Alunita z Borszy

Wjeżdżaliśmy do Borszy o tej godzinie, która nie jest jeszcze nocą, ale już nie jest dniem. Miasto było zakurzone. Miasto było samym kurzem, w którym ludzie poruszali się jak zjawy z taniego horroru. Pył, piasek, żwir, dym, cały ten samochodowy syf wdzierał się do kabiny auta wszystkimi szczelinami.

Zza szarobrunatnej zasłony widać było zabudowania miasta przypominającego południowoamerykańskie zadupie. Stare, migoczące nieregularnie neony stacji benzynowej, warsztatów samochodowych, barów i sklepów całodobowych – trzydziestotysięczne górskie miasto położone w dolinie u stóp Pietrosul, z jedną dziurawą asfaltową ulicą, na której dzieje się całe życie.

Szukaliśmy miejsca na nocleg. Pola namiotowego, pensjonatu, hotelu albo w ostateczności kawałka ziemi, gdzie moglibyśmy rozbić namiot i się przespać. Zjechaliśmy z głównej drogi i kręciliśmy się wąskimi, wyłożonymi kamieniami pochyłymi uliczkami, mijając o milimetry stare Dacie, wozy ciągnione przez osły i prawie niewidocznych ludzi pojawiających się nagle przed maską, wyłaniających się z tego kurzu jak z mgły. Pytaliśmy tubylców, ale oni uśmiechnięci pokazywali gestami, że nie rozumieją.

Wreszcie znaleźliśmy kawałek trawy na podwórku trzydziestoletniego Rumuna. Nazywał się Mihai, miał piękną żonę i wielkie spracowane ręce. Pracował na budowach we Włoszech, a w Borszy budował dom za zarobione za morzem pieniądze.

Rozbiliśmy namiot. Mihai przyniósł kieliszki i płaty słonego, koziego sera. Wypiliśmy po setce palinki. Wymieniliśmy kilka zdań łamanym angielskim. Mihai mówił o rumuńskiej biedzie, a my mówiliśmy o polskiej biedzie.

Potem Mihai wrócił do żony, M. poszedł spać, a ja wybrałem się na spacer do centrum.

Szedłem nieoświetlonymi uliczkami wzdłuż biedych domów otoczonych gęstymi ogrodami. Omijałem kałuże i próbowałem kierować się w stronę głównej drogi. Przy jednym z rozjazdów usłyszałem dźwięki orkiestry. Z prawej strony szedł w moim kierunku barwny orszak, na czele którego kroczył na oko dziewiętnastoletni mężczyzna ubrany w biały garnitur, pod rękę z matką, trzymającą w rękach przyozdobioną wstążkami świecę. Za nimi szły ubrane również odświętnie kilkuletnie dziewczynki, potem dwóch wąsatych facetów z saksofonami, a w tyle lazła cała kolorowa chmara ludzi w różnym wieku.

Wtedy wyjąłem aparat i zrobiłem jedyną fotografię z tego wieczoru. Na lekko zaszumionym i nieostrym zdjęciu, na tle skleconego chaotycznie drewianego płotu widać tych saksofonistów w ciemnych okularach, przed którymi niepewnie kroczą dziewczynki ze świecami w sukienkach jak z pierwszej komunii. Na płocie siedzą dwaj chłopcy w brudnych koszulkach i patrzą na przetaczający się pochód. Z tyłu, prosto w obiektyw aparatu, spogląda starszy, szczerbaty facet w kapeluszu. Rumunia.

DSC01743
Ktoś z tłumu zamachał do mnie ręką i przyjaznym gestem dał do zrozumienia, abym się przyłączył. Po chwili szedłem w dół, ku centrum, otoczony uśmiechniętymi ludźmi targającymi kosze pełne kiełbas, serów i wódki. Co chwilę do tego pochodu przyłączali się kolejni ludzie.

Całe miasto spotkało się na głównej ulicy. Z naprzeciwka szedł w naszym kierunku podobny tłum, prowadzony przez pannę młodą i jej ojca. Ona była dość brzydką dziewczyną w pięknej sukience wartej na pierwszy rzut oka kupę kasy. Spotkali się na parkingu wielkiego dyskontu w samym środku miasta.

W tłumie podekscytowanych uczestników ceremonii miotały się konie, ujeżdżane na oklep przez pijanych, śniadych i bosych mężczyzn z wąsami, w kapeluszach, białych koszulach i czarnych garniturowych spodniach. Dosiadali te konie na bosaka i gołymi piętami uderzali je z całych sił po podbrzuszach, a one wierzgały co chwila, unosiły się nad tłumem jak anioły.

Ruch w całym mieście został zatrzymany przez orszak weselny. Tysiące wystrojonych ludzi szło w kierunku rozstawionych za miastem stołów z jedzeniem i piciem.

Zawróciłem do centrum. Gdzieś na moście zaczepiła mnie czterdziestolenia prostytutka w krótkiej różowej spódnicy, takiej, jakie noszą gimnazjalistki na Ukrainie. – Italiano? – Nie, nie italiano. Była wyraźnie zawiedziona, ale szła za mną i mówiła, trochę po angielsku, trochę po rosyjsku, trochę po rumuńsku.

Wszedłem do przypadkowej knajpy i zamówiłem piwo. – Maj nejm is Alunita, du ju łont som fan? Miała sinobladą twarz pomalowaną kruczoczarnym tuszem. Jej usta też były pomalowane jakąś czarną szminką. Usiadła obok mnie przy barze i założyła nogę na nogę. Jej kolana były posiniaczone jak u tanich aktorek porno. Odwróciłem się on niej plecami i pomyślałem, że Alunita to naprawdę piękne imię.

Alunita zrezygnowała ze mnie i przysiadła się do stolika w głębi, przy którym tubylcy pili już swoje szóste lub siódme piwo. Po kilku minutach usłyszałem kobiecy wrzask. Odwróciłem się i patrzyłem, jak jeden z nich, gruby i spocony, ciągnął Alunitę za włosy do wyjścia, a jej posiniaczone kolana obijały się o brudną podłogę.

Posiedziałem tam jeszcze trochę. Patrzyłem na ludzi przechodzących jakby zupełnie bez celu, z jednej strony na drugą. Zatrzymujących się, dyskutujących, kłócących, przepychających na żarty albo na serio. Sznur samochodów odgrywał symfonię klaksonów, gaźników dociskanych do dechy i piszczących z agonii tarcz hamulcowych.

W tym rumuńskim zgiełku wracałem do domu. Zatrzymałem się jeszcze w przydomowym sklepiku na uboczu, pełniącym jednocześnie rolę niewielkiej knajpki. Siedziały tam trzy wielopokoleniowe rodziny. Poczęstowali mnie palinką.

Było już późno. Kupiłem u nich butelkę czerwonego wina i wróciłem do namiotu. Zanim poszedłem spać, siedziałem na mokrej trawie, patrzyłem na oświetlony wielkim księżycem Pietrosul w górze i słuchałem śpiewów pijanych i szczęśliwych ludzi wracających z wesela w Borszy.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s