Dzieci, żony i raty

Niektóre zdjęcia, tak jak niektóre wieczory, pamięta się lepiej niż inne. To należy właśnie do tych niektórych. Rok 2004, 22 listopada, trzy sekundy po godzinie 23.03. I trzy osoby na zdjęciu. Zapomniana, dziś podupadająca knajpa przy Teatrze Lalek, w której spędzaliśmy popołudnia, wieczory, a czasami nawet poranki. Zawsze zadymiona i ciemna. Knajpa z wielkim oknem wychodzącym na park przy ulicy Kalinowskiego. Tego wieczora na dworze było już bardzo zimno i z rozgrzanego gwarem rozmów, popijanej wodą z cytryną góralskiej watry, patrzyliśmy na ten zziębnięty park.

No i gadaliśmy. W moim towarzystwie w ogóle się wtedy dużo gadało. Najwięcej o książkach i o muzyce. Nie gadaliśmy jeszcze o polityce, bo wtedy były sprawy ważniejsze od polityki. Obok fundamentalnych pytań filozoficznych zajmowały nas w tych rozmowach koleżanki z roku. I oddawaliśmy się tym rozmowom z takim zapałem, z jakim gotowi byliśmy się oddać tym koleżankom z roku.

Lubię to zdjęcie, bo na nim jest wszystko: ulubione miejsce, spotkanie i ludzie. Kiedy przedwczoraj wracałem po północy z wieczoru kawalerskiego jednego z bohaterów tego zdjęcia i kiedy poodwoziłem ich do domów, nie mogłem oprzeć się pokusie pojechania na Kalinowskiego, pod Teatr Lalek o tej jedynej w swoim rodzaju trzeciej po północy/nad ranem. Przejechałem szybko, bez zatrzymywania czy zwalniania, ale z daleka widziałem, że Lalki są już puste. No i pomyślałem, że chociaż teraz jesteśmy już bardziej poważni, niż wtedy (niektórzy mają dzieci, inni żony, jeszcze inni raty do spłacenia), to tamte spotkania były jednak bardziej poważne i wtedy braliśmy wszystko bardziej na serio, niż teraz. Ciekawe, co chcemy poukrywać za tą ironią i śmiechem? Nasze dzieci, żony czy raty do spłacenia?

Reklamy

Do Rowów 0,4 km

Nadmorskie kurorty najlepsze są po sezonie. Wtedy, gdy nie ma tam już prawie w ogóle turystów, pensjonaty i smażalnie są pozamykane na cztery spusty, a znad morza wieje jak diabli. Trzeba się będzie wybrać na Hel tego października albo listopada, marca albo kwietnia. Tymczasem, korzystając z najgorętszego w historii pomiarów temperatury lata, wyjeżdżamy tłumnie nad Morze Bałtyckie. Tłumnie – smażąc się, dusząc i gotując w niekończącym się, stukilometrowym korku od Elbląga do Wejherowa, kurzu robót drogowych i setek świateł Małego Trójmiasta. Rumi, Redy, Wejherowa – niekończących się suburbi jak z amerykańskiego filmu o przedmieściach.

Przed wyrzeźbionym w drewnie kierunkowskazem „Do Rowów 0,4 km” ktoś elokwentnie dopisał: „komuniści oraz żydzi”. Kogo jednak obchodzi polityka w tym trzydziestopięciostopniowym upale? W piasku, po którym idziemy na plażę, można by usmażyć jajecznicę. Niestrudzeni chłopcy targający na plecach z ogromne plecako-lodówki sprzedają zimne napoje, gotowaną kukurydzę i popcorn. Przebywanie na plaży odbywa się według rytmu: smażenie, płukanie, smażenie, płukanie itd.

Pomimo wszystko, letnie nadmorskie kurorty takie jak te Rowy mają w sobie sporo krótkotrwałego uroku. Wieczorem, kiedy jest trochę chłodniej, całe turnusy, już przezornie w swetrach, wychodzą jeszcze raz na plażę, aby fotografować zachód słońca. Niektórzy siadają na piasku z wędzonym łososiem, serem i butelką kadarki. Dzieciaki rzucają frisbee, bliżej wydm ktoś gra na gitarze, nieliczni zażywają ostatniej tego dnia kąpieli. Potem wszyscy się rozchodzą po dziesiątkach barów i restauracji. Rodzice próbują usypiać swoje dzieci w namiotach i przyczepach kempingowych, aby – chociaż to już po północy – wyskoczyć na jeszcze jednego ze znajomymi.

Pomimo zgiełku, nieuporządkowania i pstrokacizny dziesiątek bud z kebabami, lodami włoskimi i z automatu, parawanami, dmuchanymi kaczkami, wyrobami z bursztynu i tatuażami z henny, takie miejsca mają w sobie sporo krótkotrwałego uroku. Poddając się urlopowemu szaleństwu, odurzony jodem, z morskim piaskiem między palcami stóp i we wszystkich kieszeniach spodni oraz koszul, daję się obrabować na wadze dorsza w obfitej panierce, uśmiecham się stratowany przez barbarzyńców na rowerach po 2 zł za godzinę, pozwalam się wyprzedzać w kolejce po ziemniaczane czipsy na patyku, smakujące jak przeterminowany papier.

W Zakopanem

W Zakopanem euforia po sukcesach słowackich futbolistów w Południowej Afryce jest powszechna. Sprzedawczynie oscypków pod Gubałówką spod lady handlują zagraniczną śliwowicą. Miasto jest z roku na rok coraz bardziej jarmarczne. Mam wrażenie, że do sprzedania jest wszystko. Na Kasprowym Wierchu działa pizzeria ogólnopolskiej sieci. Za trzydzieści złotych można wjechać kolejką w to mleko i napić się piwa za dychę albo więcej.

Przypominam sobie dziennik Malinowskiego za każdym razem, kiedy tam jeżdżę. W osobowych z Krakowa myślę o przedwojennym Zakopanem i planuję spacery na Nosal, wędrówki śladami Witkacego, nieuchronnie jednak wolnorynkowa grawitacja wciąga mnie w ten przeklęty szlak między Gubałówką a Kuźnicami, pełen szybkiego jedzenia, nagabujących wściekle  sprzedawczyń śmierdzących serów i zapachu tłuszczu skapującego po rożnie.

Zatłoczoną Zakopianką jadę do Krakowa. Jeśli będę miał godzinę lub dwie do pociągu, na pewno odwiedzę znowu te same trzy miejsca, które uratowały niedawny stres okrągłej rocznicy urodzin.  Ksiądz na Stolarskiej, Dym albo Pies.

Samosy, gulab jamun, dahi bhat

Samosy

Za pomocą całkowicie amatorskiej, nie wspartej żadnym naukowym czy filozoficznym backgroundem klasyfikacji dzielę ludzi na dwie grupy. Tych, którzy przykładają wagę do jedzenia i całej otoczki z nim związanej i ci, którzy jedzenie traktują wyłącznie jako czynność fizjologiczną, przykry, ale konieczny warunek trwania. Sam oczywiście zaliczam się do pierwszej grupy i staram się otaczać osobami, które jedzenie traktują z należną mu powagą.

Gulab Jamun

Sam nie potrafię gotować, ale mam szczęście do kilku znajomych, którzy tę piękną i pożyteczną sztukę opanowali w stopniu mistrzowskim. U M. próbowałem ostatnio trzech przysmaków kuchni indyjskiej. Samosy ceniłem i znałem z nieodżałowanego, zlikwidowanego  Gopalu na tyłach Surażskiej. Jest to danie bardzo pracochłonne. Do prostego ciasta z mąki, wody, masła i soli nakłada się ostro przyprawione warzywa z kminkiem, zawija w pierogi wielkości małej pięści i smaży na głębokim tłuszczu. Do samos podano dahi bhat, czyli ryż z mlekiem, jogurtem i papryką, wszystko równie ostre, jak samosy. Prawdziwym przebojem był jednak gulab jamun. Jest to coś w rodzaju naszych pączków (kulek z ciasta opartego na mleku i mące), pływających w supersłodkim syropie przyprawionym kardamonem. Prawdziwa słodycz i bomba kaloryczna, a jednocześnie czysta przyjemność miękkiej substancji rozpływającej się po podniebieniu.

Harcerze i pielgrzymi

Po wyjściu z Chmielnej w Nowy Świat robi się tłoczno. Przyzwyczajony do śródmiejskiego lansu, dwudziestoczterogodzinnego pokazu mody, zblazowanych dzieciaków w okularach od Gucciego musiałby się zdziwić, widząc te kroczące w stronę Starego Miasta wycieczki prosto z prowincji w rodzaju Ciechocinka, Płońska, Białegostoku, Olsztyna. Zmęczone podróżą, w ubraniach nie w tego warszawskiego świata, z flagami na plecach i bagażem upchniętym w plastikowe reklamówki. Prawą stroną, obok Starbucksa, idą ci jeszcze wypoczęci. Lewą, zza Nowego Wspaniałego Świata, wyłaniają się tłumy zmęczone kilkunastogodzinnym oczekiwaniem, obserwowane zza filiżanki latte przez zaspanych, choć to już jedenasta, sympatyków Krytyki Politycznej.

Od pomnika Kopernika przy IFiS PAN-ie robi się już naprawdę tłoczno. Atmosfera iście jarmarczna. Trwa wolny rynek. Ludzie jakby teleportowani tu z drugiej strony rzeki sprzedają znicze, akcesoria narodowe, naszywki „flaga z kirem”, kanapki i napoje chłodzące. Krakowskie Przedmieście, dotychczas terytorium okupowane przez studentów uniwersytetu, zagraniczne i szkolne wycieczki, włoskich seks-turystów, biznesmenów i oficjeli, zostało przejęte przez praskich i wolskich drobnych sprzedawców, ursynowskich gimnazjalistów, licealistów na ewidentnych wagarach i nieprzebrane masy jednodobowych turystów z prowincjonalnej Polski, dla których kawa ze Starbucksa za 10 złotych jest tak samo surrealistyczna, jak sprzeczki i protesty w sprawie tek ewidentnej, jak to, że miejscem głowy państwa, która zginęła pełniąc swoje obowiązki w tak tragicznych okolicznościach, jest krypta na Wawelu.

Kolejka do pałacu ciągnie się aż do Kolumny Zygmunta, gdzie zawija i wraca pod pałac, gdzieś w okolice dużego podestu z którego Piotr Kraśko relacjonuje na żywo ten potok spontanicznej ludzkiej manifestacji. Ponad głowami tłumu cisnącego się przed barierkami widać las telefonów komórkowych i aparatów fotograficznych. Niewiele wskazuje, że chodzi o żałobę. Dominują śmiechy dzieciaków, piski dziewcząt. Wychodzące z pałacu rodziny robią sobie pamiątkowe zdjęcia na tle pomnika Poniatowskiego. Znany dziennikarz przeprowadzający wywiad z szanowanych profesorem jest obficie obfotografowywany komórkami przez grupę dziewcząt ubranych w czarne skórzane kurtki odkrywające kolczyki w pępku i obcisłe czarne spodnie z napisem „Bitch” na tyłku.

W całym tym szaleństwie i jarmarczno-żałobnym karnawale podglądam pracę harcerzy, odbierających od zgromadzonych znicze (10 złotych za najtańszy model) i kwiaty, ustawiających te świeczki w setkach rzędów i kolumn, zbierających wypalone i podających spragnionym wodę. Cholera, na początku było fajnie, ale już wymiękam – mówi na oko dziesięcioletni chłopiec w rogatywce i mundurze khaki do niewiele starszej koleżanki. Mimo to odbiera znicz od staruszki z różańcem oplatającym pomarszczone dłonie. – Nie dam rady go zapalić z tego wszystkiego, mówi kompletnie zaryczana. -Nie ma sprawy, poradzę sobie, dziękuję.

Ci kilkunastoletni harcerze sprzed Pałacu Namiestnikowskiego z dłońmi pooblewanymi cmentarnym woskiem to pierwsza autentyczna rzecz, która zdarzyła się w Polsce od soboty 10-go kwietnia. Na zalanym słońcem Krakowskim Przedmieściu, ponad tysiącami zapalonych zniczy załamywało się powietrze. Po drugiej stronie barierek wagary, handel, sensacja, rewia mody, lans. Zbiorowe, jednorazowe,  narodowe emocje podsycane przez media po jednej stronie stalowych barierek, zaś po drugiej – wytrwała, cierpliwa, bezinteresowna praca kilkunastoletnich dziewcząt i chłopców w mundurach khaki i rogatywkach

Kiedy Polska staje ością w gardle

Kiedy Polska staje ością w gardle i już wiadomo, że nic dobrego nie da się zrobić, a wszelkie dobre uczynki są odbierane na opak, pojawia się bardzo trudna do przezwyciężenia, osobista potrzeba ucieczki. Stąd te obiady w Krynkach, te kawy w Tykocinie, te popołudnia nad rzeką w Ploskach. Oby nie pośród tej nienawistnej, pseudonarodowej wrzawy, oby jak najdalej od tych „za” i „przeciw”. Byle z dala od tych wszystkich mądrali, którzy wiedzą najlepiej, byle jak najdalej od miejsc, gdzie ilość osób jest niższa od ilości poglądów. Mam niespotykane szczęście być synem narodu, który wszystko wie najlepiej, na wszystko ma pogląd. Drugi Wielki Naród Mędrców.

Dość kpin. Od żółci ważniejsza jest zieleń. W „Karmazynowym poemacie” Lechoń pisał: „a wiosną niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę” (Tajna Polska ten cytat bystrze przypomina na FB). Taka też intencja przyświecała ostatniej wycieczce na północ, wycieczce służbowo-regeneracyjno-sentymentalnej. Więc najpierw droga do Lipska, przez Sokółkę i Dąbrowę Białostocką. Od tej ostatniej mam tylko dziesięć kilometrów do Lipska i czternaście do Kurianki. Jest dziesiąta rano, w sklepach wokół rynku kolejki i przedpołudniowy gwar. Poranne sprawunki, dostawy, rozmowy klientów z ekspedientkami toczone w pięknym polskim języku, bez białoruskich naleciałości. Nie wiem dlaczego, ale w Sokółce już się tak nie mówi. W Dąbrowie Białostockiej i Lipsku ludzie mówią chyba najczystszym polskim jaki słyszałem.

W Kuriance koło Lipska jest ośrodek dla osób upośledzonych umysłowo urządzony w pięknym budynku dawnej szkoły. Przeprowadzam tam wywiad z p. Krystyną, kierowniczką i trzema uczestnikami tamtejszych działań: Agnieszką, Klaudią i Krzysztofem. Ośrodek jest wyjątkowy, ponieważ uczestnicy wspólnie z personelem pracują przy renowacji budynku i poszerzaniu jego funkcjonalności. Relacje są bardzo partnerskie. Trudno się zorientować, kto jest opiekunem, a kto wychowankiem. Po wywiadach zapraszają mnie na śniadanie „na trawie”. Posiłek na świeżym powietrzu smakuje kompletnie inaczej.

Z Kurianki jadę na zachód, w kierunku Augustowa. Parę kilometrów przed miastem zza lasu wyłania się jezioro Białe. Chwila w Augustowie i już zaraz mknę na północny wschód, szosą do Sejn, pięknym sosonowo-piaszczystym lasem. W Gibach skręcam w prawo, w drogę wzdłuż jeziora Pomorze (cudowne wakacje w ośrodku Teatru Dramatycznego), w kierunku Berżnik. To krajobraz genialny. Wąska szosa kręci się wzdłuż i wszerz mniejszych i większych pagórków, zieleń przebija się jeszcze nieśmiale, rolnicy przygotowują pola do wiosennych zasiewów. W Berżnikach – jak zwykle – atmosfera dużej miejscowości zamkniętej między trzema jeziorami o kompletnie nieprawdopodobnych nazwach: na południe Iłgielk, na zachód Gajlik, na północ Pilwie. Jadę w kierunku granicy, szutrową drogą przez las. Ostatnie zabudowania – domy w środku lasu. Jeszcze kilka kilometrów i przekraczam granicę: pod podniesionym niedbale na pół wysokości szlabanem, po wyboistym, pełnym kałuż pasie granicznym. Brzmiące egzotycznie, a jednocześnie blisko i przyjaźnie nazwy miejscowości: Kalediskiai, Klepociai. I moje ulubione jezioro wśród lasów: Kaunoris Juodas. W niedoległym Kalviai jeziora ma się po obu stronach drogi i jest to widok oraz miejsce absolutnie wyjątkowe. Podróż po tym litewskim końcu świata, kiedy jeszcze rano było się w centrum śmierdzącego świata, śmierdzącej polityki, cuchnących spraw.

Dojeżdżam w końcu do Kopciowa (Kapciamestis), skręcam w lewo w drogę sto trzydzieści cztery, przejeżdżam przez Wiejsieje (Veisiejai), jadę w kierunku największego miasteczka przy granicy z Polską – Łoździei (Lazdijai). Wzruszają flagi narodowej przyozdobione kirem na dziewięćdziesięciu procentach domóstw. Zakupy – jak zwykle – gruzińska woda mineralna, sękacz, suszone ryby. Wracam systematycznie rozbieranym byłym przejściem granicznym w Ogrodnikach. Jeszcze Sejny – to grzech być tak blisko i nie odwiedzić Sejn, jeszcze trochę błądzę w okolicach Daniłowców i Jeziora Białego, jeszcze przejeżdżam Mostową w Augustowie, by jeszcze raz zerknąć na to miasto poza sezonem, jeszcze próbuje przejechać ze Sztabina do Dolistowa piękną nadbiebrzańską piaszczystą drogą i drewianym mostem. Tylko to ostanie mi się nie udaje. Jest za mokro, kałuże są za głębokie. Około szóstej jestem z powrotem.

Odpowiadam na zaległe e-maile, sprawdzam RSS-y, loguję się na FaceBooka. Jem suszone rybki, wracam do Polski.

Barolo

Po powrocie z Piemontu doszedłem do wniosku, że naród włoski jest nie do zaakceptowania pod prawie żadnym względem, za wyjątkiem rytuałów kulinarnych. Nawet polską sarmacką i anarchistyczną duszę doprowadzają do wściekłej pasji ich spóźnienia, żółwie tempo obsługi kolejek w sklepach i chaos na skrzyżowaniach. Doprawdy, ten naród to prawie że zwierzęta poprzebierane w (dobre!) garnitury.

Wszystko to jestem gotów Włochom wybaczyć, ponieważ podczas krótkiej wizyty w Piemoncie kompletnie uwiedli mnie swoim jedzeniem i piciem. I to nie tyle nawet to, co się tam je i pije, ale bardziej tym, w jaki sposób się to robi. W Cantina Terre del Barolo poczęstowano nas skromnym lunchem i absolutnie nieskromnym winem. Piliśmy dwa rodzaje klasycznego Barolo (jeden z nich to na pewno ten) i deserowe, lekko musujące Langhe Chardonnay. Posiłek spędziłem w towarzystwie producentów, więc wykorzystałem tę okazję do rozmowy o winie. Uważam, że klasyczne wina włoskie, francuskie czy reńskie są przeraźliwie nudne w porównaniu z tym, co się wyprawia za oceanem, ale i w tak zwanej Europie Środkowo-Wschodniej, ale nie chwaliłem się tymi poglądami, bo dla moich rozmówców to ich bardzo klasyczne poważne i długie Barolo to absolutna świętość. Świętość codzienna, więc obchodzą się z nią jak Dionizos przykazał: bez umiarkowania, w gwarze rozmowy, zapachu serów spożywanych bez pomocy zbędnych sztućców.