret. Golfy to wyższe warstwy miejskich środowisk młodzieżowych. Wiejskim odpowiednikiem są beemwu i hondy civic. Gdzieś blisko, ale bardziej na luzie, są użytkownicy “czinkłaczento”. Polonezy – wiecznie wczorajsi faceci z wąsem i niezdejmowalnym kapeluszem. Mercedesy – taksówkarze i wszyscy przypominający mentalnie taksówkarzy.

Samochody to w Polsce przez cały czas świat zmaskulinizowany. Tutejsi mężczyźni mają fioła na punkcie swoich samochodów. Ich wyglądowi, wyposażeniu i ogólnemu performance poświęcają więcej energii niż swoim kobietom, o mieszkaniach nie wspominając. Na pokładzie polskiego auta musi lśnieć, a wymalowana kobieta na miejscu pasażera jest pożądanym dodatkiem do posrebrzanych felg i spojlera.

Naruszenie nietykalności cielesnej polskiej “fury” jest zbrodnią niewybaczalną. I nie mam tu na myśli poważnych uszkodzeń. Spróbujcie kiedyś, na jakimś zatłoczonym parkingu, trącić lekko drzwiami waszego auta karoserię maszyny z właścicielem na pokładzie. Najlepiej właśnie jakiegoś Golfa albo Poloneza. Obserwujcie reakcję. Na pewno wystąpi. Nie biorę odpowiedzialności za skutki tego eksperymentu, ale polecam, bo powie Wam wiele o Polakach.

Polacy to naród, który swój wolny czas spędza w samochodzie. Popołudniami i wieczorami chłopaki zabierają swoje dziewczyny na rajdy po mieście. Z jednego końca na drugi. Na hamburgery do McDonaldsów, gdzie kolejki do DriveIn’ów są zawsze dłuższe niż te do kas. Na parking przy jeziorze lub rzece, by zza świetnie wymytych płynem do spryskiwaczy szyb, w przyjemnej woni odświeżacza w kształcie choinki patrzeć na te zachody słońca i słuchać ściągniętych z Internetu mp3 z niemieckim techno albo polskim hiphopem. A to techno i ten hiphop muszą dudnieć, by ci w aucie obok widzieli i to moje auto i tę moją dziewczynę.

Zastanawialiście się kiedyś, gdzie się podziewa białostocka młodzież w słoneczne niedzielne popołudnia, jak choćby to wczorajsze? Jeśli tak, to odwiedźcie któregoś razu dojlidzkie Krywlany. Oni wszyscy są właśnie tam. W tych swoich samochodach prosto z myjni, ustawiają się w wielkim kręgu. Wyprowadzają z nich swoje kobiety i pozwalają im opierać się na maskach tych samochodów. Prezentują innym mężczyznom dwie podstawowe oznaki statusu: swoje auto i swoją kobietę. Kobieta musi mieć ładne paznokcie i nogi, a samochód powinien kręcić kółka przed zgromadzoną publicznością. Tyle wystarczy, aby zwyciężyć.

Kiedy podczas spaceru przypadkowo wyszedłem na płytę lotniska i zafascynowany zobaczyłem ten rytuał, zrozumiałem, co mógł poczuć Bronisław Malinowski, kiedy podczas obserwacji krajowców na Triobrandach pojął funkcję pojęcia mana. Jest to kluczowa kategoria w życiu Triobrandczyków, pojęcie trudne do sprecyzowania, a jednocześnie o potężnej sile, symbolice i roli w życiu codziennym. Czyli dokładnie to, czym w Polsce są samochody.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s