Cała ta ucieczka to fikcja

Kiedy Marta czytała swój ulubiony fragment Walta Whitmana, stojąc na skraju wysokiej wydmy gdzieś w okolicach jakiegoś małego kurortu między Ustką a Rowami, porwany przez nią z hostelu Korsarz pod Orzyszem, dwudziestopięcioletni mężczyzna trudniący się na co dzień spisywaniem peseli i pilnowaniem, by goście nie wynosili pościeli, sikał z zamkniętymi oczami na zsuwający się pod wpływem wiatru biały piasek. „Na szlak wyruszam – pieszo i beztrosko, Zdrów, wolny, i świat stoi otworem, Długa, brunatna droga wiedzie mnie, dokąd zechcę” – przekrzykiwała sztormowy wiatr Marta. Zwiała właśnie z wyjazdu służbowego firmy, w której zajmowała się sprzedażą nakrętek do butelek napojów gazowanych. Zresztą, ta cała jej ucieczka to fikcja, bo pięćset kilometrów na południe, w bazie jej firmy pod Wołominem, szef ochrony już dawno namierzył satelitarnie Fiata Sciento stojącego pod jednym z domków letniskowych wymarłego o tej porze roku letniska. I jużwielokrotnie próbował dodzwonić się do wyłączonego iPhone’a Marty. Kiedy zatrzymali się przed pensjonatem, właścicielka domku – sześćdziesięcioletnia, znudzona życiem, szara na twarzy kobieta, patrzyła na nich podejrzliwie: ona, zadbana, umalowana trzydziestolatka w szpilkach i gustownej czarnej garsonce, takiej samej jak noszą wszystkie przedstawicielki handlowe, on, młodszy od niej, nieogolony, w adidasach, dresowych spodniach i skórze identycznej z naturalną, na pierwszy rzut oka wydawali się dziwną parą. Dziwne było też, że ona zapłaciła te pięć dych za noc, bo to przecież mężczyźni płacą, nawet jeśli pieniędzmi kobiety. Trudno o turystów na przełomie listopada i października, a żyć za coś trzeba – pomyślała, pokazała pokój, obróciła się jeszcze wracając do swojej chałupy i poszła oglądać telewizję.

On, opierając się plecami o wyszlifowany przez słone morze pień drzewa, przez całą noc słuchał, jak Marta, z twarzą ku wichrowi ze strony morza, recytowała z pamięci całe fragmenty Whitmana. Kiedy o szóstej zaczęło się robić jasno, powycierali ze swoich spodni i sukienek ziarna piasku, choć on jeszcze przez wiele tygodni znajdywał pojedyncze ziarenka w kieszeniach. Wstali, wzięli się za ręce i bez słów wspięli się na wydmę. Przeszli przez sosnowy lasek, gdzie już za chwilę zobaczyli swój niewykorzystany domek i służbowe auto Marty.

Po drodze nie wymienili ani słowa.

Kiedy podjechali pod hostel Korsarz i kiedy on wyszedł z samochodu, właściciel wybiegł ze złością i zdziwieniem. Marta szybko odpięła pas, wyjęła ze skórzanego portfela kilka stów, podbiegła do szefa, wcisnęła mu w rękę zwitek banknotów, uśmiechnęła się do chłopaka odwróciła się, odpaliła silnik, ruszyła, na chwilę włączyła awaryjne, po czym z piskiem opon pomknęła na południe.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s