Notatki z Estremadury

5 maja 2009 r. Cáceres

Od kilku godzin jestem w Hiszpanii. Lecąc samolotem linii Iberia, patrzyłem przez okno i próbowałem w myślach zgadywać, kiedy opuściliśmy już Polskę, kiedy jesteśmy nad Niemcami, kiedy to już Francja i kiedy – Hiszpania. Niebo było bezchmurne, dlatego widziałem najpierw rozdrobnione, podzielone w wąskie paski, zielone pola polskiej wsi. Rozpoznałem też Niemcy po zacierających się granicach miast i miasteczek i gęstej sieci dróg i autostrad. Zgubiłem gdzieś Francję, za to Hiszpania nie mogła mi umknąć. Z wysokości lecącego samolotu Hiszpania wygląda jak jej narodowa flaga. Ni stąd, ni zowąd pojawiają się kolory, do których nie jesteś przyzwyczajony, szczególnie wiosną. Pojawia się żółć, czerń i czerwień spalonej ziemi.

6 maja 2009 r. gdzieś po drodze

Wracamy z Méridy. Przemierzamy krajobraz, który pod względem melancholii i przewidywalności przypomina Podlasie. Ten region Hiszpanii jest z jednej strony egzotyczny, a z drugiej strony – w jakiś szczególny sposób bliski. Być może dlatego, że Podlasie również jest krainą egzotyczną?

Po obu strony autostrady po sam horyzont widzę drzewka oliwkowe. Wywierają taki sam efekt, jak uprawy winorośli: wprowadzają element wielowiekowej kultury. Ktoś tu nawet powiedział, że tutejsze sady oliwne mogą mieć nawet 2 tysiące lat! Lekko górzysty teren, w którym jedynym zielonym elementem są te drzewka oliwkowe, rosnące na spłowiałej, rdzawo, żółtej ziemi. Tu i ówdzie wyrastają potężna piaskowce. Gdzieniegdzie zamki lub ich ruiny, pamiętające czasy Cesarstwa.

Tutejsza ludność przyjmuje zachodnioeuropejskie wzorce dystansu, obyczajów i konwenansów. Unia Europejska pełną parą, szczególnie w miastach. Widać jednak jeszcze oznaki prawdziwej estramadurskiej obyczajowości, iberyjskiego temperamentu.

Tutejsi ludzie posiadają ogromne umiejętności interpersonalne. Patrzenie na to, jak sobie radzą występując publicznie, budzi ogromny respekt. Widać, że mówienie do ludzi i słuchanie innych, jest tutaj umiejętnością nabytą bardzo wcześnie. W tej kulturze człowiek rodzi się we wspólnocie i nie zrywa z nią aż do śmierci, gdzie rozmowa jest naturalną czynnością społeczną, a sztuka dojścia do głosu w wielodzietnej rodzinie jest tym, co umiejętność wiązania sznurowadeł.

kilka tygodni po powrocie, już w Białymstoku

Długie zbieranie się, aby coś o tym wyjeździe napisać. Pewnie dlatego, że z jednej strony okoliczności instytucjonalne wyjazdu sprawiły, że nie polegało ono na tym, co najbardziej lubię: bezcelowym szwędaniu się z miejsca na miejsce, oglądaniu tych samych skwerów, placów i ulic z różnych stron o różnych porach dnia, próbowaniu obserwacji uczestniczącej w straszących przybyszów barach i knajpach. Perspektywa była nieco bardziej skomplikowana, bowiem na tle gorącej, pomarańczowo-zielono-popierto-czarnej Hiszpanii miałem kwiat podlaskiego samorządu. Więc dwa w jednym. To drugie równie ciekawe co pierwsze, wymagające odrębnego potraktowania, przy innej okazji. Tutaj ma być o Hiszpanii.

Cudownie nudne i przewidywalne krajobrazy, kiedy jedzie się autostradą z miasta i miasta. Pagórki, po horyzont spalona, sucha ziemia i drzewa oliwkowe. Setki, tysiące bocianów na starożytnych zamkach i warowniach. Miasta o wiele bardziej przyjazne: zielone, wilgotne, przyjazne. Cáceres to niewielkie, dziewięćdziesięciotysięczne starożytne miasto, założone na 30 lat po śmierci Chrystusa. Miasto z pięknym zamkiem i starym miastem, ogromnym parkiem biegnącym z centrum do samych granic.. Na głównym pasażu biegnącym do zamku, kiedy się idzie tamtędy w nocy, do głowy uderza gorący i ciężki zapach roślin.

Ostatniego dnia wybieram się na Stare Miasto robić zdjęcia. Choć jest dopiero popołudnie, na głównym placu są już setki młodych ludzi. Piją wino z colą i lodem z plastikowych kubków, siedząc na schodach grają na bębnach i gitarach. Przed nimi roznegliżowany facet tańczy jakiś trudny do określenia taniec, taniec, którego nie da się nazwać, ale w którym jest bardzo dużo zaangażowania i namiętności. Kiedy siadam w pobliżu na schodach, ze swoją porcją tego wina z lodem i colą, natychmiast pojawiają się ludzie, gotowi rozmawiać o tym, skąd jestem, co tu robię i czy będę na koncercie wieczorem.

Wieczorem jest koncert, na który urywam się z uroczystej kolacji w najlepszej ponoć knajpie w mieście, kilka kroków od tego placu. Tłum faluje, na scenie jakaś afrykańska ekipa śpiewa interaktywne piosenki reggae. Wszyscy, bez wyjątku, powtarzają gesty młodej czarnoskórej, bosej dziewczyny w kolorowej spódnicy. Wracamy mijając rozentuzjazmowany tłum. Jest w pół do drugiej w nocy. Kiedy wyjeżdżamy następnego dnia o 4 rano na lotnisko w Madrycie, zabawa trwa na dobre.

Tutaj znajdują się zdjęcia, które zrobiłem podczas tego wyjazdu.

6 czerwca 2009 r. Do całej gamy pozytywności wywiezionych z Estremadury zapomniałem dodać jeszcze jeden sukces wręcz ogromny. Zabrałem tam ze sobą wiersze Lorki, raczej z poczucia jakiejś wewnętrznej powinności, niż dlatego, iżbym wierzył, że uda mi się go zrozumieć i złapać rytm tych wierszy. Jakże byłem zaskoczony gdy okazało się, że w tamtym gorącym kraju czyta się Lorkę z niesłychanym wręcz rozumieniem!

Koper, żmija i półcień

Ślad, aromat i trzcina.

Ziemia, wiatr i samotność.

(O niebo wsparta drabina)

Tak brzmi po polsku „Nokturn schematyczny”, a tak, w oryginale „Nocturno esquemático”

Hinojo, serpiente y junco.
Aroma, rastro y penumbra.
Aire, tierra y soledad.

(La escala llega a la luna.)

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s