O mężczyźnie, który zawsze podróżuje pociągiem

W tych trudnych dla polskiego kolejnictwa czasach, w potoku gorzkich, nierzadko żółtych słów pod adresem spółek świadczących nam te usługi trzeba oddać kolei jako takiej, kolei jako najgłębiej zakorzenionemu w europejskiej spuściźnie sposobowi przemieszczania się z punktu A do punktu B, należny jej honor i szacunek.

Spoglądam teraz przez okno i co widzę? Brnące w śniegu na horyzoncie tiry, a  na przyblokowym parkingu dramatyczne próby odkopania się z zasp wyjeżdżających i równie dramatyczne próby zaparkowania przyjeżdżających.

Nie wiem, czy wiedzą Państwo, z czego wynika opryskliwość kolejowego personelu w kasach i podczas sprawdzania biletów. To nie tylko spuścizna PRL. David Ost w książce “Klęska Solidarności” przypomina, że kolejarze uważali się przed wojną za funkcjonariuszy państwowych, gdyż ponowne złączenie rozbitych zaborami części polskiej państwowości odbywało się przede wszystkim poprzez rekonstrukcję sieci kolejowych. Sprawa kolei była sprawą priorytetową dla polskiej państwowości. Dlatego znieważenie konduktora było tym samym, co znieważenie policjanta.

Kolei więc to sprawa poważna, to fundament europejskiej cywilizacji. Tam, gdzie dociera kolej, tam docierały też książki, inwestycje, szeroko rozumiana kultura.

Ale kolej to również pewna niepowtarzalna estetyka, sposób przeżywania podróży, przekraczania granic. Pani Agnieszka Romaszewska z Telewizji BielSat podzieliła się niedawno na Facebooku doskonałym cytatem z Józefa Mackiewicza, najbardziej niedocenionego polskiego pisarza. Proszę się wsłuchać w to słownictwo, w tę dramaturgię, w ten niepowtarzalny klimat podróżowania pociągiem sto lat temu.

“W piątek 6 marca 1903 roku, po trasie kolejowej Petersburg – Ługa – Psków – Dźwińsk Wilno biegł ekspres zwany “Nord” gdyż w odróżnieniu od Sud -Expressu, który dalej przez Białystok – Warszawę – granice austriacką, przez Wiedeń – Mediolan – Genuę, utrzymywał bezpośrednie połączenie Petersburg – Riwiera francuska, “Nord Express” skręcał w Landwarowie pod Wilnem na Kowno , granicę pruska w Wierzbołowi i stąd przez Berlin podążął do Paryża. Biegł on z szybkością dużą, która na odcinkach prostych dochodziła do 80 km na godzinę. Tak że w zimowe miesiące (gdy spora ilość bogatych i uprzywilejowanych ludzi zwykła wyjeżdżać dla wydania peniędzy za granicą) lokomotywa na trasie Petersburg -Wilno wpadał na stacje niby oszronione widmo. Zaś wagony, koła, osie, okna, wszystko buchające para i mrozem jednocześnie, zalepione stwardniałym śniegiem świadczyło o walce toczonej pomiędzy ciepłem wewnętrznym a zimnem zewnętrznym…”

Lubię podróżować pociągiem mimo śpóźnień, niedogrzanych przedziałów i brudnych toalet. Są to koszty, które wynagradza wiele korzyści. Po pierwsze romantyzm polskich dworców kolejowych. Każdy jest inny i w każdym jest coś godnego uwagi. Pamiętam doskonale, jak dzisiaj, któryś poranek na dworcu w Kutnie, gdzie “jest tak brudno i szaro, że pękają oczy”, gdzie było dokładnie tak, jak to opisywał Kazik, a Polska objawiła się w swoich najczystszym surogacie. Jest fascynujący, dwudziestoczterogodzinny mikroświat Dworca Centralnego w Warszawie, który żyje własnym życiem, ma własnych bohaterów i własne opowieści i narracje. Jest Dworzec Wschodni, który rzeczywiście wieje betonowym, sowieckim wschodem. Jest dworzec w Grodnie, gdzie w hali głównej wisi największy żyrandol, jaki widziałem w życiu. Jest piękny, błękitno-złoty, ultraczysty dworzec we Lwowie. Na peronie trzecim dworca we Wrocławiu myślę zwykle o tragicznej pogoni za uciekającym pociągiem Zbigniewa Cybulskiego, a na dworcu w Białymstoku o tym, że dzięki poprowadzeniu przez to miasto sto pięćdziesiąt lat temu kolei z Warszawy  do Petersburga wyrosło ono na duży ośrodek przemysłowy.

W pociągu nikt Cię nie przeszukuje ani nie prześwietla. Swój bagaż masz przez cały czas pod ręką. Jeśli przedział jest pusty, możesz się nawet położyć. A w nowym Warsie karmią sto razy lepiej niż w samolotach. W pociągu podróżujesz od ścisłego centrum do ścisłego centrum. Dobry pociąg jest sto razy lepszy od samolotu.

Moje marzenie o szybkiej kolei z Białegostoku do Warszawy, która kursowałaby co godzinę w ciągu dnia i co dwie w nocy i przemierzałaby ten odcinek w ciągu godziny są o wiele bardziej realne od wciskanym nam od lat przez polityków farmazonach o cywilizacyjnej szansie, jaką dałoby nam lotnisko (no i opera, bo co to za lotnisko bez opery).

Wsiąść w pociąg, po drodze przeczytać gazetę i napić się kawy. Popatrzeć na rozlewiska Narwi i piękny Bug za Małkinią. W stolicy zrobić to, co porządny człowiek z prowincji może zrobić w stolicy: muzeum, teatr, ewentualnie zakupy. A jeśli warszawskie teatry i muzea albo butiki z odzieżą są niesatysfakcjonujące, zatkać nos przed dymem i smrodem tego miasta, i polecieć do muzeum w Paryżu czy sklepu w Mediolanie. I wrócić do Białegostoku przed północą.

Dla dumnego prowincjusza, takiego jak ja, kolej jest rozwiązaniem najlepszym z możliwych. Jest zdrowym kompromisem między samochodem, który dla Polaków jest wyrazem statusu społecznego, zastąpieniem bryczki, przed którą wszyscy we wsi muszą ustępować, a samolotem – w większości przypadków nieekonomicznym, długotrwałym i niewygodnym sposobem przemieszczania się.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s