Reminiscencje

Stać za nią. Na tyle daleko, by jej nie dotykać i na tyle blisko, by czuć zapach jej włosów. Być zwykłym świadkiem tego, że jest tutaj z tobą. Wspinała się na tę górę jak prawdziwa harcerka, tyle że w lekkiej letniej sukience i butach na wysokim obcasie. Było lato, a ciepły, parny dzień zbliżał się do końca. Kiedy zatrzymaliśmy się przy ulicy, bo chciała pokazać mi swoje ulubione miejsce, skąd można patrzeć na miasto, było jeszcze jasno, lecz na górę dotarliśmy właśnie w tym najbardziej odpowiednim momencie, o tej godzinie, kiedy cienie stają się coraz większe, a świat z letniego błysku przeistacza się w czerwienie, purpury, złota, pomarańcze. Tak bardzo chciałem wziąć ją wtedy za rękę.

Jeszcze tego samego dnia odwiozłem ją do domu.

Albo wtedy, gdy rozstaliśmy się gdzieś po drugiej nad ranem u jej przyjaciółki, jakiejś Anki lub Aśki. A może one były dwie? Wszystkie były już poważnie upite, a ja siedziałem onieśmielony słuchając ich przekomarzań i co jakiś czas próbowałem pod stołem musnąć jej długie nogi. Chyba po to, aby zaznaczyć swoją obecność.

Następnego dnia pojechaliśmy do McDonalda i piliśmy kawę, siedząc obok tej okropnej zjeżdżalni z plastiku. Zapowiadał się upalny dzień. Była zmęczona. Pojechaliśmy na łąkę, gdzieś za miasto, nie pamiętam gdzie. Chodziła boso po trawie. Na samych palcach. Usiadła na jej nogach żaba. Śmialiśmy się z tego. Wcześniej mówiła, że jest nieszczęśliwa. Kiedy za nią stałem i patrzyłem, jak się uśmiecha, jak patrzy, jak odgarnia te swoje włosy, wiedziałem, że teraz, w tym momencie to nieprawda.

Pamiętam, jak przychodziła do mnie. Siadałem najczęściej na wersalce, a ona podchodziła z taką dziwną pewnością siebie i siadała mi okrakiem na kolanach. To było takie zaborcze, jakby wiedziała, że nigdy nie byłbym w stanie ulec takiemu gestowi. Ale zaraz potem po prostu się przytulała, jak bezbronny kot, który nie chce niczego więcej, niż utonąć w czyichś ramionach. I wtedy też wąchałem jej włosy, oplatałem się nimi, wciągałem nosem zapach jej ciepłej szyi, jakbym słyszał bicie jej serca.

Ma w sobie coś ze zwierzęcia. Jak mały drapieżnik wyraża otoczeniu swoje potrzeby. Jest jak zwierzę, kiedy nie rozglądając się na boki zjada kurczaka popijając go sokiem pomarańczowym. A potem lubi leżeć i trawić.

Lubiłem, kiedy w te śnieżne i mroźne świty widzieliśmy się po raz pierwszy każdego dnia szkoły. Ona na jednym końcu Kwiatowej, ja na drugim. I kiedy wsiadała do jeszcze nierozgrzanego auta, całowała mnie w policzek i zmieniała stację w radio. A potem jeździliśmy na jakiś Statoil albo Orlen, kupowaliśmy tam kawę w plastikowym kubki i piliśmy ją patrząc, jak ludzie idą do pracy i do szkoły.

Zawsze dużo rozmawialiśmy.

Ugotujemy jeszcze sobie niejeden obiad, jeszcze nie raz przyprawimy kurczaka zbyt ostro i nie raz będziemy sobie przy tym stroić żarty. A potem zjemy jedną trzecią, bo zawsze wychodzi zbyt dużo. I nażarci jak świnie będziemy oglądać głupie amerykańskie komedie. Tak głupie, że wstyd nam będzie za to przed nami samymi.

Wyślemy do siebie jeszcze dużo smsów. Opieprzymy się nie raz.

Będziemy się jeszcze w sobie zakochiwać miliony razy i przytulać się do siebie w zimne i gorące poranki.

Ja, za Tobą, oplątując się i wąchając Twoje włosy.

Reklamy

1 komentarz do “Reminiscencje

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s