Posts Tagged ‘święta’
Hipnotyczna pasterka
Bożonarodzeniowe śpiewanie kolęd w dominikańskim kościele św. Jacka na Freta w Warszawie obfitowało w elementy hipnotyzujące. Wśród najważniejszych elementów determinujących osiągany przez uczestników pasterki magiczny nastrój wymienić należy:
- późną porę odbywanej uroczystości, która połączona ze znacznym zmęczeniem obecnych (tydzień biegania po sklepach, stres wigilijnych życzeń, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu) wywołała efekt znany górskim wędrowcom po dotarciu na szczyt.
- duże skupienie znacznej ilości osób na małej przestrzeni; nieprzywykli do bliskich kontaktów fizycznych z nieznajomymi, nową sytuację uznajemy za nietypową, ale w wyjątkowych sytuacjach nie traktujemy jej jako opresywnej, ale stymulującą.
- mantryczny charakter bożonarodzeniowych pieśni; są one najczęściej skonstruowane według powtarzających się wielokrotnie dwuwersów, co – z jednej strony – sprzyja uczestniczeniu w śpiewach dużej liczby uczestników – z drugiej zaś – wywołuje efekt transu.
- oszałamiający efekt podręcznych dzwonków i dzwoneczków przyniesionych przez uczestników rytuału; jednolity hałas oparty na dźwiękach o wysokich częstotliwościach jest powszechnie stosowanym sposobem wywoływania odmiennych stanów świadomości. We wczorajszym dzwonkowym hałasowaniu uczestniczyła większość obecnych.
- szczególny miks zapachowy, na który składały się: zapach wyjątkowo obficie palonego kadzidła, wonie dawno nie wyjmowanych z szaf futer z norką żywioną naftaliną, wielu perfum zróżnicowanych pod względem ceny oraz jakości, wyziewy trawionych karpi, niedokładnie pogryzionych opłatków spod języków, pierogów pływających w żołądkach wypełnionych barszczykiem.
Należy tu zaznaczyć, że powyższe spostrzeżenia, wyrażone w dosłownym i technicznym języku, pomijają z konieczności całość duchowego wymiaru tego wydarzenia, nie oddając szczególnego religijnego klimatu, które dla przeżywających głęboko Święta nie mogło nie pozostać bez znaczenia (przyp. red.)
Przedświątecznie
Kiedy już umiejętnie zracjonalizuje się ten dziwaczny okres przymusowego nicnierobienia, da się za pomocą socjologicznych narzędzi socjologii rozumiejącej i obserwacji uczestniczącej ująć wiele z pozoru dziwacznych zachowań w racjonalne ramy pojęciowe.
Oto moje miasto wkroczyło na etap modernizacji dojrzałej, czego najdoskonalszym przejawem jest brak kolejek w licznych kasach wielu hipermarketów. Kasandryczni prorocy ostatecznego upadku wszelkich wyższych wartości, którzy w związku z budową w tym mieście sklepów spożywczych i wyasfaltowanych ulic ze zgrozą opisywali jeszcze niedawno gadzie instynkty uruchamiane w zatłoczonych sklepach, powinni spać spokojnie. Moje dzisiejsze, przedświąteczne zakupy przebiegały w iście sielankowej, pobożnej i spokojnej atmosferze. Znudzone małym ruchem kasjerki ukradkiem poziewywały do rękawów stylowych korporacyjnych wdzianek, zaś konsumenci na hali pomagali sobie w dotarciu do poszczególnych działów. Mleko jest w alei numer trzydzieści osiem, nieopodal stoiska z żywym karpiem, natomiast karp wypatroszony jest po przeciwnej stronie hali.
Nigdzie nie widać przedświątecznej gorączki, nigdzie w gruncie rzeczy nie widać nadchodzących świąt. Rytuał tak spowszechniał, że przestaliśmy go dostrzegać. Tak jak przestaje się dostrzegać swoich dawnych znajomych czy studentów, szczególnie kiedy pojawiają się w nietypowym kontekście. Tak jak dzisiaj, kiedy próbując znaleźć w samoobsługowej aptece lek bez recepty, miłą doradczynią, ubraną – fachowo – w farmaceutyczny kitel, okazała się studentka prawa. Kiedy, po otrzymaniu wskazówek, znalazłem poszukiwany lek i czekałem na swoją kolej przy kasie, zastanawiałem się, czy prawnicy, z wdrukowywanymi im określonymi algorytmami rozwiązywania problemów, przekonywania do swoich racji, byliby osobami, którym mógłbym powierzyć swoje zdrowie. Na szczęście, dziewczyna spotkana w tej aptece albo jeszcze w sobie tych algorytmów nie przyswoiła, albo je wyjątkowo umiejętnie i z korzyścią dla otoczenia, nie ujawnia.
No i jeszcze kawa w Odeonie z dwoma miłymi koleżankami z liceum. Grudniowe święta w Białymstoku to od kilku lat jeden z dwóch w roku okresów warszawsko-londyńsko-dublińskiej inwazji. I choć dzisiaj w knajpie było całkiem pusto, to gotów jestem dać głowę, że od jutra wieczór wszystkie stoliki w mieście zapełnią się byłymi Białostoczanami wracającymi na kilka dni do domu. Nastąpi gwałtowne wydłużenie nocy, spożycia na głowę, a na Lipowej i okolicach będzie można zobaczyć, w co będą się ubierać mieszkańcy tego miasta za pół roku lub rok.
Dlaczego nie lubię świąt
Obchodzenie świąt Bożego Narodzenia musi mieć pozytywny wpływ na ludzkie zdrowie, skoro istnieje pozytywna korelacja pomiędzy ilością obchodzonych świąt a dożywanym wiekiem…. To oczywiście gorzki żart, bo w rzeczywistości święta to – jak pokazują badania psychologów – jedno z najbardziej stresujących wydarzeń w ciągu całego roku. Tak, te zbliżające się „krok po kroczku, najpiękniejsze w całym roczku” święta to w rzeczy samej najpierw gorączkowe zakupy okupione godzinami spędzonymi w ulicznych korkach i kolejkach do kas w supermarketach. Rwanie włosów z głowy: co podarować osobie, z którą widuję się raz do roku, właściwie tylko przy okazji świąt. No, chyba że wypadnie w międzyczasie jakiś pogrzeb…. Wydawanie pożyczonych na lichwiarski procent pieniędzy, które trzeba potem przez pół roku spłacać. Przygotowywanie „tradycyjnych” trzynastu potraw, których potem nie ma jak zjeść. Aż wreszcie wieczór wigilijny, kiedy trzeba spotkać się i składać życzenia ludziom, z którymi łączą nas często tylko więzy krwi i nic więcej. Próby „personalizowania” życzeń zazwyczaj kończące się sztampowym „Wszystkiego najlepszego, dużo szczęścia i pomyślności”. Babci i dziadkowi wypada dodatkowo życzyć zdrowia, młodszej siostrze sukcesów w nauce, a pracującym „pieniążków” (swoją drogą, dlaczego w Polsce nie mówi się już po prostu „pieniądze”, tylko na każdym kroku słyszy się o „pieniążkach”?). No i te nieszczęsne prezenty: zazwyczaj rzeczy nam całkowicie niepotrzebne, bardzo często utrwalające zaś role społeczne, w jakie nas „wdrukowano” (w moim przypadku w tym roku: czerwone wino i sto złotych polskich). Dziadek dostaje ciepłe kapcie, babcia – termofor, kobieta – kosmetyki, mężczyzna – piankę do golenia…
Po wigilii chodzi się na pasterkę, a około godziny-dwóch po północy osiedlowe sklepy nocne przeżywają oblężenie rodaków, którzy pomimo późnej pory cierpliwie czekają na swoją kolej, by w końcu, dostawszy się do kasy, oznajmić sakramentalne „zero pół”. Od tego momentu rozpoczyna się dwudniowy alkoholowy maraton – dyscyplina, w której Polacy są bezapelacyjnymi mistrzami świata. Po tych dwóch dniach nieumiarkowania w jedzeniu i piciu przez kolejny tydzień trzeźwiejemy, przygotowując nasze żołądki do kolejnej, tym razem sylwestrowej, próby.
Istnieje w Polakach coś w rodzaju narodowej schizofrenii. Z jednej strony święta to czas wyjątkowy i na pozór piękny. Przyozdabiamy nasze mieszkania i domy, śpiewamy kolędy, uśmiechamy się do siebie i życzymy wszystkiego najlepszego. Z drugiej strony boimy się tych dni, a kiedy już nadchodzą, są poważnym stresem i prawdziwym sprawdzianem naszej cierpliwości i mocnych nerwów. Być może dlatego mamy taką skłonność do obfitego przemywania naszych strudzonych i nadwyrężonych dusz alkoholem?
Święta są w Polsce również okresem, w którym bardziej niż przy jakiejkolwiek innej okazji ujawnia powszechny wśród moich rodaków brak jakiegokolwiek poczucia estetyki. Miasta zamieniają się w błyskające dyskoteki, parapety okupują wspinający się po świecących drabinach Mikołaje a ogrodowe krasnale ubierają perwersyjne czerwone kapelusze z upiornie dzwoniącymi na wietrze dzwonkami. W radio didżeje zapętlają „Last Christmas”, a tradycjonalistycznemu narodowi jakoś nie przeszkadza, że śpiewa tę piosenkę zdeklarowany homoseksualista, załatwiający swoje seksualne potrzeby w publicznych toaletach. Jeszcze gorzej jest ze świątecznymi życzeniami: „Niech łaska Boża w te choć mroźne to gorące żarem ludzkich serc dni spłynie na Ciebie i Twoją rodzinę, a dzieciątko Jezus narodzone w lichej betlejemskiej chacie wniesie do Twojego serca radość i szczęście jak ci trzej królowie, którzy idąc za Gwiazdą Betlejemską złożyli Nowo Narodzonemu mirrę, kadzidło i złoto itd…. Horror!
W Polsce świąt nie można nie obchodzić. Są rodzajem zrytualizowanej dobroci, dobroci wymuszonej obyczajem. Są formą społecznej przemocy na jednostce i jak w odniesieniu do każdego przejawu przemocy, należy się jej sprzeciwiać, choć zdaję sobie sprawę, że to walka z wiatrakami.
Myślę też, że najlepszym argumentem przeciwko świętom, jest ta upiorna piosenka i teledysk do niej, który umieszczam zgodnie z wieloletnią tradycją życząc wszystkim wszelkich pomyślności.
