Krojenie (cz. I)

K. miał – jak każdy – bardzo dużo dziwnych natręctw, ale bez dwóch zdań najbardziej lubił przyglądać się pracy kucharzy w barach sushi. Tym młodym mężczyznom w białych fartuchach ubrudzonych rybim tłuszczem, pracujących w całkowitym skupieniu, nie podnoszących ani na moment głowy, skoncentrowanych na swojej misternej sztuce. Najwspanialszy moment skomplikowanego procesu łączenia ryżu z fragmentem surowej ryby był dla K. zawsze ten sam. Siedząc przy okrągłym stole, za którym uwijał się kucharz, K. zatrzymywał wtedy oddech, otwierał szeroko oczy i z dziecięcą fascynacją patrzył, jak lśniące ostrze noża wykrawa z dużego płata ryby skrawek, który za chwilę przyklei się do ulepionej zręcznymi ruchami dłoni kulki ryżu.

Najwspanialszy był jednak moment krojenia. Wszystko, co następowało potem, było już tylko dodatkiem. Nawet wtedy, gdy K. wkładał do ust zamoczone w sosie sojowym maki albo doprawioną świeżo startym wasabi porcję nigiri, nic nie było w stanie przebić tej chwili, gdy K. patrzył na ostrze noża przecinające lśniący, czerwony skrawek tuńczyka, łososia, halibuta albo makreli.

Gdyby bliżej zastanowić się, skąd ta dziwna słabość K. do noży wycinających surową rybę, przyczyn można szukać zarówno w kompleksach i traumach z dzieciństwa, na przykład w tym, że rodzice K. nie przejawiali najmniejszych talentów kulinarnych, jak i w przeżyciach późniejszych, dajmy na to, w głęboko skrywanej nienawiści, jaką K. przejawiał wobec tych wszystkich samców, którzy w przeszłości byli reżyserami szeregu jego upokorzeń, oczywiście związanych z szeroko rozumianą sferą uczuciową. I tu chyba trafiliśmy w sedno. Bo choć K., mimo zbliżającej się czwartej dekady swojego życia, nie osiągnął w tej dziedzinie wiele, to listą sercowych porażek mógłby obdarować wielu podobnych mu mężczyzn: inteligentnych, oczytanych i może nawet niebrzydkich, ale na odcinku miłości bez jakichkolwiek znaczących osiągnięć.

K. należał do tego typu facetów, którzy, mimo ogromnych chęci, nigdy nie potrafili doszukać się przyczyn swoich klęsk w rozwiązłości, nieuczciwości, niedojrzałości, głupocie lub zwykłym złu tych kobiet, którym powierzyli kidyś swoje serce. Jako samoświadomy egoistycznej, nastawionej na przetrwanie i reprodukcję natury samców, a ludzkie samce są – jak twierdzi nauka – najokrutniejszymi ze zwierząt, K. dochodził zawsze do wniosku, że dotychczasowe zmagania o partnerkę, która dała by mu satysfakcję intelektualną, jak również seksualną, a w rezultacie wartościowe potomstwo, najzwyczajniej przegrywał. Przegrywał je w walce z innymi mężczyznami, jak i ze swoją niedoskonałością. Czy to świadczy o tym, że K. doceniał kobiet, czy też wręcz przeciwnie, nie potrafię ocenić. Nie znam K. tak dobrze, jak Wy.

Rozumiecie już chyba, dlaczego K. tak uwielbiał obserwować pracę kucharza krojącego rybę do sushi. Nóż przecinający delikatną fakturę miękkiego mięsa, wilgoć krwi spływającej po ostrzu, delikatne, spokojne ruchy palców milimetry od ostrza i skupione, przepełnione stoicką pasją oczy kucharza – scena ta stanowiła dla K. teatr zemsty doskonałej, tym doskonalszej, że symbolicznej, dokonywanej w głowie. Zemsty, która uspokaja.

Na pewno pomyśleliście sobie teraz, że K. jest tym występującym często w kinematografii typem ukrytego pod płaszczykiem skromnego, ułożonego, schludnie ubranego i z reguły uprzejmego inteligenta, skrzętnie skrywającym swą czerń psychopatą, tylko czekającym na okazję, by któregoś słonecznego ranka rzeźnickim nożem poprzecinać gardła tych wszystkich mądrzejszych i piękniejszych od niego mężczyzn, a na twarze kobiet, które go nie chciały, wylać siarkowy kwas. Bo niby skąd to upodobanie K. do noży krojących żywą tkankę?

Niech za dowód tego, że K. jest pod tym względem całkowicie normalny, świadczy to, co rozpoczęło się pewnego lipcowego popołudnia, dokładnie rok wstecz od chwili, kiedy to czytacie. Popołudnia, które, korzystając z przysługującego mu ustawowo dwutygodniowego urlopu wypoczynkowego, K., nie posiadając jakichkolwiek planów na wieczór, spędzał leżąc na materacu w swoim przestronnym, choć niewielkim mieszkaniu, czytając książkę, której tytuł i autor nic Wam nie powiedzą, a tak naprawdę, to sam już zapomniałem, co to była za książka. Nie wiem też, czy to, co czytał K., w ogóle go interesowało, być może po prostu wodził po tekście oczami, myśląc o czymś innym, jak mu się to często zdarzało. Wszystko to jest nieważne wobec tego, co miało się wydarzyć za chwilę. A właściwie nie tyle wydarzyć, co uruchomić lawinę zdarzeń, które tego wieczora wyjaśniły zarówno mi, jak i samemu K., i mam nadzieję, że wyjaśnią również Wam, dlaczego nasz bohater tak bardzo lubił teatralizować sobie w głowie zemstę za wymyślone krzywdy, bo, przyznacie, wygląda to na pierwszy rzut oka bardzo dziecinnie.

Najpierw zadzwonił telefon, a potem K. nerwowo przerzucając sterty gazet i książek porozrzucanych wokół materaca, szukał źródła irytującego dzwonka. Jeszcze bardziej zirytował się, gdy po chwili poszukiwań spojrzał na wyświetlony na ekranie numer. Dziewięć migających cyfr nie mówiło mu absolutnie nic. Owszem, w przypływie złości lub żalu zdarzyło mu się skasować ze swojej skrzynki numery osób (powiedzmy to sobie wprost – kobiet), co do których nie chciał żywić czegokolwiek. Te skasowane w złości numery niestety jednak pamiętał. Numer, który niepokojąco wibrował na ekranie komórki, nie układał się w jakiekolwiek wspomnienie.

Z reguły, w takich sytuacjach (był przecież urlop), K. nie odbiera takich połączeń, bowiem z natury jest mężczyzną bojaźliwym, choć woli tę cechę swojego charakteru nazywać ostrożnością. Tym razem odebrał. Usłyszał głos kobiety.

[Część II jest tutaj]

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s