Posts Tagged ‘prawosławie’
Wierszalin
Minęło już z górą siedemdziesiąt lat od czasu, kiedy kilkanaście kilometrów na południowy zachód od Krynek, w niewielkiej dolinie pośrodku puszczy, nieopodal wioski Grzybowszczyzna, gdzieś obok niewielkiej rzeczki Nietupa, prawosławny prorok Ilija założył nową Stolicę Świata. W czasach, kiedy o pierwszej wojnie światowej wszyscy jeszcze pamiętali, a drugą przeczuwali. W czasach, kiedy wszystko stało pod znakiem zapytania, w czasach realizacji wielkich projektów i rewolucji, kiedy wszystko, co stałe i niezmienne przestawało takie być, prawosławny Ilja ze swoją sektą oczekiwał końca świata.
Dzisiaj z wierszalinowej stolicy świata pozostał dom proroka i stodoła. Dwieście metrów dalej mieszka jeszcze pustelnik Borys Wołoszyn, syn Pawła Wołoszyna, jednego z liderów sekty. Stary Wołoszyn konstruował pojazdy, elektrownie i maszyny rolnicze według własnych pomysłów.
Kiedy dzisiaj się tam zagląda, nie ma już nic z atmosfery lat trzydziestych, kiedy w Wierszalinie mieszkało kilkadziesiąt osób. Codziennie z bliższej i dalszej okolicy odwiedzali Wierszalin pielgrzymi. Ilija spowiadał i błogosławił. I zapowiadał wielokrotnie koniec świata. Zniecierpliwieni sekciarze postanowili, idąc z duchem czasu, wziąć historię we własne ręce i ukrzyżować Iliję. Liczyli, że z martwych wstanie i zbawi świat. Udało mu się zbiec szykującym krzyż i trzy dni spędził w komórce z ziemniakami. Resztę życia spędził gdzieś w Rosji i jeszcze w latach pięćdziesiątych pisał do oczekujących go w Wierszalinie Marii, Józefów, Janów i Marków.
Końca świata nie było, wierszalińska polana opustoszała, a drzewa wyrosły. Pozostały cisza i spokój. I drewniana chata, w której można nagrzać, a potem usiąść przy oknie, patrzeć na padający śnieg bez pośpiechu oczekiwać końca.
Puchły
Ze wsią Puchły nad Narwią wiąże się niezwykle fascynująca legenda, którą o stosunkach białoruskich na Podlasiu mówi więcej, niż niejeden traktat socjologiczny. Miejscowi opowiadają, że w tym uroczym miejscu istniał niegdyś wielki majątek zarządzany przez greckokatolickiego dziedzica. Traktował on prawosławnych poddanych okrutnie, próbował nawrócić ich na obrządek unicki. Ci modlili się żarliwie do Matki Bożej, która na znak, że słucha ich modlitw, objawiła na lipie swą ikonę – Ikonę Pokrowy Przenajświętszej Dziewicy.
Puchły to niezwykłe miejsce. Wieś jest położona na skrzyżowaniu trzech dróg. Na zachód są Ciełuszki i Kaniuki, na północ – Soce i Ryboły, a jadąc na wschód, dojedzie się do Trześcianki. Od południa Puchły oblewa melancholijna o tej porze Narew. To skrzyżowanie, z którego można pojechać, gdzie się chce, to zwykły piaszczysty ‘skrajdróg’ z drewnianym krzyżem, na którym wznieca się tuman piasku przy każdym przejechaniu. Ponoć do dziś na tym skrzyżowaniu pojawia się wieczorami duch okrutnego greckokatolickiego dziedzica.
W takim miejscu białorusko-ukraińskie tarcie czuje się bardzo mocno. Bo przecież to, co na północ od Puchł, to definitywnie białoruskość, a to, co za rzeką, to już dialekty poleszucko-ukraińskie. Fajnie by było zamieszkać w takim miejscu. Kiedy wysiadłem z samochodu pod monumentalną jak na tak małą miejscowość cerkiew, dostałem wszystko, czego oczekiwałem. Przede wszystkim ciszę i zapach bliskiej rzeki. Przypadkowych ludzi mówiących “dzień dobry” i błogosławiony jak Przenajświętsza Dziewica spokój. Byłoby świetnie mieć to na codzień i w większych ilościach.
Ostatnie lipcowe szwędactwo
To była wycieczka pod znakiem opuszczonych domóstw i starców na przydrożnych ławeczkach. Potrzebowałem jak największego zmęczenia i jak najmniej myślenia o czymkolwiek ważnym. Potrzebowałem kilkunastu litrów paliwa i jak największej ilości krajobrazów za szybą samochodu.
Południe tego regionu jest jednocześnie podobne i zupełnie inne od wschodu, od okolicy Krynek, w których ostatnio tak często bywałem. Za Supraślem zaczyna się puszcza, a dalej – zdegradowane, wyludnione, często zaniedbane i smutne miejscowości, które wszelcy bogowie opuścili.
Kiedy przejechałem przez Juchnowiec Kościelny, minąłem Wojszki i przejechałem przez brukowaną ulicę wiodącą do mostu na Narwi. Tam krótki kawałek dziewiętnastką i skręciłem w miejscowość Hryniewicze Duże. Stamtąd łatwo było się dostać do Orli. Chciałem jeszcze raz zobaczyć to żydowskie miasteczko. Zanim tam dotarłem, przejechałem przez trzy absolutnie zachwycające wioski: Rzepniewo, Knorozy i Zubowo. Położone kilka kilometrów od Bielska Podlaskiego, absolutnie zadbane i przyjazne. Uśmiechający się starcy siedzący na przypłotowych ławeczkach, dzieciaki zabawiające się na środku rzadko uczęszczanej ulicy. Zapach przydomowych ogrodów, a kiedy się wyjeżdża poza granice – odurzający, absolutnie zachwycający zapach skoszonego siana.
Przecinając drogi Bielsk Podlaski-Narew i Bielsk Podlaski-Hajnówka, wjeżdża się na obszar bardzo egzotyczny. Przypominają o tym kolorowe krzyże z napisami cyrylicą, cukierkowe domy w Pasynkach, prawosławne cerkiewki i kaplice. Miejscowości zamieszkałe w większości przez ludność prawosławną różnią się od tych “katolickich” czystością, porządkiem, dbałością o design, o przydomowe ozdoby i ogrody. W prawosławnych miejscowościach domy stoją bliżej siebie, a ich uporządkowanie jest rozkosznie przewidywalne.
Docieram do Orli. Chcę zobaczyć z bliska tę ocalałą wielką synagogę w samym centrum. Nie wysiadam jednak z samochodu. Zawsze, gdy tam jestem przed zmierzchem, kiedy na placu przed budynkiem kręcą się szczeniaki na rowerach i lokalni pijaczkowie, czuję niepewność, czy powinienem wysiąść. Ci przesiadujący na orlańskim skwerku, będącym kiedyś dużym rynkiem, najprawdopodobniej nie lubią obcych. Można ich rozumieć, wprowadzili się tutaj w zasadzie dwa pokolenia wstecz. Czują się niepewnie w tej nowej sytuacji. Dużo przyjemniej jest w okolicznych wioskach, gdzie ludność zamieszkuje je od stuleci.
Wracam przez Ploski, piękne Kiejniki z wielką cerkwią w samym centrum. Wreszcie rozumiem, co łączy wszystkie miejsca, które dzisiaj odwiedziłem: starcy na ławkach, kilkuletnie dzieciaki przeskakujące przez ulicę i opuszczone, drewniane domy. Były wszędzie, gdzie się pojawiłem. Czwartkowe popołudnia mijają tym ludziom na długich rozmowach przed swoimi domami i dziecięcych zabawach, bieganiu wokół domu, jeżdżeniu na rowerze. To życie obracające się wokół bardzo prostych spraw, nie ograniczone planem dnia, czy brakiem pieniędzy. Wracam do cywilizacji przejeżdżając obok wielkiej fabryki maszyn w Narwi. Ta miejscowość to prawdziwy fenomen, bo- z jednej strony – tradycyjna, żydowsko-prawosławo-katolicka. Z drugiej strony większość mieszkańców, a prawie wszyscy mężczyźni, pracują w tym Pronarze. Zastanawiam się, czy taka dominacja nie uderza jakoś w specyfikę takiego miejsca.
Dwieście kilometrów, pożądane zmęczenie. Piękny zachód słońca nad mostem w Narwi. Szaleniec za kierownicą w Zabłudowie, galeria Biała na horyzoncie, kiedy wjeżdżam do miasta.
