Któregoś dnia spóźnił się na autobus do Dwernika

…albo te dni, w których spał dwie godziny, aby tego lutowego świtu wsiąść do auta i pojechać samemu w góry. Tego dnia jechał pustą, ośnieżoną Aleją Piłsudskiego na południe i już gdzieś w okolicach Sienkiewicza zorientował się, że to nie był rozsądny pomysł. Było cholernie ślisko, nie dało się szybciej, niż pięćdziesiątką, więc mijały go tylko wieloosiowe, ciężkie tiry, rozpędzające padający bez ustanku śnieg. Więc jak tylko mógł, przyczepiał się do któregoś, wlepiał oczy w tylne światła i próbował utrzymać odległość. Za miejscowością, gdzie w starym, drewianym domu mieszka jego babcia, kilka kilometrów dalej, jest parking. Zatrzymał się tam po omacku, bo śnieg walił bezlitośnie i naprawdę nic nie było już widać. Zatrzymał wycieraczki, zgasił światło i wysłał koledze, który właśnie prowadził w radio audycje, że jedzie na Otryt. Potem powoli ruszył i gdzieś w okolicy Siemiatycz zgubił rozgłośnię z głosem kolegi, więc wyjął przypadkową płytę, na której śpiewała Alina Orlova.

Dwa dni wcześniej na Otryt pojechali jego przyjaciele. Miał jechać z nimi, ale wymówił się jakąś głupotą i szybko pożałował swojej decyzji. Więc wsiadł w tej samochód o pierwszej nad ranem podjął decyzję, że jedzie.

Jasno zrobiło się gdzieś między Lublinem a Rzeszowem i jak lutowe słońce zaczęło przygrzewać, to chwilami widać było nawet asfalt. Wtedy mógł przyspieszyć do dziewięćdziesiątki. A tak wlókł się, a od ciągłej koncentracji zaczęły łapać go skurcze szyi. Kiedy jechał autem w długą podróż, samemu, nie rozmyślał o niczym. Absorbowała i sprawiała przyjemność sama jazda, patrzenie na to, co za oknem, na to jak kończy się świat podlaskich wsi i gdzieś za Lublinem wjeżdża się w podkarpacie, a potem w Galicję, Galicję, którą tak bardzo lubił i chciał pokazywać wszystkim. W Rzeszowie skręca się już w końcu w prawo i wyjeżdża z miasta, drogą pełną okropnych kolein.

Bieszczady. Dojechał do Sanoka. Instynkt samozachowawczy kazał mu zostawić auto na jakimś parkingu „na gębę”. Zrobił zakupy i spóźnił się o dziesięć minut na samochód do Dwernika. Następny jechał już tylko do Lutowisk. Dojechał na miejsce gdzieś około ósmej wieczorem. Dawno było już ciemno jak w dupie. Był ostatnim pasażerem. Wysiadł w mroźnym i wietrznym miasteczku. Uwielbiał zawsze tę ekscytację z wchodzenia na Górę, to przyspieszone tętno, te coraz bardziej mokre nogawki spodni. Uwielbiał wchodzić nocą do lasu, bo wtedy słychać wszystkie zwierzęta.

Spóźnił się na ten pociąg do Dwernika. Spóźnił o kilkanaście minut. Gdyby kilka razy przycisnął bardziej do dechy, między Lublinem a Rzeszowem, pewnie byłby wcześniej i zdążył na ten pieprzony Dwernik. Jeszcze w Sanoku, On zadzwonił i zapytał, czy przyjedzie. Skłamał, że nie, aby zrobić niespodziankę, pojawić się z zaskoczenia, sprawić, że im się to spodoba. Gdyby zdążył na ten do Dwernika, zastałby go w tej obskórnej wiacie przy sklepiku i zabrał do Chaty bezpiecznie.

Potem był już tylko GOPR i powrót do domu tą samą trasą z Aliną Orlovą i ogromnym przygnębieniem.

Advertisements

2 komentarze do “Któregoś dnia spóźnił się na autobus do Dwernika

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s