Posts Tagged ‘spacer’
Kołodziejska
Mróz nieco zelżał, więc można sobie pozwolić na spacer od czasu do czasu. Odkryłem nową ulicę, którą dodaję do białostockiego ulicznego the best of. Ulica Kołodziejska przecina dwa ważne trakty przelotowe miasta: ulicę Ciołkowskiego oraz Czesława Miłosza. Zdaje się, że niedługo zostanie przecięta kolejną arterią, przechodzącą obecną, ślepo zakończoną, ulicą Pod Krzywą. Dobrze jest się przejść Kołodziejską, by przekonać się o zmianach zachodzących ostatnio w mieście. Zacząć należy od brzydkiego kościoła pod wezwaniem Chrystusa Króla na rogu Ciołkowskiego i Niedźwiedziej.
Sama ulica pod względem architektury stanowi bardzo charakterystyczne dla tej części miasta przemieszanie starej zabudowy drewnianej z betonowymi, gierkowskimi klockami mieszkalnymi. Można tam znaleć parę perełek. Pierwsza, to mały podmurowywany budynek na roku Kołodziejskiej i pod Krzywą. Szczególnie wrażenie na tle zimowej bieli robią drewniane wykończenia skromniej i nieco zaniedbanej chałupy. No i zawsze ujmujące wrażenie robią te home made systemy dogrzewające, rdzawe rury puszczane po odchodzących tynkach.

Potem ciekawą budowlę można zobaczyć przy skrzyżowaniu z Jagiellońską. Na pierwszy rzut oka – zwykły betonowy dom wielorodzinny. Ktoś podszedł jednak do sprawy z pewną fantazją, dając mu naprawdę wyjątkowo duże okna, przez co budynek ładnie balansuje pomiędzy ciężkością a lekkością.
Kilka metrów dalej, po prawej stronie, stoi już prawdziwa białostocka klasyka. Kołodziejska 11 – duży, drewniany dom z dachem krytym blachą falistą. Drewno ciemne. Takie domy robią na mnie zawsze wrażenie trwałości i jestem pewien, że przetrwają te wszystkie bloki, w których mieszkamy. Obok domu sad owocowy, płot. Wszystko jak należy.
A na sam koniec spaceru ulicą Kołodziejską, kiedy dochodzi się już do przecięcia z Drewnianą, spomiędzy drewnianych chałup, wyłaniają się neony Galerii Białej. Kameralność i spokój zostają gwałtownie skontrowane przez monumentalizm tego wielkiego sklepu.
Ulica Kołodziejska pokazuje więc specyfikę współczesnego Białegostoku jak mało która. Niezwiązana z jego przeszłością (przed wojną były tu prawdopodobnie dalekie suburbia), daje jego klarowny obraz. Miasto drewnianych domóstw i wielkich galerii handlowych, jedno obok drugiego. Wieś jak z dziewiętnastego wieku obok miasta jak z dwudziestego pierwszego.
Niedzielny spacer
Ostatnia niedziela listopada była bardzo stateczna i – no właśnie, trudno użyć na określenie tej niedzieli innego słowa niż “niedzielna”. Co prawda, bez kościoła i rodzinnego rosołu, tak jak kilkanaście lat temu, kiedy przy tych rosołach cała rodzina oglądała dramatyczne losy niewolnicy Isaury. Coś, czego oglądanie dzisiaj wzbierałoby na mdłości, wtedy wzbudzało silne emocje. Nie pamiętam, czy moje też, ale z dużym prawdopodobieństwem tak.
Spokojnemu przechodzeniu “od” “do” towarzyszy od dwóch dni nowa płyta Nosowskiej z piosenkami Agnieszki Osieckiej. Prawie cała absolutnie cudowna. Aż się chce kilka minut po północy zalać yerba mate, poczekać na energię i oddać pisaniu. Po odrobieniu zawodowo naukowych obowiązków, około pierwszej nad ranem, można poświęcić sie publicystyce. Po takich wysiłkach wyjątkowo udaje się w miarę łatwo zasnąć, z bilansem dnia następującym: kilka stron o Popperze, dwanaście tysięcy znaków o rządzeniu i dziesięć o konsutacjach społecznych oraz psuciu demokracji (wszystko to liczone ze spacjami).
A przed tym wszystkim forsowny spacer leśnymi dróżkami między Supraślem a Ogrodniczkami, wokół wysuszonej Komosy. To piękne jezioro wygląda teraz jak krajobraz po apokalipsie. Aż trudno uwierzyć, że dwa miesiące wcześniej siedziało się tu i patrzyło na pływające kaczki. A w przypływie weekendowego szaleństwa i fantazji, przyjeżdżało sporo po pierwszej w nocy, w późno-letnie wrześniowe, jasne noce, aby się kąpać.
Długi spacer
Plan dnia na bieżąco modyfikowany, więc na kilka chwil po dwudziestej pierwszej szybka decyzja o wyjściu na długi, samotny spacer. Przeskakiwanie kałuż i wwąchiwanie się w zapach przydomowych ogrodów na ulicy Dziesięciny. Za szczelnymi parkaniami wściekłe, ujadające psy. Na chodniku, opodal torów przy Generała Maczka, pielgrzymki winniczków, prześlizgujących się z jednej strony ścieżki na drugą. Trzeba iść ostrożnie, z trudem wyszukując miejsce na postawienie stopy. Robi się ciemno, sztuka jest trudna, kilka razy słyszę pod butem niepokojący chrzęst. Ślimaczy holokaust.
Na Andersa pędzące na złamanie karku tiry i beemki na sokólskich numerach. Kończy się zmiana, więc z fabryk po drugiej stronie ulicy wypełzają tłumy styranych robotników z reklamówkami w rękach i podkrążonymi oczami. Woń spalenizny dochodząca z jednego z lokali gastronomicznych. Idę Sienkiewicza, potem Warszawską, gdzie przy zaparkowanych niedbale autach stoi młodzież i debatuje nad tym, z czego składa się tłumik samochodowy.
W kebabie za Muzeum Wojska drażniące sikorki złe na cały świat, a przede wszystkim na to, dlaczego nie produkuje się fajnych ciuchów w rozmiarze 38. Długa debata o bikini w kolorze różowym (jak się opalę, to nie będzie widać, że mam strój). Obok rozważania nad sensem kupowania dywanu za trzy tysiące (bo wiesz, jak będzie impreza i ktoś mi wyleje piwo na ten dywan za trzy paki, to chyba gnoja uduszę).
Rynek zadziwiająco pusty, jak na piątkową dwudziestą trzecią. Obok Cristalu para z dwusetką czystej w trzymanej przez pospolitą blondynkę butelce bardzo nieprzyjemnie i złowrogo się kłóci. Przekrzykując się, znikają w mrokach skweru z martwą fontanną. Wielcy ochroniarze w wejściu do Prognoz i parkujące co chwila przed klubem taksówki.
Na wiadukcie przy Dąbrowskiego idący kilkadziesiąt metrów przede mną młody jegomość ze staromodnym plecakiem nagle traci równowagę, przelatuje przed łańcuchy po prawej stronie chodnika i majestatycznie stacza się kilka metrów po trawie. Zastanawiam się, czy mu nie pomóc, zatrzymuję się więc i przez moment patrzę. Widzę błogość i zadowolenie z dotarcia na zasłużony odpoczynek. Lipcowe noce są ciepłe.
Okolice rzeki zasnute mgłą i lekkim chłodem. Watachy osiedlowych chuliganów w okolicach nocnego u zbiegu Gajowej i Berlinga. Wódka rozpijana przez osiedlowych kloszardów na tyłach osiedlowej przychodni. Opustoszały bazar przy osiedlowym blaszaku. Dom.
