Esej eklektyczny i nieukończony – O wstydzie i lekkości: jeżozwierze, Okrągły Stół i cywilizacja „Przekroju”

Postanowiłem umieścić tutaj esej, który miał być w tym roku wygłoszony na Otrycie. Niestety, dotarłem tam za późno, kiedy było już po wszystkim. Nie znalazłem w sobie jak do tej pory siły, aby go skończyć, dopracować, ulepszyć. W sensie przenośnym i dosłownym, pozostawiam go w związku z tym w formie eklektycznej i nieukończonej.

Największy wstyd gdy go nie ma”

dscf2035Tytułowy wstyd związany jest z postacią, której dwóchsetlecie przyjścia na świat właśnie obchodzimy. 12 lutego 1809 roku w angielskim mieście Shrewsbury przychodzi na świat Karol Darwin. Po zakończeniu trwającej pięć lat podróży dookoła świata na słynnym okręcie Beagle (1831-1836), w 1944 roku wykrystalizować się miały ostatecznie poglądy Darwina na rozwój i zróżnicowanie świata przyrody, znane obecnie pod nazwą teorii ewolucji. Choć sama ogólna teoria ewolucji nie została nigdy ostatecznie potwierdzona (nie uzasadniono empirycznie wielu międzygatunkowych ogniw pośrednich), to potwierdzeń podstawowego dla niej mechanizmu doboru naturalnego mamy bez liku.

Znamy zatem mechanizm kierujący zmianą wewnątrz dowolnej żywej populacji – jest nim mechanizm selekcji naturalnej, eliminujący osobniki o skrajnych intensywnościach cech w celu osiągnięcia przez system stabilizacji.

Trudno określić jednoznacznie związki pomiędzy Arturem Schopenhauerem a teorią ewolucji. Na pewno znał się natomiast autor „Świata jako woli i przedstawienia” na jeżozwierzach. A stąd już blisko do wstydu. W tomie pierwszym ostatniego dzieła Schopenhauera „W poszukiwaniu mądrości życia” zatytułowanego „Parerga i Paralipomena”  znajdujemy błyskotliwe spostrzeżenia z życia ssaków z rodziny Hystricidae.

Pewna rodzina jeżozwierzy skupiła się w zimowy dzień możliwie blisko siebie, aby wzajemnym ciepłem uchronić się przed zamarznięciem. Wkrótce jednak odczuły nawzajem swoje igły, co je znowu od siebie oddaliło. Kiedy potrzeba ogrzania się zbliżyła je znowu, powtórzyło się to drugie zło, tak że szarpało je między sobą jedno i drugie cierpienie, póki nie odnalazły umiarkowanej odległości, w której najlepiej mogły znieść jedno i drugie.

 …. a dalej Schopenhauer przenosi te spostrzeżenia na świat ludzki, pisząc:

 W ten sam sposób potrzeba towarzystwa, wyrastająca z pustki i monotonii własnego wnętrza, spędza ludzi razem, a ich liczne odstręczające właściwości i nieznośne wady znowu ich od siebie odpychają. Średnią odległością, jaką w końcu odnajdują i przy której może istnieć współżycie, są uprzejmość i dobre obyczaje.

dscf2037To dobrze, że dostajemy od Schopenhauera tak płynną korespondencję pomiędzy światem zwierząt i ludzi. To go na pewno łączy z Darwinem. W prostym modelu opartym na zjawisku zbliżania i oddalania mamy wyjaśnienie wielu różnych zachowań sensu stricte ludzkich: przyjaźni, wspólnotowości i indywidualizmu, wreszcie dobrych obyczajów i kultury.

Jestem głupi, co oni sobie o mnie pomyślą, mówi ten, u którego występuje zespół zarówno somatycznych reakcji organizmu, takich jak na przykład rumieniec, jak i zespołem działań, takich jak ucieczka lub ukrycie. Zespół ten nazywamy wstydem i odpowiada on momentowi, w którym jeżozwierze dochodzą do wniosku, że igły pozostałych są niebezpiecznie blisko i postanawiają się oddalić.

Wstyd jeżozwierza polega na tym, że jednocześnie: a)  obawia się, że igły innych jeżozwierzy mogą go zranić; b) obawia się, że jego własne igły mogą zranić inne jeżozwierze.

Jednocześnie jeżozwierz nie jest w stanie zrozumieć, że powód jego wstydu, te nieszczęsne igły, są powodem wstydu pozostałych jeżozwierzy. Dlatego się cofa, dlatego też cofają się pozostałe jeżozwierze.

dscf2049Człowiek nie jest wiele mądrzejszy od tych sympatycznych gryzoni. Wstydzimy się nagości, niekompetencji, opinii innych, obawiając się, że nasza nagość, głupota i inne ułomności sprawią innym krzywdę. Pozostali uważają podobnie, oddalamy się więc od siebie na tyle, by sobie wzajemnie nie wadzić.

Na poziomie wspólnoty wygląda to bardzo podobnie. Codziennie dokonujemy setek trudnych decyzji opierających się na klasycznym dylemacie więźnia, który jest odpowiednikiem dylematu jeżozwierza tym się tylko różniącym, że zmiana, której dokonuje więzień ma charakter skokowy, zerojedynkowy, zaś działanie jeżozwierza jest pozbawione dyskretności.

Jednak powtarzana wielokrotnie decyzja: egoizm czy kooperacja?, czy też, innymi słowy, indywidualizm czy wspólnota? staje się w końcu ewolucyjnym mechanizmem opartym na darwinowskim prawie selekcji naturalnej. Skrajne postawy są eliminowane. Ci, którzy dźgają innych swoimi kolcami (wspólnotowcy) są niepożądani tak samo, jak i ci, którzy nie kwapią się do podzielenia się swoim ciepłem z grupą (egoiści). Poruszaniem się w jednym lub drugim kierunku rządzi zarysowana powyżej zasada wstydu.

 Okrągły Stół

O wstydzie pomyślałem w związku z inną ważną rocznicą, która obecnie obchodzimy. Dwadzieścia lat temu, 6 lutego 1989 roku, rozpoczęły się w Polsce obrady Okrągłego Stołu. Kilka miesięcy wcześniej, we wrześniu 1988 roku zorganizowano w podwarszawskiej Magdalence nieoficjalne rozmowy mające na celu przygotowanie przyszłych obrad opozycji i strony rządowej. Rozmowy te toczyły się równolegle z oficjalnymi okrągłostołowymi obradami.

dscf2054Dwudziestą rocznicę obrad Okrągłego Stołu poprzedziły długotrwałe debaty nad jednym z jego najważniejszych uczestników. 23 czerwca ukazuje się książka „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” autorstwa Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka. Autorzy dowodzą, że pod koniec grudnia 1970 roku młody gdański robotnik Lech Wałęsa podejmuje współpracę z bezpieką, którą przerywa po sześciu latach. W tym okresie udokumentowano kilkadziesiąt donosów agenta o pseudonimie Bolek, najczęściej dotyczących spraw o drugorzędnym znaczeniu.

Teza autorów książki jest dobrze udokumentowana. Nawet najwięksi obrońcy Lecha Wałęsy, na czele z samym zainteresowanym, nie negują jej wprost, podnosząc w zamian górnolotnie brzmiące argumenty o wielkiej pozytywnej roli, jaką przywódca Solidarności odegrał w wyzwoleniu Polski spod komunizmu. Atmosfera jest napięta, pełna wewnętrznego napięcia, ciężka. Najwyraźniej Polacy nie są w stanie poradzić sobie ze skazą na życiorysie bohatera.

A przecież można inaczej. 12 października 2008 roku czeski dziennik „Respekt” w artykule Adama Hradilka i Petra Třešňáka pod tytułem „Udání Milana Kundery” zarzucił Milanowi Kunderze, że w 1950 r. wydał komunistycznej bezpiece przyjaciela swojej koleżanki, którego skazano potem na 22 lata ciężkich robót. Pisarz zaprzecza.

Porównajmy oba przypadki pod względem ich ciężaru gatunkowego. Wałęsa podpisuje cyrograf po to, aby mieć święty spokój. Jest rok 1970, kończy się era Gomułki, rozpoczyna – liberalna i wspominana do dziś przez wielu Polaków z rozrzewnieniem – epoka Gierka. Lech Wałęsa zdaje mało znaczące sprawozdania z nastrojów załogi Stoczni Gdańskiej. Nikt z tego powodu nie idzie do więzienia, nikt nie cierpi. Po kilku latach zrywa współpracę, by następnie stanąć na czele wielkiego społecznego ruchu, przyczyniając się wybitnie do rozbicia Bloku Sowieckiego. Zwolennicy tezy, iż Wałęsa był Bolkiem, za wszelką cenę chcą dowieść, że epizod ten jest niezmywalną plamą na życiorysie późniejszego prezydenta. Z kolei obrońcy Wałęsy, z uporem godnym większej sprawy, w obliczu trudność z zaprzeczeniem tezy o agenturalnej przeszłości tegoż, odmawiają historykom mówienia o tej sprawie, jak gdyby badania historyków mogły w jakiś sposób uchybić wielkości Lecha Wałęsy.

dscf2060Jest więc dla Polaków Wałęsa bądź to podłym agentem, którego należy potępić, bądź nieskalaną postacią, której należy się cześć niezależnie od głupot, które w przeszłości powiedział lub zrobił, niezależnie od posiadanych przez niego słabostek.

Jak natomiast poradzili sobie z podobnym problemem Czesi? Wszak Milan Kundera to również żyjąca legenda, postać rozpoznawalna i poważana na całym świecie w stopniu podobnym do Wałęsy. Oddajmy głos ostatniemu prezydentowi Czechosłowacji i pierwszemu prezydentowi Republiki Czeskiej Wáclavowi Hawlowi. Ze sceptyzmem podchodzi on do doniesień o donosie Kundery na kolegę, przez który spędził on 22 lata na ciężkich robotach, a dalej pisze:

To wszystko mówię na wypadek, że się stało to, co młodzi historycy przypuszczają. Ja sam mam od początku dość dowodów do przypuszczeń, że Milan Kundera nie poszedł na posterunek bezpieki i nie opowiedział, że ktoś mu powiedział, że temu komuś ktoś coś tam powiedział, że tam a tam przyjdzie szpieg odebrać paczkę. Myślę, że tak głupio to się nie zdarzyło i zdarzyć nie mogło

Na koniec Hável daje historykom oraz Kunderze po radzie:

1. Młodzi historycy, proszę, bądźcie przy ocenie działań ludzkich bardzo ostrożni. Inaczej w dobrej wierze uczynicie więcej szkody niż pożytku. (…) 2. Milanie, bądź ponad to. Człowieka na jego drodze spotykają gorsze rzeczy w życiu.

 Nie doszukujmy się w jednej czy drugiej sprawie tak zwanej prawdy historycznej. Z punktu widzenia aktualnych spraw, najważniejsze jest, by zwrócić uwagę na fundamentalną różnicę, z jaką potraktowano obie sprawy. Mroczną, stalinowską historię zakończoną wieloletnimi cierpieniami potrafili Czesi potraktować z lekkością, żartem i wyrozumiałością. Dzięki temu potrafią w ogóle o tym mówić.

W przeciwieństwie do Polaków. Rocznica Okrągłego Stołu, którą właśnie w kraju obchodzimy, jest tego wspaniałym dowodem. Jedni uważają, że porozumienie okrągłostołowe było ewidentną zdradą, a picie wódki z komunistami w Magdalence czymś absolutnie niedopuszczalnym i gorszącym. Z kolei dla tych, którzy uważają Okrągły Stół za wielki historyczny kompromis, dzięki któremu uniknęliśmy długotrwałej stagnacji gospodarczej kraju bądź rozlewu polskiej krwi, ktokolwiek doszukujący się drzazg w Okrągłym Stole jest bądź to szaleńcem, obsesyjnym poszukiwaczem teorii spiskowych, bądź zwykłym niewdzięcznikiem.

Środowisko Krytyki Politycznej, ustami Macieja Gduli zwracające niedawno uwagę na trudny do podważenia fakt, iż środowiska solidarnościowe były ruchem z natury robotniczym, mogą się czuć zawiedzione ustrojem, który zbudowano w Polsce po roku 1989, spotkały się z gwałtowną i wrogą reakcją przedstawicieli sił, które wynegocjowały okrągłostołowe porozumienia. Okazuje się więc, że nawet liberałowie są czasami skłonni do zawężania obszaru publicznej debaty i tematów, o których można mówić, a o którym należy się nabożne milczenie.

Takimi ciężkostrawnymi tematami są w Polsce Lech Wałęsa i Okrągły Stół. Zbliżenie się do nich w publicznej debacie, ale również w codziennych dyskusjach, grozi gwałtownym rozjątrzeniem i popsuciem atmosfery. Grozi tą kłopotliwą polską ciężkością.

 

Czy potrafimy się unieść?

Kategorie lekkości i ciężkości mogą służyć jako bardzo uniwersalne narzędzia poznawcze na wielu poziomach historycznej, psychologicznej czy socjologicznej analizy. Na osi lekkość-ciężkość zbudowana jest nie tylko psychologiczna konstrukcja jeżozwierza i człowieka, ale również tworzenie się i trwanie wszelkiej wspólnoty.

dscf20541Nie jest to odkrywanie Ameryki. Wspomniany tutaj Milan Kundera na oparł na tej dychotomii swoją najsłynniejszą powieść „Nieznośna lekkość bytu”. Kundera uważa za nieprzezwyciężalne napięcie związane z niemożliwym do pogodzenia problemem wyboru między naporem ciężkości a niepokojącą beztroską lekkości.

Dla celów niniejszego wywodu spróbujmy jednak zrezygnować z ciężaru jako jednego z skrajów owej dychotomii. W przeciwieństwie do Kundery, i nieco wbrew naturalistycznemu rozumieniu tych pojęć, proponuję zastanowić się nad samą lekkością jako kategorią psycho społeczną. Ciężkość rozpatrywać można po prostu jako brak lekkości, choć fizycy widzieliby to zapewne na odwrót.

Uznajmy ową lekkość bytu, o której pisał Kundera nie jako nieznośną, lecz pożądaną. Bo Polakom właśnie jej najbardziej teraz brakuje.

Czym jest więc lekkość w tym rozumieniu? Można się tu posłużyć przykładem, który związany jest z moimi wielokrotnymi wyprawami na Otryt. Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego po wejściu na Górę czuję się o wiele bardziej wypoczęty i lekki, niż po zejściu z góry i powrocie od Białegostoku. W pierwszym i drugim przypadku mam za sobą długotrwałą podróż, z tym jednak wyjątkiem, że podróż tutaj jest okupiona wejściem na szczyt z pełnym plecakiem. Nie o fizyczną lekkość więc tu chodzi.

Przykłady ze świata sugerowałyby, że lekkość utożsamiać można z taką lub inną opcją światopoglądową. Tym również lekkość nie jest. Jest to kategoria usytuowana ponad ideologicznymi opozycjami. Mówiąc wprost, postawy lekkości znaleźć można i po lewej i po prawej stronie sceny politycznej, i u konserwatystów, i u liberałów. Choć, oczywiście, polityczna poprawność, przejawiająca się ostatnio w Polsce społecznym naciskiem na piętnowanie kaczyzmu połączonym z nadawaniem wszystkiemu, co na prawo od Gazety Wyborczej stygmatu niepoczytalności, sprawia, że zdrowy rozsądek każe poszukiwać jej po stronie politycznego liberalizmu i lewicy. Świetnie zjawisko to uosabia postać pana Wiesława z powieści Marcina Świetlickiego pod tytułem 11. Chyba właśnie za tę postać mało rozgarniętego, ale za to bardzo wyzwolonego i postępowego chłoptasia o gejowskiej powierzchowności, Krytyka Polityczna oskarżyła Świetlickiego o filisterstwo. Z drugiej strony, prawicowy piosenkarz Schmaletz z żalem głosie śpiewa, iż „nie ma fajnych lasek na prawicy”.

 Cywilizacja „Przekroju”

O tym, że lekkość jest kategorią wyższą od politycznych podziałów i ustrojów, może świadczyć historia tygodnika „Przekrój”, opisana w książce „Cywilizacja <Przekroju>. Misja obyczajowa w magazynie ilustrowanym”. Choć nie jest to główną tezą autorki, to między wierszami widać wyraźnie paradoksalną sytuację periodyku w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, nie związanego oficjalną ideologią, potrafiącego, dzięki wyjątkowo „lekkiej” postaci ówczesnego redaktora naczelnego Mariana Elegio. Tygodnika, który w skrajnie upolitycznionych czasach, nie mógł być uznany za propozycję polityczną, jednocześnie pełniącego ważną misję. Misję nie polityczną, ale kulturową lub, jak chce Jaworska, cywilizacyjną.

dscf2105Łatwo Przekrojowi, zarówno ówczesnemu, jak i obecnemu, zarzucić powierzchowność, popularny charakter, brak powagi. Ale czy tygodnik musi być poważny? Czy owa powierzchowność, owa lekkość, nie może stanowić wartości?

Przyjacielem obecnego redaktora naczelnego Przekroju, Piotra Najsztuba, jest równie znakomity dziennikarz Jacek Żakowski. Obaj prowadzili długo jedne z pierwszych w polskiej telewizji telewizyjne show. Nietrudno zauważyć, że podstawową różnicą dzielącą tych dwóch panów jest właśnie owa lekkość. Obaj mają podobne poglądy polityczne, wywodzą się z podobnych środowisk. U Żakowskiego widać jednak ów polski ciężar, jak gdyby problemy, o których pisze, chciał on lub musiał nosić na własnych plecach. U Najsztuba tego nie widać.

…na tym udało mi się skończyć. Końcówka, podsumowanie i wnioski miały przyjść podczas podróży. Nieoczekiwanie, więcej myślałem podczas podróży powrotnej. Smutnej, pomimo pięknych krajobrazów. Traktuję te swoje rozważania o lekkości jako asumpt do dalszych myśli. Ze wszystkiego, co nas spotyka, należy starać się wydobywać to, co może ubogacić. Chociaż strata i smutek są wielkie jak świat i nigdy się nie skończą. 

Reklamy

2 komentarze do “Esej eklektyczny i nieukończony – O wstydzie i lekkości: jeżozwierze, Okrągły Stół i cywilizacja „Przekroju”

  1. Szkoda, że nie udało się dokończyć eseju. Byłem ciekaw podsumowania. Mała uwaga – Piotr Najsztub już od dawna nie jest naczelnym Przekroju. Jest nim Jacek Kowalczyk. Najsztub przeprowadzą jednak ciągle wywiady dla tygodnika, co sobie bardzo chwalę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s