Godowe

Dzień zaczyna się przed ósmą rano, a kończy w połowie trzeciej po południu. Pozostaje siedem godzin światła w dwudziestoczterogodzinnej dobie. Oznacza to, ni mniej, ni więcej, dwie trzecie części doby pogrążone w ciemnościach. Kiedy w dodatku jest tak szaro i deszczowo jak dzisiaj, nawet rytualny niedzielny spacer trzeba sobie darować.

Mamy przesilenie zimowe, Słońce górowało dzisiaj najwyżej jak potrafiło – w zwrotniku Koziorożca – i odtąd z dnia na dzień dnia będzie go coraz więcej. Ponoć zbliżające się Święta Bożego Narodzenia to nic innego, jak współczesna forma pogańskich Świąt Godowych. Tak były nazywane przez Słowian. Rzymianie mieli Saturalia, Persowie czycili w tym czasie Mitrę, a Germanie obchodzili Jul. Strojenie drzewek to zwyczaj pogański, podobnie jak ogólne nicnierobienie rozpoczynające się od teraz i trwające do święta Trzech Króli to nic innego, jak zastąpione chrześcijańską symboliką pogańskie Święto Zimowego Staniasłońca.

Cóż, każda okazja, aby spotkać się z bliskimi, pobiesiadować i odpocząć od codziennych obowiązków jest dobra. Skoro tradycja powstrzymywania się od roboty, napychania sobie brzuchów, rytualnego pogodzenia i bliźnimi i odpuszczenia win jest uniwersalna, bo głęboko przedchrześcijańska, to najprawdopodobniej istnieje bardzo racjonalne wytłumaczenie funkcji tego corocznego zamieszania. Podejrzewam (choć węszę tutaj wpływ przedawkowania Housem M.D) przyczyny somatyczne. Chodzi o brak światła. Nie potrafilibyśmy znieść deficytu promieni słonecznych, wywołujących zniechęcenie, agresję i przygnębienie, gdyby nie ten Godowy rytuał ciągnący się od teraz, przez okres noworoczny i karnawał. Niedobór endorfin dostarczanych przez słońce zastępujemy krótkotrwałymi i doraźnymi przyjemnościami picia, jedzenia i win odpuszczania.

Po raz kolejny okazuje się, że coś na pozór pozbawione racjonalnego uzasadnienia, uzyskuje spójne i trwałe uzasadnienie i uciekający pod naporem dezorientacji chaosem faktów porządek wraca na swoje zasłużone miejsce. To zupełnie tak jak w smutnym żywocie wzmiankowanego przez Pawła Jasienicę  w „Rozważaniach o wojnie domowej„, Nicolasa  Sébastiena Chamforta. Ten gorący zwolennik Rewolucji Francuskiej najpierw krzyczał Bądź moim bratem albo cię zabiję, by następnie nieudolnie targnąć się na własne życie. Spójność poglądów z praktyką została zachowana, rzeczywistość przyszła z pomocą logice – na skutek zadanych sobie okaleczeń Chamfort w końcu wyzionął ducha.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s