Posts Tagged ‘podróż’
W Zakopanem
W Zakopanem euforia po sukcesach słowackich futbolistów w Południowej Afryce jest powszechna. Sprzedawczynie oscypków pod Gubałówką spod lady handlują zagraniczną śliwowicą. Miasto jest z roku na rok coraz bardziej jarmarczne. Mam wrażenie, że do sprzedania jest wszystko. Na Kasprowym Wierchu działa pizzeria ogólnopolskiej sieci. Za trzydzieści złotych można wjechać kolejką w to mleko i napić się piwa za dychę albo więcej.
Przypominam sobie dziennik Malinowskiego za każdym razem, kiedy tam jeżdżę. W osobowych z Krakowa myślę o przedwojennym Zakopanem i planuję spacery na Nosal, wędrówki śladami Witkacego, nieuchronnie jednak wolnorynkowa grawitacja wciąga mnie w ten przeklęty szlak między Gubałówką a Kuźnicami, pełen szybkiego jedzenia, nagabujących wściekle sprzedawczyń śmierdzących serów i zapachu tłuszczu skapującego po rożnie.
Zatłoczoną Zakopianką jadę do Krakowa. Jeśli będę miał godzinę lub dwie do pociągu, na pewno odwiedzę znowu te same trzy miejsca, które uratowały niedawny stres okrągłej rocznicy urodzin. Ksiądz na Stolarskiej, Dym albo Pies.
Kiedy Polska staje ością w gardle
Kiedy Polska staje ością w gardle i już wiadomo, że nic dobrego nie da się zrobić, a wszelkie dobre uczynki są odbierane na opak, pojawia się bardzo trudna do przezwyciężenia, osobista potrzeba ucieczki. Stąd te obiady w Krynkach, te kawy w Tykocinie, te popołudnia nad rzeką w Ploskach. Oby nie pośród tej nienawistnej, pseudonarodowej wrzawy, oby jak najdalej od tych “za” i “przeciw”. Byle z dala od tych wszystkich mądrali, którzy wiedzą najlepiej, byle jak najdalej od miejsc, gdzie ilość osób jest niższa od ilości poglądów. Mam niespotykane szczęście być synem narodu, który wszystko wie najlepiej, na wszystko ma pogląd. Drugi Wielki Naród Mędrców.
Dość kpin. Od żółci ważniejsza jest zieleń. W “Karmazynowym poemacie” Lechoń pisał: “a wiosną niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę” (Tajna Polska ten cytat bystrze przypomina na FB). Taka też intencja przyświecała ostatniej wycieczce na północ, wycieczce służbowo-regeneracyjno-sentymentalnej. Więc najpierw droga do Lipska, przez Sokółkę i Dąbrowę Białostocką. Od tej ostatniej mam tylko dziesięć kilometrów do Lipska i czternaście do Kurianki. Jest dziesiąta rano, w sklepach wokół rynku kolejki i przedpołudniowy gwar. Poranne sprawunki, dostawy, rozmowy klientów z ekspedientkami toczone w pięknym polskim języku, bez białoruskich naleciałości. Nie wiem dlaczego, ale w Sokółce już się tak nie mówi. W Dąbrowie Białostockiej i Lipsku ludzie mówią chyba najczystszym polskim jaki słyszałem.
W Kuriance koło Lipska jest ośrodek dla osób upośledzonych umysłowo urządzony w pięknym budynku dawnej szkoły. Przeprowadzam tam wywiad z p. Krystyną, kierowniczką i trzema uczestnikami tamtejszych działań: Agnieszką, Klaudią i Krzysztofem. Ośrodek jest wyjątkowy, ponieważ uczestnicy wspólnie z personelem pracują przy renowacji budynku i poszerzaniu jego funkcjonalności. Relacje są bardzo partnerskie. Trudno się zorientować, kto jest opiekunem, a kto wychowankiem. Po wywiadach zapraszają mnie na śniadanie “na trawie”. Posiłek na świeżym powietrzu smakuje kompletnie inaczej.
Z Kurianki jadę na zachód, w kierunku Augustowa. Parę kilometrów przed miastem zza lasu wyłania się jezioro Białe. Chwila w Augustowie i już zaraz mknę na północny wschód, szosą do Sejn, pięknym sosonowo-piaszczystym lasem. W Gibach skręcam w prawo, w drogę wzdłuż jeziora Pomorze (cudowne wakacje w ośrodku Teatru Dramatycznego), w kierunku Berżnik. To krajobraz genialny. Wąska szosa kręci się wzdłuż i wszerz mniejszych i większych pagórków, zieleń przebija się jeszcze nieśmiale, rolnicy przygotowują pola do wiosennych zasiewów. W Berżnikach – jak zwykle – atmosfera dużej miejscowości zamkniętej między trzema jeziorami o kompletnie nieprawdopodobnych nazwach: na południe Iłgielk, na zachód Gajlik, na północ Pilwie. Jadę w kierunku granicy, szutrową drogą przez las. Ostatnie zabudowania – domy w środku lasu. Jeszcze kilka kilometrów i przekraczam granicę: pod podniesionym niedbale na pół wysokości szlabanem, po wyboistym, pełnym kałuż pasie granicznym. Brzmiące egzotycznie, a jednocześnie blisko i przyjaźnie nazwy miejscowości: Kalediskiai, Klepociai. I moje ulubione jezioro wśród lasów: Kaunoris Juodas. W niedoległym Kalviai jeziora ma się po obu stronach drogi i jest to widok oraz miejsce absolutnie wyjątkowe. Podróż po tym litewskim końcu świata, kiedy jeszcze rano było się w centrum śmierdzącego świata, śmierdzącej polityki, cuchnących spraw.
Dojeżdżam w końcu do Kopciowa (Kapciamestis), skręcam w lewo w drogę sto trzydzieści cztery, przejeżdżam przez Wiejsieje (Veisiejai), jadę w kierunku największego miasteczka przy granicy z Polską – Łoździei (Lazdijai). Wzruszają flagi narodowej przyozdobione kirem na dziewięćdziesięciu procentach domóstw. Zakupy – jak zwykle – gruzińska woda mineralna, sękacz, suszone ryby. Wracam systematycznie rozbieranym byłym przejściem granicznym w Ogrodnikach. Jeszcze Sejny – to grzech być tak blisko i nie odwiedzić Sejn, jeszcze trochę błądzę w okolicach Daniłowców i Jeziora Białego, jeszcze przejeżdżam Mostową w Augustowie, by jeszcze raz zerknąć na to miasto poza sezonem, jeszcze próbuje przejechać ze Sztabina do Dolistowa piękną nadbiebrzańską piaszczystą drogą i drewianym mostem. Tylko to ostanie mi się nie udaje. Jest za mokro, kałuże są za głębokie. Około szóstej jestem z powrotem.
Odpowiadam na zaległe e-maile, sprawdzam RSS-y, loguję się na FaceBooka. Jem suszone rybki, wracam do Polski.
Odra skuta
Bilet normalny do Opola, klasa druga, pięćdziesiąt sześć zło. Za darmo umarło. Siedem długich godzin w pociągu “Jaćwing” relacji Suwałki-Wrocław umilało przekraczanie skutych lodem rzek. Bugu i Wisły już kompletnie nie widać, a ślady na lodzie wskazują, że albo lód jest już naprawdę gruby albo rozsądek ludzi bardzo cienki. Między Warszawą a Koluszkami obserwuję wojnę kibolskich grafitii. Z każdym kilometrem częstotliwość widzewów rośnie. Cewukaesy ustępują. W Lipcach Rejmonotowskich miga za oblodzoną szybą ulica Boryny.
- W Opolu jestem w związku z projektem OPSI i mówię dwa razy o kompetencjach cyfrowych mieszkańców Mazowsza. Po pierwszym spotkaniu widzę, jak wiele dzieli ludzi w różnych regionach kraju. Choć mniej się tutaj na wszystko narzeka, to dystans i konwencja są znacznie bardziej widoczne. Są też rzeczy niezmienne, pewnie pod każdą szerokością geograficzną – wieczne tak, jak wieczna jest władza. W im większym stopniu jesteś rolą społeczną, stanowiskiem, nazwiskiem, funkcją, w tym większym stopniu tym prawom podlegasz. Każda wieś ma swojego sołtysa, a mimo to wszędzie sołtys jest taki sam.
- W Opolu, pomimo krótkiego pobytu, odkrywam miejsca wyjątkowe. Pierwsze z nich to samoobsługowy bar przy rynku, gdzie jedzenie sprzedaje się jak używaną odzież, na wagę. Sto gram żywności kosztuje 2,55 złotych, niezależnie od tego, czy jest to schabowy, surówka z kapusty, kasza czy barszcz ukraiński. Drugim – “Rybex” – bar rybny przy ulicy Krakowskiej, gdzie z kolei – tak jak w barze mlecznym wszystko jest z mleka – wszystko jest z ryby. Trzecim – antykwariat przy rynku. Mają tam też nowe książki, na których fabryczne ceny są pozalepiane cenami o 20% niższymi, a książki stare kosztują albo 5 albo 12 złotych. Kupuję kilka rzeczy, między innymi pięknie wydany wybór z Broniewskiego z 1972 roku z tym niesamowitym zapachem książek wydawanych w tym okresie.
Wielkie Miasto Mińsk
W listopadzie pojechałem do Mińska, na międzynarodową konferencję socjologiczną w Białoruskiej Narodowej Akademii Nauk.
Jeśli chce się zrozumieć to podlaskie polsko-białoruskie pogranicze, na którym mieszkam,, trzeba chociaż raz znaleźć się o piątej pięć rano na dworcu w Białymstoku i wsiąść do pociągu na Sokółkę. Najlepiej spróbować tego o jakiejś nieprzyjaznej porze roku. Listopad jest wręcz wymarzony na takie wycieczki. Białystok jest takim smutnym miastem na godzinę przed wschodem słońca, że chce się rzygać. Jeszcze gorzej wygląda Wasilków o poranku, a z każdym kilometrem jest coraz smutniej. Kiedy pociąg dojeżdża do Sokółki i trzeba się przesiąść, ta rozpacz osiąga maksimum. I w tej smutnej Sokółce o szóstej rano trzeba czekać pół godziny na pociąg do Kuźnicy, tam – przesiąść się na pociąg do Grodna i z pogranicznikami na pokładzie jedzie się już do samego Grodna rozklekotanym osobowym, w którym żadna śruba nie jest dokręcona i wszystko trzyma się kupy nie wiadomo tak naprawdę dlaczego. A kiedy do pierwszego wagonu, gdzie – podobnie jak w pozostałych – nie grzeją, a wiatr świszcze z jednej dziury w dykcie do drugiej – wsiada białoruska służba graniczna w wielkich czapach i rozkłada się na całych szerokościach siedzeń, patrząc na ciebie z pogardą i lekceważeniem, dostaje się coś, czego Unia Europejska nie da ci nawet jeśli udowodnisz, że wynika to z twoich konstytucyjnych praw jako obywatela tak zwanej Wspólnoty. Tym czymś jest trudna do opisania małość i zgoda na rzeczy zastane, jakich doświadcza się na Białorusi.
Dokumenty sprawdzają ludzie w mundurach i twarzach zasłoniętych maseczkami AH1N1. W Grodnie wychodzisz na peron i idziesz wzdłuż szeregu żołnierzy w tych absurdalnie wielkich czapach, idziesz wprost do sowieckiego dworca. Tam człowiek za szybą sprawdza, czy osoba na zdjęciu w paszporcie to ty i podbija wizę pieczątką. Potem przechodzi się jeszcze przez pomieszczenie z kilkunastoma stołami obitymi blachą, przypominającymi stanowiska rzeźnicze, gdzie trzeba powiedzieć, w jakim celu się przybywa i co się wiezie. Niektórym każą otwierać torby i plecaki. Wszystko to sprawia wrażenie kompletnej celebry, manifestacji władzy i dominacji.
A potem wychodzi się już na halę grodzieńskiego dworca, którego najwspanialszym elementem są gigantyczne, spektakularne żyrandole zrobione z kawałków szkła. Zawsze, kiedy myślę o dworcu w Grodnie, przychodzą mi na myśl te żyrandole.
Aby dostać się na dworzec autobusowy, trzeba przejść przez tory. Tak jak dworzec kolejowy w Grodnie jest monumentalny, choć odjeżdża z niego niewiele pociągów, tak dworzec autobusowy przypomina taki prowincjonalny przystanek autobusowy, choć obsługuje setki połączeń dziennie. Kupuję w kasie bilet i idę na krótki spacer po mieście. Grodno jest mi jakoś podprogowo bliskie, czuję się tam jak w domu. Robię małe zakupy na drogę i wracam na dworzec. Bilety sprawdza specjalnie do tego przeznaczona pani w żółtej kamizelce, która jednocześnie pilnuje, aby busik wyjechał o czasie.
Po raz pierwszy mam okazję zobaczyć “wnętrze” Białorusi za dnia. Jest to kraj ogromnych, pustych przestrzeni. Lasów, łąk i bagien. Trzysta kilometrów między Grodnem i Mińskiem przemierzam w tym autobusie, w uszach piosenki Aliny Orlovy, a za oknem pustka po horyzont. Nieliczne domy co kilkanaście kilometrów, a poza tym po prostu nic. Na tle Białorusi Polska to kraj kompletnie zurbanizowany i odarty z natury.
Ponad pięć godzin podróży. W autobusie jeszcze kilka osób. Przejeżdżają trzysta kilometrów, a ich jedynymi bagażami są podręczne torby i plecaki. Tak jakby to była podróż z pracy do domu, tak jakby to wydarzało się na co dzień.
I wreszcie wjeżdżamy do Mińska. Na węzłowych rozjazdach stoją dziesiątki prostytutek w krótkich spódnicach i białych kozakach. Potem stacje benzynowe, jedna za drugą, i – wreszcie – ogromne, sięgające po horyzont, blokowiska. Białoruskie osiedla z wielkiej płyty, pod względem zagęszczenia, wielkości i częstotliwości, biją na głowę wszystko. Są to ogromne, przeważnie szare, budowle z setkami identycznych balkonów. I nikt się tam nie silił na jakąkolwiek oryginalność: jedzie się kilka kilometrów i po obu stronach ulicy otaczają cię dokładnie takie same, kilkusetmetrowe bloki. Takie są przedmieścia Mińska. Takie wielkie tunele otoczone betonowymi murami po obu stronach drogi.
Wysiadam przed Dworcem Głównym i postanawiam przejść na nogach tę wielką i długą ulicę, wzdłuż której leży Wielkie Miasto Mińsk. Prospekt Niepodległości to szeroka na osiem pasów ruchu główna arteria komunikacyjna, otoczona monumentalnymi budowlami w stylu sowieckim (choć można znaleźć też trochę konstruktywizmu z początku XX wieku), po której obu stronach położono absurdalnie szerokie, granitowe chodniki. Mają z dwadzieścia metrów szerokości i przechadzają się po nich białoruscy mężczyźni i kobiety. Ci pierwsi ubrani bardzo przewidywalnie i nudno: zazwyczaj szare lub czarne kurtki, czapki uszatki i koniecznie pantofle. Niekiedy wprowadzają do tej przewidywalnej konfiguracji jakiś zaskakujący szczegół: na przykład spodnie od dresu albo złote nitki w obszyciach czarnych skórzanych kurtek, ale – w gruncie rzeczy – białoruscy mężczyźni ubierają się nudno i bez polotu.
Z białoruskimi kobietami jest zupełnie inaczej. Kiedy na nie patrzysz, kiedy widzisz te wymyślne makijaże, te białe skórzane kozaki na dziesięciocentrymetrowych obcasach, te różowo-biało-czarne kurtki z błyszczącymi cekinami, te fryzury misternie modelowane i utrwalane, obficie posypywane brokatem, te paznokcie poprzyozdabiane w misterne wzory wymagające jakichś nanozdolności malarskich, te makijaże sprawiające, że buzie tych dziewcząt stają się kompletnie nową produkcją i nie wiadomo, co tak naprawdę jest pod spodem, ogrania cię podziw dla tej ich mozolnej pracy. Przygotowanie takiej konstrukcji musi wymagać godzinnych poświęceń. Białoruskie kobiety spędzają przed lustrem całe miesiące. Codziennie.
Docieram do hotelu uniwersyteckiego przy Surganowa, na tyłach Białoruskiej Akademii Nauk. W tutejszych hotelach, podobnie jak we wszystkich urzędach czy sklepach, personel stanowi jeśli nie większość, to na pewno znaczącą część przebywających tam osób. W recepcji Hotelu Uniwersyteckiego dyżurują dwie panie, które wiecznie wpisują jakieś magiczne cyfry do szarych płacht wielkości starego Tygodnika Powszechnego, co chwila zerkając na telewizor stojący w kącie przeszklonej kabiny. W drugim kącie holu stoi mały stolik z małym telewizorkiem, za którym siedzi – wiecznie ten sam(!) starszy siwiejący pan. Pan prawdopodobnie kontroluje pracę pań, a właściwie to pewnie nie kontroluje, ale po prostu wykonuje swój zawód polegający na siedzeniu przy tym stoliku. Bo z paniami zza szklanej kabiny jest już od wielu lat zaprzyjaźniony i co chwila się do nich uśmiecha rozświetlając ciemne i ponure wnętrze holu blaskiem złotych trójek. Panie odpowiadają również blaskiem. Ta starsza nie tylko blaskiem dolnych trójek, ale prawie całej góry. I ślą sobie te magiczne sygnały świetlne, dopóki ktoś nie zakłóci im tego urzędowego romansu, tej dentystycznej komunikacji jakimś nagłym najściem. Wtedy biurokracji musi stać się zadość, na twarze powraca sowiecka pogarda dla bliźniego i urzędnicza wyższość.
Podczas wieczornej przechadzki trochę dokładniej zwiedzam Prospekt Niepodległości. Kiedy w mieście robi się ciemno, a ty nie znasz go za dobrze i gdy w dodatku z językiem krucho, pozostaje tylko ten prospekt. Wchodzę do znanego z poprzedniej wizyty pół-samoobsługowego baru naprzeciwko wielkich delikatesów CUM (potem odkryję, że takich delikatesów jest w Mińsku chyba z pięćdziesiąt i że są one tamtejszymi odpowiednikami naszych galerii handlowych). W tym barze mają białoruskie jedzenie, które można – inaczej niż w restauracji – zobaczyć przed skonsumowaniem. Białorusini jedzą cięższe rzeczy od nas, wszystko polewają tłuszczem i śmietaną. Nawet ryby, których jest tam zatrzęsienie, podają zazwyczaj oblane serem, tłuszczem i cebulą. Nie widziałem natomiast zbyt wielu ziemniaków, co potwierdza stereotyp, że to Polska jest narodem kartofla i że zdecydowanie przesadzamy nie tylko z wódką, ale również z tymi bulwami.
Chcę się napić tutejszego piwa, ale wszystko, co widzę na tym prospekcie, to wylansowane na sposób włoski lub amerykański restauracje z szyldami Heinekena albo Carlsberga. Nie po to przyjechałem do Mińska, aby czuć się jak w Mediolanie czy Chicago. Wchodzę więc do ogromnych delikatesów zaraz przy wyjściu ze stacji metra Плошча Якуба Коласа. Jest to długi na dobre sto metrów ciąg stoisk z ciastami i ciastkami, wędlinami, serami, rybami, słodyczami i alkoholem. Naprzeciwko, wzdłuż ogromnych okiennic wychodzących na prospekt, zainstalowano ladę, przy której od rana do wieczora mieszkańcy białoruskiej stolicy spożywają piwo oraz wódkę. Jedno i drugie można kupić w sklepie i wypić na miejscu. W ogóle w sklepach spożywczych znajduje się zazwyczaj wydzielone miejsce, najczęściej w formie wysokich stolików bez krzeseł, przy których obywatele spotykają się w celu konsumowania alkoholu. Jest on kompletnie nieracjonalnie tani, podczas gdy pozostałe produkty spożywcze, nie wspominając o innych, są w Mińsku droższe niż w Polsce. Picie alkoholu jest na Białorusi społecznie akceptowane. Jest to sport uprawiany publicznie, we wszystkich możliwych miejscach. Dlatego pewnie wydaje się, że alkoholizm jest tam problemem większym niż na przykład u nas. Prawdopodobnie i tu, i tam, jest podobnie, tyle że tam po prostu nikt się tego nie wstydzi. Dzieciaki taszczą po ulicach dwuipółlitrowe butelki z piwem. Przy dworcu w Grodnie widziałem dwie nastoletnie dziewczyny, które w piątkowy wieczór siedziały przy stoliku i kończyły właśnie takie dwie dwuipółlitrowe butelki mocnego piwa.
Drugiego dnia jestem na otwarciu konferencji. Widzę kilka znajomych osób, poznanych podczas poprzedniego wyjazdu. Wydział Filozofii mieści się w dwunastopiętrowym wieżowcu z miniaturowymi windami, odrapanym tynkiem i ogólnie panującą szarością. Po inauguracji jestem proszony na obiad w uniwersyteckiej restauracji. Dostajemy niezłą przystawkę z czerwonymi burakami, rybą i warzywami oblaną oczywiście bogato majonezem, zaś głównym daniem jest kawałek mięsa i ryby połączony stopionym żółtym serem. Białorusini są bardzo gościnnym narodem, tyle że są bardzo zblokowani przed ujawnianiem swoich uczuć. Obok mnie siedzi młody naukowiec z Ukrainy, z którego na każdym kroku bije gościnność wobec przybyszy z “Zachodu”, choć przecież sam też jest za granicą. Pilnuje, aby goście pierwsi dostali swoje dania, troszczy się o atmosferę. Trochę paradoksalnie, jutro będzie mówił o wschodniosłowiańskim nacjonalizmie (o ile byłem w stanie zrozumieć jego wystąpienie).
Po obiedzie urywam się i idę dalej zwiedzać miasto. Tym razem metrem dojeżdżam w okolice mińskiej starówki. Przypadkowo trafiam na pomnik Adama Mickiewicza z podpisem w języku polskim. Idę na Górne Miasto – pozostałości mińskiej starówki. Jest to dosłownie kilka uliczek i kilkanaście kamienic, w których większości znajdują się ambasady. Stamtąd schodzę na dół i przechodzę przez ulicę Nemiga. Znajduje się tam wejście do stacji metra, gdzie w 1999 roku tłum stratował 53 osoby. Był koniec maja, tysiące ludzi wracało z festiwalu piwnego. Zaczął padać deszcz. W ciągu 10 minut w tratującym tłumie śmierć poniosło pół setki ludzi, a ćwierć tysiąca odniosło różne obrażenia. Spośród ofiar śmiertelnych, 42 stanowił młode (szesnasto-, siedemnastoletnie dziewczęta). W miejscu tragedii znajduje się teraz pamiątkowa tablica. Nieco dalej, idąc wzdłuż rzeki, stoi ogromna hala sportowa i wielkie lodowisko.
Wracam na prospekt Niepodległości i zwiedzam jeszcze kilka tych ogromnych, wielopiętrowych domów handlowych, w których można kupić wszystko. Błądząc po piętrach pełnych asortymentu, znajduję niewielki bar z zapiekankami, kanapkami, ciastem, piwem i wódką. Jakimś cudem znajduję wolny stolik w kącie, skąd z przyjemnością obserwuję mińszczan. Takie miejsca odwiedza przekrój tego społeczeństwa. Dzieciaki nie różnią się prawie w ogóle od swoich rówieśników z Zachodu i im młodsi, tym różnica mniejsza. U starszych widać wpływ dekad komunizmu. Wobec nieznajomych przejawia się to przede wszystkim unikaniem kontaktu wzrokowego, nie mówiąc o werbalnym. Wobec znajomych Białorusini są – przeciwnie – niezwykle serdeczni. Mińsk jest pod tym względem o tyle nietypowy, że jest to naprawdę wielkie miasto.
Wieczorem wracam do hotelu. Dopada mnie coś w rodzaju tej hotelowej loneliness, pięknie pokazanej w “Lost in Translation” Sofii Coppoli. Trzy dni bez szansy na zamienienie choćby dwóch zdań po polsku, rozmowy telefoniczne z Polską chyba po dziesięć złotych za minutę, wokoło wszystko napisane cyrylicą, której kompletnie nie potrafię czytać i jeszcze to wielkie miasto zbudowane po to, aby człowiek czuł się tak mały, jak to tylko możliwe. Dodatkowo, wszechobecny zapach jakiegoś środka dezynfekującego, który pamiętam jeszcze z dzieciństwa, a którym na Białorusi oblewa się wszystko. Ciężki i słodki zapach stacji metra, hoteli i dworców, sklepów spożywczych, a właściwie jest to zapach wszystkiego na Białorusi.
Nocą – jak zwykle – nie mogę spać, więc oglądam białoruskie seriale detektywistyczne i jem kupione w hurtowych ilościach suszone rybki. Nie da się ich kupić w Polsce, a tam są wszędzie. Czasami myślę, że gotów byłbym oddać Białorusinom naszą część Puszczy Białowieskiej za te rybki w naszych sklepach.
Rano mam wystąpienie na konferencji. Lekkomyślnie i niezbyt uczciwie zakładam, że uczestnicy konferencji rozumieją język polski. Dla bezpieczeństwa przygotowuję swoją prezentację w języku angielskim. Okazuje się, że mylę się zarówno co do znajomości polskiego (swoją drogą, niezbyt to ładnie z mojej strony coś takiego zakładać), jak i do tego, że będę mógł wyświetlić swoje slajdy (można je obejrzeć tutaj). Mówię więc regulaminowe piętnaście minut, a słuchacze udają, że rozumieją. Pytań nie ma.
Chwilę po referacie czeka mnie niespodzianka. Dzwoni białoruski kierowca autobusu, którym miałem wracać do Białegostoku i informuje, że kurs nie odbędzie się. Proponuje w zamian przejazd w niedzielę. Z przyjemnością zostałbym w Mińsku jeszcze te parę dni, ale wiza kończy mi się w sobotę, więc muszę sobie radzić sam. Szybko się pakuję, wsiadam w metro i – z przesiadką i półgodzinnym spracerem – docieram do Dworca Moskiewskiego, skąd odjeżdżają teraz wszystkie autobusy. Dworzec jest skonstruowany w iście sowieckim stylu i stoi w środku wielkiego blokowiska, na peryferiach miasta. Kasy znajdują się na pierwszym piętrze, ale zanim tam docieram, zaczepia mnie kilku młodych mężczyzn w czarnych streczowych dresach i czarnych czapkach z pytaniem, gdzie chcę się dostać. Szybko uzgadniamy wspólne interesy. Oni mówią, że zawiozą mnie do Grodna za 45000 rubli, czyli dokładnie tyle, ile wynosi cena marszrutki. Jeden z nich prowadzi mnie na parking przed dworcem, gdzie stoi duża amerykańska taksówka. Wkładam tam swój bagaż. Odjazd za pół godziny. W hali dworca kupuję coś na drogę. O 13.00 przy taksówce jest już sześć osób. Kierowca pakuje nas do środka i zręcznymi ruchami pozbawia auto taksówkarskich emblematów.
Podróż jest komfortowa. Pędzimy 80-90 mil uszka.na godzinę na zachód. Kierowca zatrzymuje auto, kiedy mamy ochotę załatwić potrzeby fizjologiczne. W ciągu trzech godzin jesteśmy w Grodnie. Po drodze zahaczamy jeszcze o Lidę, gdzie publiczną toaletę obsługuje mówiąca ślicznie po polsku staruszka.
W samym Grodnie kupuję bilet do Białegostoku. Popełniam przy tym straszny błąd i przepłacam dobre 30 złotych. Zamiast kupić bilet do samej Kuźnicy, a potem dokupić – u konduktora – bilet na resztę trasy, kupuję od razu bilet na całą podróż. Mam jeszcze dobre dwie godziny do odjazdu. Z zachłanną radością chodzę po moim ulubionym mieście, które wydaje mi się bardzo bliskie, choć jestem tu dopiero drugi raz w życiu. Wiem, gdzie można kupić najlepsze białoruskie słodycze. Wiem, w której budzie w drodze z dworca mają najpyszniejsze czeburieki. Wiem, gdzie można dostać skandalicznie tanio najlepsze gruzińskie wina (nie przepadam za gruzińskimi winami, ale to dobry prezent). Wiem też, z którego miejsca bulwarów jest najpiękniejszy widok na Niemen. Coraz lepiej też rozumiem mieszkańców tego miasta, które jest pod względem wschodnio-zachodniego rozdarcia podobne do Lwowa. Zawsze mam w głowie ten miejski gwar i chaos, kiedy myślę o Grodnie.
Na godzinę przed odjazdem jestem już pod dworcem. Przed jedną z bud, takich samych jak na wszystkich dworcach tej części Europy, jest długa kolejka. Jest to jedno z niewielu miejsc w mieście, gdzie tego dnia sprzedawane jest piwo. W związku z jakimś świętem państwowym, tego dnia obowiązuje zakaz, poza punktami, w których konsumpcja następuje równocześnie ze sprzedażą. Piwo jest tam więc sprzedawane w tych plastikowych butelkach, po czym sprzedawczyni otwiera obowiązkowo tę butelkę przed przekazaniem jej klientowi. Ludzie kupują więc te butle i niosą je – otwarte – we wszystkich kierunkach. Co sprytniejsi przychodzą z własnymi nakrętkami. Wszyscy przyjmują to utrudnienie z anielską cierpliwością. Są wręcz szczęśliwi, że udało im się nabyć ulubiony płyn. Siedząc przy stoliku, obserwuję z rozkoszą ten spektakl.
Najchętniej nigdzie bym się nie ruszał i – jeśli by to było możliwe – zamieszkał w tym pięknym mieście na stałe. Godzina odjazdu zbliża się jednak nieubłaganie. W strefie wolnocłowej kupuję jeszcze jakieś słodycze i obserwuję znany rytuał przygotowywania się przemytników do kolejnego kursu. Ponad połowa oczekujących to ludzie, którzy utrzymują się z przemytu papierosów ze Wschodu na Zachód. Kupują w strefie wolnocłowej kartony białoruskich papierosów, a teraz cierpliwie czekają, aż żołnierz w wielkiej czapie otworzy drzwi na peron. Taśmami klejącymi polepili już te paczki w różne konstrukcje. Kiedy widzą nieznajomą twarz, podchodzą do ciebie i proszą o przewiezienie trzech regulaminowych paczek.
Kiedy wsiądą do pociągu, nie zważając na białoruskich pograniczników (ze wzajemnością) ani polską obsługę składu, wyjmą śrubokręty i latarki i będą upychać te papierosy w przeróżnych miejscach. Za siedzeniami, nad głową, pod oknem, gdzieś w kiblu, na korytarzu. Trwać to będzie kilkadziesiąt minut, bo tyle potrzebuje pociąg, aby doczłapać się do granicy. Tam Białoruscy pogranicznicy wysiądą. Pociąg ruszy, by po kilkustem terach zabrać na pokład polskie służby graniczne.
Obserwuję dwójkę na oko dwudziestoletnich chłopaków, wyglądających bardzo młodzieżowo, by nie rzec – alternatywnie. Oni również żyją z przemytu, a studenckie plecaki, indie-fryzury i luźne zachowanie to tylko wybieg mający na celu zmylić służby celne. Jeszcze przed chwilą biegali po całym pociągu, ukrywając te papierosy w różnych miejscach. Teraz siedzą wyluzowani, ze słuchawkami w uszach. Polskiej służbie granicznej oznajmiają, że są studentami historii na KUL-u w Lublinie. Interesują się historią najnowszą, ale pracę magisterską będą pisali o XIX wieku. Pogranicznik jest wyjątkowo dociekliwy, pyta o adres wydziału, na którym się uczą. Oni spokojnie podają dokładny adres.
W Kuźnicy pociąg staje, a polskie służby celne przetrząsają skład w poszukiwaniu przemycanego tytoniu. Mają na to niecałą godzinę. Widząc, że jestem Polakiem, jeden z nich pyta, gdzie Białorusini ukryli fajki. Z bólem serca odmawiam udzielenia tej informacji, czym nie wzbudzam szczególnego zdziwienia celnika. Sami są zdziwieni, że deklaruję jedną puszkę piwa i zero papierosów w moich bagażach.
Celnicy znajdują w ciągu tej godziny trochę papierosów, ale przemytnicy i tak prawdopodobnie wychodzą na swoje. Ten rytuał jest tu odprawiany codziennie kilka razy. Wszyscy wiedzą, o co chodzi i jaka jest ich w tym rola. Panują wszechogarniające przyzwolenie, pogodzenie i rytualność.
Na dworzec w Białymstoku, który przecież jest taką bramą na Wschód, wjeżdżam z poczuciem powrotu do tego znanego, przewidywalnego, nudnego i sterylnego Zachodu.
Rumunia – podróż do cywilizacji kawy i wina
Wyprawa na Południe rozpoczęła się od… wyprawy na Północ. W środę, 19 sierpnia musiałem jeszcze wziąć udział w konferencji kończącej projekt “Szansa na Sukces” dla osób długotrwale bezrobotnych z Ełku i okolic. Dlatego dzień był wyjątkowo napięty. Przed szesnastą jestem z powrotem w Białymstoku, wydobywam się ze służbowego stroju, ostatecznie się pakuję i ruszam na najważniejszą tego lata – jak do tej pory – wyprawę. Cel podróży: Rumunia.
Jedziemy więc z M. znaną mi całkiem nieźle “dziewiętnastką”. Zmierzch dopada nas w lubelskim McDonaldzie, więc ulubione Podkarpacie przejeżdżamy po ciemku. Trochę po północy jesteśmy już w Barwinku, gdzie w barze dla kierowców ciężarówek kupuję euro, piję żurek i herbatę podaną w szklance. To ostatnie stanowi symboliczne pożegnanie z kulturą sowiecką na najbliższe cztery dni. Za kilka godzin kultura czaju i wódki zostanie zastąpiona kulturą kawy i wina.
Przez całą Słowację prowadzi M. Mijamy nieświadomie piękny zalew Veľká Domaša, o którego obecności świadczy tylko wilgotne powietrze docierające przez okna samochodu.
Na Węgry wjeżdżamy o świcie, gdzieś w okolicach 4 nad ranem. Wzgórza tokajskie rozpościerające się po prawej stronie szosy wyglądają w tym porannym świetle przepięknie. Wyjeżdżaliśmy z Polski, która była ciężka, wilgotna i ciemnozielona, a teraz – przejechawszy linię Karpat – wjeżdżamy do świata w zupełnie innych kolorach.Ciemną i mokrą zieleń zastapiły odcienie żółci i fioletu. Przez cały czas jest zielono, ale jest to zieleń o wiele bardziej delikatna, lekka i mniej wyrazista.
Węgry to już zachodnia Europa. Co chwilę mijają nas świetne i szybkie auta mknące po równiótkich, pomalowanych nienagannie szosach. Ten kraj widziany z okien auta wygląda na prawie tak nudny, jak Szwajcaria lub Niemcy. Pocieszam się myślą, że w rzeczywistości jest przecież zupełnie inaczej, wystarczy tylko zjechać gdzieś w boczną drogę. Przekonujemy się o tym, gubiąc się – z mojej winy – przed samą granicą rumuńską. Przez przypadek przejeżdżamy przez Nagygéc, niewielką wioskę nieopodal granicy, w której świat się zatrzymał przed co najmniej pięćdziesięcioma laty. To takie trochę Stasiukowe Badabag z tą tylko różnicą, że w Nagygéc ani świat, ani droga się nie kończą i tłukąc się wytrwale po nieutwardzonej drodze, wśród pól kukurydzy, możemy dotrzeć do drogi z Csengersimy do Satu Mare.
Prawie dokładnie pomiędzy Csengersimą a Satu Mare znajduje się granica państwowa, której jeszcze nie zlikwidowano. Odprawa jest formalnością, ale granica wcale nie jest symboliczna. Po przejechaniu szlabanu czeka nas jeszcze obowiązkowe wykupienie winiety umożliwiającej poruszanie się po rumuńskich drogach i wymiana euro na rumuńskie leje. Kurs jest nieco złodziejski, ale nie wiemy jeszcze, po ile kupuje się leje w głębi kraju.
Pierwszy kontakt z Rumunią jest oszałamiający. Granica pomiędzy ulicą a poboczem jest tutaj bardzo umowna. Asfalt raz jest tak wąski, że dwa auta ledwie się na nim mieszczą, by po chwili rozlewać się prawie jak autostrada. Mieszkańcy wiosek w drodze z Satu Mare do Baia Mare toczą swoje życie na poboczach. Jedni idą lub jadą rowerami w różnych kierunkach, czasem na poboczu, czasami na środku jezdni. Inni załatwiają przy drodze różne sprawy. Jeszcze inni po prostu stoją i patrzą na przelewające się potoki aut o prestiżu tak zróżnicowanym, że trudno to wyrazić słowami. Obok zdezelowanych daczi i wartburgów przejeżdżają luksusowe SUV-y. Obok wielkich ciężarówek przesuwają się poboczem drabiniaste wozy napchane ludźmi, sianem, żelastwem i czym tam jeszcze chcesz. Do tego wszystkiego plączą się co chwila bezpańskie psy ras wszelkich. Cały ten potok ludzi, zwierząt i maszyn spowity jest chmurą pyłu. Przepisy drogowe jakby nie istniały, a jednak ta rzeka jakoś płynie bez przeszkód. Dźwięk klaksonu zastępuje kierunkowskaz, ale nikt nie ma z tego powodu pretensji do kogokolwiek. Wręcz przeciwnie – choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że to wszystko musi się za chwilę skończyć jakimś karambolem, wypadkiem, kontuzją człowieka, zwierzęcia lub maszyny, to cała ta spontanicznie regulowana maszyna działa bardzo sprawnie. Pomimo chaosu, już po chwili uczestnik ruchu staje się jego częścią i – poddając się jego porządkowi – spokojnie i bez stresu płynie w pożądanym kierunku. Bez uważania na znaki i przepisy, w zgodzie ze spontanicznym porządkiem grupy.

W Baia Mare zatrzymujemy się tylko na chwilę. Będziemy tu jeszcze podczas podróży powrotnej. W położonej w “nowym” centrum miasta knajpie zamawiam “cibora de burta” – rumuńską odmianę flaków. Od naszych różni się tym, że czasami dodaje się do niej gicz cielęcą. Poza tym jest lżejsza, zaprawiona octem winnym i cytryną. Dodatkowo zamawiamy po omlecie. W Rumunii podaje się omlety na wszystkie możliwe do wyobrażenia sposoby z setką różnych dodatków do wyboru. Jedzenie w knajpach jest sporo tańsze niż w Polsce, więc można sobie pozwolić na zamówienie czegoś “na ciemno”, po to tylko, żeby spróbować. Naprawdę syty obiad z dwoma daniami i piciem można tu bez problemu zjeść za 10-12 złotych.
Wyjeżdżając niebawem z Baia Mare do Sygietu, przejeżdża się przez przedziwnie zaprojektowane rondo obok dużego targu. Trwał na nim żywiołowy handel i miałem wrażenie, że przejeżdżam obok wielkiego, kipiącego popołudniowym skwarem tygla. Auta stały zaparkowane na prawie samym środku drogi, ludzie przechodzili przez szosę bez żadnej obawy, a zza murów targu wylewał się i wlewał potok ludzi objuczonych zakupionymi bądź przeznaczonymi do sprzedania towarami: papryką, mlekiem w plastikowych butelkach, arbuzami i co tam jeszcze da się pomyśleć. Obiecujemy sobie, że wrócimy tu jeszcze na duże zakupy.
Tymczasem wyjeżdżamy z Baia Mare i wspinamy się nieskończonymi serpentynami ku górom Muramaresz. Auto ledwo zipie, więc postanawiamy, że gdzieś tutaj, w górach, zrobimy pierwszy przystanek. Jest co prawda wcześnie, chyba pierwsza lub druga po południu, ale zmęczenie całonocną podróżą daje znać o sobie. Mijamy zjeżdżającego beznogiego (!) rowerzystę. Podwozimy jeszcze miejscowego robotnika kawałek i w końcu znajdujemy polanę otoczoną z jednej strony drogą, a z drugiej – potokiem. Pomimo wysokości jest naprawdę gorąco, a ja jestem tak zmęczony, że nie mam siły pomóc M. w rozkładaniu namiotu. Całe popołudnie w tych górach pamiętam jak przez mgłę, równie słabo, jak i noc. Pamiętam tylko, że po zmierzchu ta bardzo kręta droga staje się prawie zupełnie pusta i odżywa dopiero nad ranem.

W nocy nie odwiedza nas żaden niedźwiedź ani wilk, choć te tereny to w Europie najchętniej zamieszkane przez te zwierzęta obszary. Okazuje się, że powszechny i legalny w Rumunii obyczaj nocowania “na dziko”, gdzie się chce, jest nie tylko tanim, ale i bezpiecznym sposobem na wakacje w tym kraju. Tym bardziej, że pomimo sporej wysokości noc była całkiem ciepła. Nad ranem zeszła mgła, która dawała złudne wrażenie chłodu w trakcie dnia. Że będzie gorąco, przekonaliśmy się już w pobliskiej wiosce Mare i kolejnej, gdzie zatrzymujemy się na zakupy. W tym kraju każda, nawet najmniejsza wioska, posiada własny sklep spożywczy i często Cafe Bar, gdzie można wypić – zawsze zapażoną w prawdzimy ekspresie – pożądną kawę. Te sklepy i te bary są często mikroskopijne, ale zawsze są.
Drugi dzień wyprawy do przede wszystkim Sygiet Marmaroski - niespełna pięćdziesięciotysięczne górskie miasteczko, które od granicy z Ukrainą odgranicza tylko Cisa. Zapominamy o zwiedzeniu słynnego więzienia politycznego, w którym przetrzymywano i męczono przeciwników reżymu Ceauşescu. Spod pomnika żydowskich mieszkańców miasta zgładzonych podczas II wojny światowej, położonego na miejscu dawnej synagogi, dochodzimy do ocalałej świątyni żydowskiej. Oprowadza nas po niej starszy pan inzynier, lider lokalnej społeczności żydowskiej, szacowanej na około 200 osób. Świątynia działa, obok jest chajder – szkoła religijna dla dzieci w wieku 5-9 lat. Facet poświęca nam dobrą godzinę i nie oczekuje w zamian żadnej zapłaty. Można dyskretnie wrzucić datek do skrzynki, ale nikt cię do tego nie zmusza. To robi duże wrażenie, bo jestem przyzwyczajony do wyciagania z turystów pieniędzy jak tylko się da. Jak się jeszcze przekonam, w Rumunii z turystów nie zdziera się forsy. Wręcz przeciwnie, rumuńska gościnność jest gościnnością prawdziwą i – przede wszystkim – bezinteresowną, o czym zdążyliśmy się jeszcze kilka razy przekonać.

W Sygiecie Marmaroskim zupełnym przypadkiem trafiamy jeszcze na urokliwy targ w samym centrum miasta. Rolnicy wprost z chodnika sprzedawali mleko z plastikowych butelek po coca coli i palinkę. Pół litra tego sześćdziesięcioprocentowego alkoholu kosztowało nas 8 lei. Na tym targu można było kupić praktycznie wszystko: paprykę w dziesiątkach odmian, piekne wielkie ziemniaki, arbuzy po 90 bani za kilogram, morele i śliwki, gruszki, winogrona i czego jeszcze dusza zapragnie. W zadaszonej części, z aluminiowych blatów, sprzedawano ser. Kiedy podchodziliśmy zaciekawieni do sprzedawców, on sami zachęcali do spróbowania.
Z Sygietu podróżujemy grzbietem Gór Muramaresz na wschód, w kierunku Borszy. Przez Rona de Sus i Rona de Sos, na obiad zatrzymujemy się, zdaje się, w Petrovej. W małej knajpce próbuję kolejnej rumuńskiej specjalności: sarmali. To danie podobne do naszych gołąbków. Mielone mięso (chyba baranina i słonina) jest zawijane w liście winorośli. Te sarmale są mniejsze od naszych gołąbków i o wiele bardziej tłuste.
W końcu, przed zmierzchem, docieramy do Borszy. To dziwne górskie miasteczko, przypominające trochę klimatem jakąś prowinicjonalną mieścinę na pograniczu amierykańsko-meksykańskim. Chaos szyldów warsztatów samochodowych, myjni, barów i moteli. Chaos ruchu ulicznego. Hałas klaksonów w popołudniowym kurzu. Wszystko to położone wzdłuż głównej drogi przebiegającej przez centrum. Tam- całodobowy kiosk spożywczo-monopolowy i grupy ludzi w różnym wieku czekających na nie wiadomo co.

Przy wylocie z miasta drewiany mega-motel z dziesiątkami jakby skleconych naprędce przybudówek. Nieco dalej znajdujemy znak informujący, że kilkaset metrów w prawo znajduje się pole kempingowe. Wjeżdżamy nierówną i kamienistą, wąską drogą pnącą się ostro w górę, między jednorodzinnymi domkami. Co chwila trzeba kombinować z mijaniem, bo okazuje się, że droga jest dosyć ruchliwa. Kluczymy skomplikowanym labiryntem uliczek. Pytamy o kemping, jednak – pomimo znaku – nikt o kempingu nie słyszał. W końcu, zrezygnowani, rozbijamy się na przypadkowo wybranej działce młodego małżeństwa, na pagórku, z którego rozpościera się przepiękny widok na najwyższy szczyt Gór Rodniańskich – Pietrosul.
Wieczorem odbywam jeszcze spacer do Borszy. Po drodze mijam jedno z setek (nie przesadzam) rumuńskich ślubów, które mieliśmy okazję widzieć. Pan młody w białym garniturze, w towarzystwie matki, małej orkiestry dętej i najbliższej rodziny, schodził z gór do miasta, a do tego barwnego tłumu przyłączali się co chwila sąsiedzi (obowiązkowo z kolorowo ozdobioną butelką palinki). Po zejściu do centrum miasta czekałem na ten już wtedy ogromny tłum wystojonych gości weselnych, z młodą parą na czele. Towarzyszyło im czterech pijanych facetów siedzących wierzchem na koniach. Wierzgające zwierzęta zatrzymały ruch na głównym skrzyżowaniu, dzięki czemu chyba połowa Borszy mogła przejść do miejsca, gdzie odbywało się wesele.
Kiedy wracałem, było już po zmroku. Ta kręta, błotnista i kamienista droga, którą szedłem do namiotu, była bardzo słabo oświetlona. Mimo to toczyło się na niej życie. Co kilkadziesiąt metrów z mroku wydobywało się światło baro-knajpo-sklepów i gwar zgromadzonych tam klientów. Siedzieli przed tymi sklepami i zywo dyskutowali w języku będącym pomieszaniem rumuńskiego z włoskim czy węgierskiego z ukraińskim. Na górze pogadaliśmy jeszcze z M. o Stasiuku, a w szczególności o tym, czy jadąc do Babadag Stasiuk się nie pomylił, czy w swoim obsesyjnym poszukiwaniu rozpadu i końca nie zinterpretował Rumunii fałszywie. Zgadzam się z M., który twierdzi, że Rumunia to nie jest kraniec Europy i jej upadek, ale wręcz przeciwnie: centrum i jej ekstrakt. Do takich entuzjastycznych wniosków dochodzimy przy pewnych ilościach palinki, która trochę nas tego wieczoru poniewiera.
O palinkowym sponiewieraniu szybko zapominamy następnego ranka, po szybkiej kąpieli w górskim potoku. Z góry spogląda na nas Pietrosul. Rezygnujemy jednak ze zdobycia tego szczytu i postanawiamy pojechać jeszcze bardziej na wschód. Zjeżdżając do drogi głównej samochód zaczyna nieco kaprysić. Znajdujemy zakład mechaniczny położony przy okrutnie zdewastowanej przez człowieka rzece. To ta “druga” twarz Rumunii, spuścizna komunizmu, którą jeszcze zdążymy nieco poznać. Awaria okazuje się niewielka (właściwie to kwestia kabla, który na rumuńskich wybojach po prostu wypadł z gniazda), jednak młody mechanik nie tylko usuwa usterkę, ale kilkoma partyzanckimi sposobami zapobiega ewentualnym kłopotom w przyszłości. W Polsce za taką usługę zapłaciłbym pewnie przynajmniej 50 zł. Tutaj nie chcieli żadnych pieniędzy, nie mówiąc o drobnym upominku. Człowiek, który poświęcił ponad pół godziny naszemu pojazdowi, omal się nie obraził, kiedy chcieliśmy mu zapłacić za pracę. Życzył nam tylko szerokiej drogi i serdecznie pożegnał. Kiedy wyjeżdżaliśmy z zakładu, przed dobre kilka chwil nie wiedzieliśmy, jak to skomentować. Zresztą, przykładów takiej ludzkiej życzliwości i specjalnego traktowania turystów w Rumunii doświadczyliśmy więcej.
Z Borszy jedziemy dalej na południowy wschód. Piękną trasą zjeżdżamy z Gór Mamamuresz, najpierw mijając przydrożnych sprzedawców mleka, bimbru i miodu, potem podwożąc dwóch tubylców, z których jeden – zasuszony staruszek – żegna się z nami czystym ukraińskim. Pierwszym bardziej nizinnym miastem, które odwiedzamy tego dnia, jest Bystrzyca – osiemdziesieciotysięczna miejscowość. Zapamiętałem z tej Bystrzycy ospały nastrój niedzielnej siesty – główny miejski deptak był prawie pusty, podobnie jak całe centrum. Wypiliśmy – jak zwykle świetną – kawę w jednym z kawiarnianych ogródków i ruszyliśmy w kierunku największego miasta Transylwanii – Kluż Napoki.
Jak tylko zjedzie się z gór, Rumunia wygląda zupełnie inaczej. Z Bystrzycy do Kluż Napoki jedzie się wygodną, szeroką drogą ekspresową. Co prawda nie ma na niej wytyczonych pasów ruchu i poboczy, nie przeszkadza to jej użytkownikom osiągać prędkości autostradowych. Do celu podróży docieramy więc dość szybko. Miast przejeżdżamy o zmierzchu. Planujemy rozbić się przy Somesul Cald – wielkiej elektrowni wodnej zbudowanej przy trzech zbiornikach retencyjnych. Jadąc E60, przegapiamy Gilau, gdzie trzeba skręcić w lewo. Z pomocą przychodzi średniego wieku jegomość, który całkkiem poprawną polszczyzną tłumaczy nam drogę. Okazuje się, że pracował na Stadionie Dziesięciolecia przez 3 lata i dzięki temu zna i lubi nasz kraj.
Długo błądzimy wzdłuż tych zapór, nie mogąc znaleźć miejsca na kemping. Trafiamy między innymi do włoskiego pensjonatu w dosyć dziwnym i nie pasującym do niego miejscu. W drewnianych wnętrzach przechadza się oswojona sarenka ze złotą obrożą, a przy stole siedzi włoska Familia. Żądają wygórowanej zdecydowanie ceny za możliwość rozbicia namiotu, więc w końcu trafiamy na polanę przy samym zalewie, gdzie ognisko pali para młodych ludzi. Pytamy, czy możemy rozbić się obok. Kolejną noc spędzamy nocując “na dziko”.
W Kluż Napoce jesteśmy wczesnym przepołudniem, a i tak jest już cholernie gorąco. Zwiedzanie zaczynamy od Placu Avrama Iancu, gdzie stoi imponujący Sobór Prawosławny Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny, zbudowany w okresie międzywojennym. To największa świątynia prawosławna w mieście. Stamtąd idziemy ulicą Uliu Maniu w kierunku katolickiej bazyliki Św. Michała. Tak jak w świątyni prawosławnej dało się słyszeć język rumuński, tak tutaj – w kościele i jego okolicach – dominuje węgierski. Przy samych murach bazyliki mijamy grupę kilkunastu turystów, którzy urzadzili tam sobie nocleg. Drzemią jeszcze na swoich karimatach, gdy dosłownie nad ich głowami wierni zmierzają na mszę. Po bazyliką spotykamy jeszcze starszego człowieka, który – usłyszawszy, że jesteśmy z Polski – opowiada o polskich miasta, w których był. Co prawda Polska zlewa mu się trochę z Czechami, ale to kolejny przejaw ogromnej życzliwości. jakiej tam doświadczyliśmy.
Spacerujemy jeszcze trochę starym miastem, znajdującym się na północ od bazyliki, po przeciwnej stronie Bulwaru 21 Grudnia, nazwanego tak na pamiątkę obalenia reżymu w 1989 roku. Rodzielamy się i ja przechodzę aż do ulicy Avrama Iancu, w kierunku cmentarza miejskiego, który jest kolejnym świadectwem węgierskiej przeszłości miasta. Idąc dalej, a potem skręcając w lewo, w ulicę Republiki, dochodzę do przepięknego ogrodu botanicznego. Ogród jest fajny, ponieważ jest zaprojektowany nie tylko jako atrakcja turystyczna, ale również ma funkcje dokumentacyjne. W drodze powrotnej odwiedzam jeszcze imponujący gmach uniwersytetu.
Kluż Napoka była fajna, ale w Rumunii najfajniejsze są góry. Wracamy więc szeroką autostradą w kierunku Baia Mare. W miarę zbliżania się do celu, droga robi się coraz węższa, ale widoki – coraz bardziej przyjazne. W Baia Mare zatrzymujemy się na obiad. Pogoda robi się mało przyjazna, w związku z czym decydujemy się na nocleg w nieco bardziej cywilizowanych warunkach. Całkowicie przypadkowo trafiamy do małego pensjonatu, kilkaset metrów za Baia Spire. Za 50 leji od osoby dostajemy ogromny dwuosobowy pokój, z pięknym widokiem na góry, ładnie i bogato urządzony. Oczywiście z bezprzewodowym internetem i śniadaniem. Pierwszy od trzech dni prawdziwy prysznic jest naprawdę czymś wspaniałym, choć toalecie w górskim potoku też nie można niczego narzucić. Wieczorem wybieramy się jeszcze do Baia Spire na piwo. Znajdujemy tam przydrożną restauracyjkę prowadzoną przez węgierską rodzinę. Choć mieli już zamykać, specjalnie ze względu na nas czekają, aż skończymy.
Ostatni dzień wycieczki to kolejna wizyta w Baia Mare, tym razem na miejskim targu. Robimy tam zakupy: papryka, arbuzy, sery różnego rodzaju itp. Nielegalnie, choć w majestacie prawa, czyli przy czujnej acz życzliwej dla tego procederu obserwacji stróżów prawa, kupujemy zapas rumuńskiego bimbru. Choć taki targ w Rumunii to w stereotypowym przekonaniu miejsce niebezpieczne dla turystów, ani przez moment nie da się tam czuć niebezpiecznie. Po pierwsze dlatego, że osoba z apoaratem fotografciznym nie budzi tu jakiegokolwiek zainteresowania. Po drugie zaś dlatego, że miałem wrażenie, iż turysta jest traktowany w Rumunii jak ktoś wyjątkowo pożądany i ktoś, komu nie może stać się krzywda. Wręcz przeciwnie, podróżnik w tym kraju powinien się poczuć wyjątkowo i gościnnie przyjęty. Dlatego kiedy prosisz tam o kilogram papryki (za 1,5-2 zł), to dostajesz za tę samą cenę półtora kilograma tylko dlatego, że jesteś turystą.
Wracamy więc pełni dobrych wrażeń przez przygraniczne miasto Satu Mare. Tam wydaję resztę lei na gazowaną wodę, która przypomina w smaku wody białoruskie i ukraińskie (wysoko zmineralizowana i piekielnie mocno nasycona dwutlenkiem węgla). Z Rumunii wyjeżdżamy z ogromną satysfakcją i obietnicą powrotu. Szczególnie, kiedy widzimy ogromny kontrast pomiędzy tym krajem a Węgrami, które z roku na rok coraz bardziej przypominają Węgry. Po drodze zatrzymujemy się na dłużej już tylko w Tokaju. W przydrożnej winiarni kupujemy trochę młodego wina i jedziemy dalej na północ. Do Białegostoku docieramy po drugiej nad ranem.
Tutaj znajduje się więcej zdjęć z tej podróży.
Pieśni, które zamieściłem na blogu, wykonuje rumuńska śpiewaczka Romica Puceanu
Grodno
1.
Z końcem maja byłem w Grodnie, na konferencji “Phenomenon of City in Central Eastern Europe: Living Space and Cultural Narration” zorganizowanym przez tamtejszy Uniwersytet Janka Kupały. Na Białorusi już raz byłem, poprzedniego roku w Mińsku. Ta podróż – choć bliższa – była jednak o wiele bardziej ekscytująca. Od dłuższego czasu chciałem zobaczyć Grodno – miasto oddalone o około 70 kilometrów od Białegostoku, a jednak trudno dostępne, bo oddzielone pilnie strzeżoną granicą. Jedną z ostatnich prawdziwych granic w Europie: z wizami, kontrolą osobistą, drutami kolczastymi, odprawą celną itd.
W Grodnie wygłosiłem krótki speech pod tytułem “Województwo podlaskie i jego miasta w świetle Diagnozy Społecznej 2007″. Referat nie wzbudził dyskusji ani większego zainteresowania uczestników imprezy, pewnie dlatego, że wyróżniał się dużą ilością empirycznych treści, czego zdaje się nie oczekiwano. Upieram się, że temat jest ciekawy, mam nadzieję, że gdzieś – może tu – doczeka się poważnego potraktowania. Na razie – w formie zachęty – umieszczam tu materiały graficzne, które przygotowałem i pokazałem na konferencji.
Tutaj jednak , zgodnie z konwencją tego miejsca, pierwsze miejsce mają nie dane statystyczne, ale wrażenia, ślady w pamięci, smaki, zapachy i widoki. Pojechałem do Grodna ze swoim szefem i kolegą z katedry, imiennikiem Radkiem.
2.
Świty na dworcach dają impuls do życia. Pobudka o 3 nawet dla rannych ptaków jest torturą, ale najlepsze połączenie z Grodnem rozpoczyna bieg o 5 w Białymstoku. Dworce umożliwiają pobudkę, bo tam są już o 4 rano dziesiątki podróżnych czekających na pociągi na Zachód i Wschód.
Nowoczesny pociąg zbudowany za pieniądze z Unii okazuje się zepsuty, podstawiają zwykły, stary i trzeszczący. W Sokółce pojawiają się już pierwsze biało-czarno-niebiesko-czerwone przepastne torby i ich właścicielki z podkrążonymi oczami, przesadnym makijażem i dwuletnią trwałą, zaczesaną do góry. Nie ma ich jednak wiele. W ogóle niczego nie ma zbyt wiele. Przesada jest cechą miast Wschodu. Tutaj – na prowincji – króluje niedostatek i ma się jak dotąd całkiem dobrze. Pewnie dlatego, że tutejsi również go jakoś tam lubią, a jeśli nie, to na pewno akceptują jako pewną niezbywalną cechę tego świata.
Na przejściu w Kuźnicy nie ma więc zbyt wielu podróżnych. Nie ma też zbyt wielu przemytników. Albo po prostu moje oko nie jest w stanie dostrzec tego, co widzą młodzi pogranicznicy przechadzający się po peronie. Piętnaście minut po siódmej pociąg rusza. Ma kilka kilometrów do granicy. Tam wsiądą białoruscy celnicy w wielkich zielonych czapach i będą pilnować, aby żadna śrubka nie odpadła od składu aż do samego Grodna.
Tymczasem patrzę na okolice Grodzieńszczyzny. Jest zielona, mocno zalesiona. Dużo sosen na piaskowych glebach.
3.
Od razu po przyjeździe i zakwaterowaniu zamykają nas w dużej sali uniwersytetu, każą słuchać i głosić referaty. Co 45 minut korytarze uniwersytetu rozbrzmiewają donośnym dźwiękiem dzwonka. Z innych rozmów dowiaduję się, że system szkolnictwa wyższego jest tutaj zorganizowany na wzór naszego szkolnictwa licealnego lub wręcz gimnazjalnego. O partnerskiej relacji mistrz-uczeń można tu zapomnieć. Przechadzający się po korytarzach studenci do złudzenia przypominają naszych licealistów. Ubrani skromniej niż ich polscy odpowiednicy, ale – szczególnie dziewczęta – z o wiele większą starannością. Ma się wrażenie, że grodzieńskie studentki poświęcają kilka godzin przed wyjściem z domu na odpowiedni dobór stroju, makijaż, paznokcie itd. Na ich tle polskie dziewczyny mogą wyglądać na ubrane niedbale, co nie znaczy, że gorzej. Obowiązkowymi elementami stroju tych dziewcząt są krótkie spódniczki i obuwie na obcasach, spotykane tam na skalę wręcz masową. Podobnie jest na Ukrainie, z tym jednak różnicą, że u Ukrainek kobiecy strój jest tylko dodatkiem do ich dumnych i odważnych gestów, mowy ciała i spojrzeń. W Grodnie miałem wrażenie, że strój tamtejszych kobiet – jakże charakterystyczny i egzotyczny – jest niejako wymuszony pewną konwencją, stanowi fasadę, którą po prostu należy przyjąć. To oczywiście ogromne uproszczenia i ogólnienia.
4.
Wieczorem wybieramy się z Radkiem na przechadzkę po mieście. Przechodzimy przez most na Niemnie i schodzimy w dół, na podmiejskie bulwary. Są wręcz oblężone przez setki młodych ludzi. Wystrojeni chłopcy i dziewczęta siedzą na murkach i schodach. Niektórzy poprzywozili swoje dziewczyny samochodami, z których dobiega polski (!) pop. Jakaś Kasia Kowalska czy Reni Jusis. Wszyscy bez żadnych ogródek piją piwo z butelek i puszek. Po raz pierwszy widzę litrową puszkę Calsberga. Skojarzenia z katastrofą Czernobylską są trudne do przezwyciężenia, kedy się widzi powiększony dwukrotnie w stosunku do znanego kształt podobno najlepszego piwa na świecie.
Kiedy zaglądamy jeszcze na główny plac miasta, a potem na plac Lenina, wszędzie widzimy tłumy młodzieży. Pomimo, że jest już około północy. Pomimo, że jest poniedziałek. Pomimo, że nie ma żadnego święta… Myślę, jak wygląda w tym momencie rynek w Białymstoku…W straganie przy parku kupuję suszone ryby i rozkoszuję się nimi aż do miejsca naszego zakwaterowania.
5.
Drugi dzień przeznaczamy już w całości na szwędanie się po mieście i zakupy. Moja cholerna indolencja językowa nie pozwala na wchłonięcie takiej wiedzy o mieście, jak bym chciał. Polecam w związku z tym zdjęcia, które zrobiłem podczas wyjazdu. Jeśli nie da się językiem, to można próbować obrazem. Ale kiedyś na pewno poopisuję te zjęcia po konsultacjach z większymi znawcami Grodna ode mnie.
Może kiedyś uda mi się pojechać tam jeszcze raz i znaleźć tylko swoje grodzieńskie szlaki.
Miasto jest piękne. Przede wszystkim będąc w Grodnie czuje się wielkomiejskość. Szerokie arterie komunikacyjne, trolejbusy, miejski gwar, życie na ulicy przez całą prawie dobę. Sporo śladów polskiej obecności w mieście, takich jak katedra widziana na zdjęciu. Według spisów, około 20% mieszkańców miasta jest Polakami, jednak próżno nasłuchiwać polskiego na ulicach. W większości są to Polacy zasymilowani. Pomimo tego język polski jest tu powszechnie rozumiany i traktowany z dużą życzliwością.
Taksówkarz, który za równowartość 8 złotych przewoził nas z blokowiska gdzie spaliśmy, do centrum, powiedział, że dla nich Białystok to nie zagranica. Jeszcze 20 lat temu te słowa mogłyby Polaka urazić. Dzisiaj wywołują wręcz odwrotne. Oto paradoks relacji białostocko-grodzieńskich. Białorusini jeżdżą do nas na po prostu po zakupy. Dla nas wyjazd o Grodna to prawie jak wycieczka za Ural, doprawiona strachem przez rzekomymi białoruskimi bandytami, łukaszenkowską bezpieką, brudem, biedą i zacofaniem. Okazuje się, że jest odwrotnie. To dla mieszkańców Grodna nie ma granic i to oni żyją w wielkim mieście z większością cech wielkomiejskości. Szkoda, że brakuje tego często mieszkańcom Białegostoku.
6.
Ostatni, szósty punkt, rezerwuję sobie na potem, kiedy natchnienie dramaturgiczne będzie większe. Najciekawsze, co mnie spotkało podczas tej wyprawy, wydarzyło się w pociągu relacji Grodno-Białystok. Ale o tym innym razem.
Žmogus gali būti laisvas
Zima w Wilnie wygląda zupełnie inaczej. Podobnie jak cała Litwa, a podróż tam jest prawdziwą wyprawą na Wschód. Warto było wstać tym grudniowym świtem, aby to wszystko zobaczyć naprawdę. Lesław z Partii śpiewa o podróży na południe – tam, gdzie nie ma już niczego, jednak prawdziwe wrażenie kontaktu z opróżnionym światem ma się przemierzając zimnym rankiem przepastne i bezludne przestrzenie szerokich szos byłych republik radzieckich.
Więc wyjechaliśmy zimnym grudniowym porankiem i było tak zimno, że w samochodzie zrobiło się naprawdę ciepło dopiero w Augustowie. Robimy zakupy i siku w bardzo fajnym Kauflandzie z asortymentem wprost z niemieckich marketów, choć ja omijam bawarskie bułeczki w drodze po magdalenkową oranżadę “Grecja”.
Przestrzeń między Suwalszczyzną a Białymstokiem już sobie oswoiłem i naprawdę poza domem czuję się po minięciu ostatniego ronda w Augustowie, przejechaniu długiej prostej obok fabryki papierosów i dworca kolejowego i przekroczeniu niestrzeżonego przejazdu kolejowego przy drodze na Sejny. Szczególnie miło jest jechać sosnowym lasem za Przewięzią i potem, za ulubionymi Gibami, aż do granicy w Łoździejach. Minąwszy jezioro Pomorze po prawej, po lewej z nieodległymi Sejnami, bujamy się po pagórkach, mijamy mniejsze i większe, zmarznięte na amen jeziora i jeziorka. Na ostatniej krzyżówce przed granicą, gdzie trzeba zwolnić do pięćdziesięciu i po raz ostatni się zdecydować, czy przypadkiem nie skręcić w lewo i nie zobaczyć sejneńskich synagog, lub też czy jednak nie dać susa w prawo, do Berżnik, dodajemy gazu i jedziemy prosto.
Po wejściu do Schengen te wszystkie granice wyglądają smutno. Straż graniczna stojąca tu i ówdzie przypomina nieco stada mrówek, które zdezorientowe rozpierzchły się po okolicach rozgrzebanego przez jakiegoś intruza mrowiska. Pogranicznicy kręcą się tu i ówdzie, jednak sama granica, budki z pootwieranymi szlabanami, symboliczny pas zaoranej ziemi przesłonięty siatką z drutami kolczastymi, strażnice po obu stronach są przerażająco smutne i puste. Nikt cię nie zatrzymuje, kiedy przejeżdżasz przez ten skansen barier, zakazów i kontroli. Nikt cię nie kontroluje, choć wręcz pragniesz, aby jakaś “wyższa instancja” oficjalnie proklamowała przekroczenie przez ciebie tej granicy. Bo jest ona zawsze – czy tego chcemy, czy nie – jakimś punktem zwrotnym, jakąś sytuacją nieodwracalną, jakimś one way ticket. Mam wrażenie, że likwidacją szlabanów granicznych pozbawiliśmy się czegoś istotnego, choć pewnie w ostatecznym bilansie jest lepiej bez nich niż z nimi.
Więc Litwa wita nas tym, co zwykle i w tej przewidywalności była jakaś przyjemność. Szerokie, wystawione na wiatr i słońce, asfaltowe drogi, łagodne pagórki, nie pozbawiające podróżującego poczucia samotności w dużej, smutnej, szarej i bezludnej przestrzeni.
Nie dalej niż kilka kilometrów za Olitą przekracza się Niemen. Trzeba było się nad tą piękną rzeką na chwilę zatrzymać, przekraczając kolejną granicę, tym razem nakreśloną nie bezwzględną ręką polityków i wojskowych, ale subtelnym piórem Elizy Orzeszkowej. Rzeka Niemen w tych okolicach jest meandrowata, a po jej tafli pływają kawałki lodu. Kiedy patrzeć na nie z góry, przypominają wielkie płaty pleśni. Zbiegam po wąskiej skarpie i widzę drewniane domostwo stojące praktycznie na poziomie tafli, za jedno-dwumetrowym wałem. Fascynujące, że kilkadziesiąt metrów od ruchliwej autostady, ukryte pod gęstymi drzewami i praktycznie niewidoczne z ogromnego betonowego mostu, znajduje się spokojne, stare i ciche gospodarstwo żyjące w odwiecznej symbiozie z płynącą kilka metrów od okien rzeką. Rzeką, która w rzeczywistości wygląda zupełnie inaczej niż w nudnych opisach Elizy Nahowskiej z Milkowszczyzny. A przy samym gospodarstwie jest piękny sad z jabłoniami, z których nikt już chyba nie zbiera owoców, skoro na przełomie stycznia i grudnia wiszą, pomarszczone i smutno przypruszone mrozem.
Kilka kilometrów za Trokami wjeżdża się z A16 na A4 i to już jest praktycznie Wilno. Miasto, które z autostrady wygląda jak każde inne duże europejskie miasto. Stacje benzynowe, hipermarkety, magazyny, wjazdy i zjazdy z autostrady, magistrale kolejowe. Znowu wszystko przewidywalne, choć jadąc na Wschód dotarliśmy na Zachód. Do miasta, które nowoczesność połknęła jednym haustem, o czym przekonywałem się podczas poprzednich wizyt. Czy tym razem będzie podobnie?
Na razie dostaliśmy się do centrum, jadąc Geležinio Vilko Gatvė i przed mostem skręcając w Goštauto gatvė. Trzymając się po lewej burcie Wilii, mijamy Plac Katedralny i Muzeum Narodowe, by ulicą Kościuszki dotrzeć pod samą Bazylikę Piotra i Pawła. Koniecznie chciałem tam jeszcze raz pójść. Jednak wtedy szukaliśmy Zarzecza. Więc bazylikę widzimy tylko przez chwilę, skręcamy w Holendernię i już po kilku chwilach krążymy krętą Krivių gatvė (dawna Popowska) w poszukiwaniu Filaretów 17.
Przy Filaretów jest sławny na całą Europę hostel, gdzie będziemy mieszkali. Właściwie składa się z trzech budynków, z których każdy mógłby równie dobrze stać na białostockich Bojarach. Pierwszy, najbliższy ulicy, to ogromny drewniany dom z pięknym gankiem. Drugi stoi wzdłuż małego parkingu. Na tyłach działki znajduje się murowany budynek, w którym mieści się biuro hostelu. Tam nas zakwaterowano. Za 15 euro od osoby dostaje się dwuosobowy pokój, bez wygód ale schludny. Natychmiast po wejściu i rzuceniu bagaży na łóżko, po drugiej stronie okna siada na parapecie kot wielkości małej świni i swoimi wielkimi oczami badawczo nam się przypatruje.
W Wilnie jesteśmy tylko dwie doby. Przyjechaliśmy jeszcze raz poszwędać się po starówce i zobaczyć hucznie zapowiadane uroczystości przywitania Nowego Roku. Na Placu Katedralnym, o północy z 31 grudnia 2008 na 1 stycznia 2009, ma się odbyć spektakularny pokaz typu “światło i dźwięk” widzialny ponoć z kosmosu. Wilno będzie w 2009 roku drugą, obok austriackiego Linzu, Europejską Stolicą Kultury.
Tymczasem jest jeszcze 30 grudnia i całe przedpołudnie można poświęcić Wilnu. Świetnie, że mieszkamy na Zarzeczu – to wspaniałe miejsce do mieszkania, ciche i przytulne, a jednocześnie położone w samym sąsiedztwie śródmieścia. Ma rację mój internetowy znajomy, porównując Zarzecze do białostockich Bojar.
Przy rozwidleniu Połockiej i Krivių tam, gdzie kiedyś był żydowski targ, a teraz znajduje się niewielki skwerek, warto wejść w jedną z bram. Właśnie gdzieś tam mieści się restauracja Tores. Sama knajpa jest droga, ale każdy może wejść na mieszczący się przy niej taras, skąd rozpościera się piękny widok na wileńską starówkę. Pod nogami wije się Wilejka, a w Parku Bernardyńskim tuż obok dzieciaki obrzucają się śnieżkami.
Na Zarzeczańskiej spokój jak zwykle. Białoruscy katolicy zdążają na mszę w kościółku św. Bartłomieja, anioł uparcie dmie w róg na placyku u zbiegu Zarzecznej i Młynowej, nie ma już tylko tego hipisa prowadzącego lumpeksa, który podczas pierwszej wizyty w Wilnie siedział znudzony w oknie sklepu i leniwie robił skręta. Gdyby żył osiemdziesiąt lat wcześniej, pewnie odwiedzałby Gałczyńskiego, mieszkającego wtedy przy nieodległej Młynowej. Wystarczyłoby mu przejść parę kroków wzdłuż Wilenki, rzeczki – jak pisał Gałczyński – małej, swarliwej, obok Klasztoru Bernardynek Rzecznych, a bez problemu spotkałby twórcę Teatrzyku Zielona Gęś w jego ulubionej knajpce przy rzece.
Domu Gałczyńskiego na Zarzeczu już nie ma. Stoi za to przez cały czas najsłynniejsza knajpa zarzeczańska przy mostku obok Cerkwi Spasskiej. Jutro przyjdziemy tu wieczorem na grzane wino i kieliszek krupniku. Tymczasem opuszczamy Užupis metalowym mostkiem. Na tych zarzeczańskich mostkach młode pary przyczepiają kłódki ze swoimi inicjałami, mające zapewnić ich związkom trwałość. Są tam imiona litewskie, polskie i rosyjskie. Żartuję, wyobrażając sobie zdesperowane zawiedzione miłości, ludzi po rozwodach, mocujących się z tymi kłódkami, bijących w nie łomami, wyrzucających wreszcie rozbrojone kłódki do spokojnej i dobrodusznej Wilenki, spokojnie sobie szemrzącej tam w dole. I od razu wraca Gałczyński z wierszem “Noc w Wilnie”.
i z takimi na Wilence mostkami,
gdzie samobójstwo to tylko romantyczność,
z dorożkami, płynącymi w mglistość,
z piwiarniami, gdzie piją żandarmi.
Ten dobroduszny, lekko ironiczny, otwarty Gałczyński o wiele bardziej odpowiada duchowi tego miasta niż Adam Mickiewicz, którego ślady widać tutaj na każdym kroku. Szczególnie wylatuje “ponad poziomy” słynny Filareta przy Kościele Bernardyńskim. Tam, wyrzeźbiony przez Giedyminasa Jakubonisa i umieszczony w 1984 roku, wychyla się nienaturalnie do przodu, eksponując mało zrozumiały symboliczny ekspansjonizm polskości? litewskości? czegoś jeszcze?
Nie ma sensu tego dłużej rozważać. Lepiej zobaczyć stojący tuż pod bokiem Kościół świętych Bernarda i Franciszka. Naprawdę warto. Poza swojsko pachnącą żywą szopką, przy której wileńskie szkraby piszczą z ekscytacji zupełnie podobnie do polskich, wnętrze świątyni zachwyca surowością. Kościół ma trzy nawy – boczne oddzielone są od siebie filarami, a prezbiterium – arkadą. W głębi wrażenie robi piękny drewniany ołtarz.
Jutro wstąpimy tu na chwilę w drodze na pokaz świateł na Placu Katedralnym. Kilkadziesiąt minut przed północą ksiądz będzie tu odprawiał mszę po litewsku i choć nie będę rozumiał z jego kazania ani słowa, to łatwo się domyślę, że składa wiernym życzenia noworoczne. I bez żadnych wątpliwości, w jego swobodzie mówienia i lekkości gestów dostrzegę otwartość i bezceremonialność, którą od czasu do czasu przydarza mi się widzieć i lubić u domnikanów odprawiających msze w kościele św. Jacka na warszawskim Nowym Mieście.
Potem idziemy na obiad do restauracji na Wileńskiej Starówce, przy Pilles Gatvė – czymś w rodzaju krakowskiej Floriańskiej. Obsługuje nas miła dziewczyna, z trudem posługująca się angielskim. Podczas podróży do Wilna zastanawia mnie zawsze ten paradoks, z którym spotkyka się tam Polak. Otóż Litwini świetnie znają języki. W powszechnym użyciu, poza litewskim, jest rosyjski. W Wilnie, gdzie kilkanaście procent mieszkańców stanowią Polacy, rozmawia się też po polsku. Wśród młodych dobrze znany jest angielski i niemiecki. I w tym kosmopolitycznym mieście zawsze kwestie językowe są bardzo delikane i trudne w obsłudze. Jeśli nie znasz litewskiego, możesz spróbować po rosyjsku. Nie wszyscy jednak to lubią i akceptują. Jeszcze gorzej jest rozpocząć rozmowę po polsku, bo nie dość, że dla nastawionych patriotycznie Litwinów może to być również obraźliwe, to dodatkowo stawia Cię w pozycji przypominającej tzw. polskie dzieje miasta. Języki zachodnie są z kolei dla mnie kłopotliwe, bo pomiędzy naszymi narodami jest taka długa i świetna zażyłość, że rozmowa po niemiecku przypominałaby mi trochę rozmowę Czecha ze Słowakiem prowadzoną w języku chińskim. Wszystko to jest tam bardzo subtelne i wymaga, szczególnie ze strony polskiego turysty, wiele delikatności.
Na szczęście mają tam fajnie zrobione menu, ze zdjęciami wszystkich potraw. Chciałem oczywiście spróbować sławnych czenakai, które jakiś czas temu jadłem w restauracji przy konsulacie Litwy w Sejnach. Nieźle wyglądała też zajadana przez zblazowanego Azjatę przy stoliku obok zupa w chlebie porządnie oblana śmietaną. Skończyło się na Cepellinach z grzybowym farszem, zupie i piwie Švyturys. Pamiętam, że gdy kiedyś kupiłem sobie na Litwie butelkę tego napoju, doszedłem do wniosku, że Litwini nie powinni się brać za browarnictwo. Po pewnym czasie zmieniłem zdanie: pszeniczny Švyturys to naprawdę porządne piwo, przypominające nieco ukraiński Obolon.
No i poszliśmy jeszcze na Uniwersytet Wileński. Była już siedemnasta i z tego powodu możliwość wejścia dała nam mówiąca po polsku strażniczka. Chodzenie skomplikowanymi, na w pół oświetlonymi korytarzami było ekscytujące, jeśli pomyśleć, jak wiele nauki urodziło się w tych murach. Niestety wszystko byo pozamykane, chodziliśmy trochę na ślepo, bez jakiegokolwiek planu. Na dziedziniec Piotra Skargi trafiliśmy zupełnie przypadkiem. Chcieliśmy wejść do Kościoła Świętego Jana. To zadziwiające, że w centralnym punkcie renesansowego campusu uniwersyteckiego stoi poteżna gotycka świątynia. Jest już ciemno, więc postanawiamy, że wrócmy tu jutro.
Spotkanie z koleżanką D. na Placu Katedralnym. Przy kawie rozmawiamy o polskiej i litewskiej literaturze. Okazuje się, że ona czytała Masłowską, zaś dla nas litewska literatura współczesna kończy sie na Tomaszy Venclovie…
Na koniec dnia jeszcze spacer ulicą Giedymina – reprezentacyjną ulicą Wilna. Nie jest to starówka, a jej architekuta ogranicza się praktycznie do XX Wieku. Zmana nazw tej ulic obrazowo pokazuje złożone losy narodu: w okresie zaborów – Świętojerska, w dwudziestoleciu międzywojennym – Adama Mickiewicza, w okresie sowieckim - Stalina i Lenina… Dopiero 1989 roku uicy nadano imię założyciela miasta – Giedymina.
Ulica jest rozganizowana przez Litwinów jako swoisty kontrapunkt dla przepełnionego polskimi śladami starego miasta. Każdy, kto się na niej znajdzie, bez trudu odczyta drogę, jaką obrała współczesna litwa. Ulica Giedymina do niekończący się ciąg najdroższych butików z cenami podanymi w euro, sklepów mody, restauracji. galerii handlowych sprytnie poumieszczanych w przedwojennych kamienicach. Jest to odpowiednik warszawskiego Nowego Światu, a raczej łódzkiej Piotrkowskiej, chociaż mam wrażenie, że Prospekt Giedymina znacznie przewyższa te dwa ostatnie pod względem eksluzywności i blichtru.
Jest trasznie zimno, więc zwiedzamy jedną z kilku wielopoziomych galerii handlowych z ciuchami, na które nas nie stać, wpadamy do Zary (obowiązkowy punkt wypraw zagranicznych) – poświąteczne wyprzedaże robią wrażenie – oraz oczywiście sprawdzamy McDonaldsa. W drodze powrotnej przechodzimy przez obok Katedry, gdzie trwają gorączkowe przygotowania do jutrzejszej imprezy. Na jednym z kilku wielkich telebimów, za pomnikiem Giedymina, kilkanaście zziębniętych młodych osób ogląda mecze piłki nożnej.
Przy minus dziesięciu stopni jedyną rozsądną rzeczą przed położeniem się spać, jest kieliszek litewskiego krupniku w zarzeczańskiej knajpce. Potem jeszcze drobne zakupy w samoobsługowym sklepie pełnym Polaków, przeglądanie stukilkudziesięciu zdjęć zrobionych w ciągu dnia, i próba zaśnięcia przy akompaniamencie zakwaterowujących się turystów w hostelu przy Filaretów 17.
Sylwestrowy dzień zaczynamy od mocnego postanowienia zdobycia wzgórza Giedymina. Nie wiadomo dlaczego wydaje mi się, że góra jest wyższa i trudniejsza do poskromienia, niż w rzeczywistości. W istocie jest to niewielkie wzgórze, piętaście minut miłego spaceru po brukowanym chodniku.

Wchodzimy na basztę. W znajdującym się tam muzeum nie ma nic wartego zobaczenia – kilka świadectw litewskości tych ziem, nic poza tym. Natomiast z samego szczytu baszty rozpościera się naprawdę imponujący widok na wielńską starówkę. Ponoć, jak pisze Tomasz Venclowa, o wiele ładniejszy widok jest z Wzgórza Trzech Krzyży, ale nie mamy czasu na tak długie wyprawy. Tym bardziej, że z baszty widać wszystko, co trzeba: w kierunku południowym cała starówka jak na dłoni: kościoły świętego Jana i Katarzyny najbardziej przykuwające wzrok, na północy wileńskie downtown: kilka naprawdę imponujących drapaczy chmur, na zachodzie ulica Giedymina, zaś na wschód: ulica Kościuszki z moim ulubionym kościołem Piotra i Pawła.
Postanawiamy pójść właśnie tam i – nieco okrężną drogą – wrócić do hostelu, bo jest naprawdę zimno. Niestety, tak często jest, że próbując iść na skróty, bardzo często nadrabia się w rzeczywistości drogi. Zbaczamy ze ścieżki i zamiast na ulicy Kościuszki, lądujemy znowu na Zamkowej. W knajpie, gdzie w czerwcu tego roku próbowałem przy pomocy futbolu zrozumieć pogańską duszę Litwinów, próbujemy zjeść obiad. Wyjątkowo niemiła kelnerka długo pozostanie mi w pamięci. Złe wrażenie nie pozwoliło mi nawet zapamiętać, co tam jedliśmy. To się chyba nazywa mechanizm wyparcia. Widocznie nalezy się po prostu przyzwyczaić do poskomunistycznego stylu świadczenia usług w lokalach gastronomicznych. W Polsce przecież często jest podobnie. Być może lepsza jest szczera zła na świat a na klientów w szczególności kelnerka od tej, która co prawda się uśmiecha i życzy ci smacznego, a w rzeczywistości pluje ci do talerza, kiedy nie widzisz…
Sprawdzamy też jeszcze raz wileński uniwersytet. Za dnia krużganki jego dziedzińców wyglądają jeszcze okazalej. Wchodzę do jednej z bram przy ulicy Uniwersyteckiej, gdzie zastaję nie tylko piękny renesansowy plac, ale również widok na okazałe zaplecze Pałacu Prezydenckiego. Zaczyna szarzeć. Czym prędzej zmierzamy więc do kościoła św. Piotra i Pawła.
Lubię iść w górę Kościuszki, nawet jak i jest zimno i pada. Lokalizacja tej budowli, jak i jej losy, a przede wszystkim wnętrze, nie mogą nikogo pozostawić obojętnym. W istocie swojej kościół nie jest monumentalny, ale położony u szczytu antokolskiego wzgórza i jednocześnie zwięczeniu ładnej ulicy Kościuszki daje pozór, że wszystkie drogi w mieście do niego prowadzą (co w rzeczywistości nie jest prawdą – leży na uboczu głównych traktów komunikacyjnych). Pierwotnie stała tu drewniana świątynia zbudowana ponoć jeszcze za Jagiełły. Poległa doszczętnie po najeździe moskiewskim w 1655 r. Odbudowę ufundował Michał Kazimierz Pac, hetman wielki litewski, w podzięce za uratowanie się właśnie w tym kościółku przed zbuntowanym wojskiem. Budowę ukończono w 1676 roku. Kiedy wejdzie się do środka i zadrzy głowę, można oszaleć z zachwytu. Mediolańscy rzeźbiarze Pietro Peretti i Giovanni Galle ozdobili wnętrze świątyni około dwoma tysiącami kunsztownych płaskorzeźb.
Wracamy Holendernią i znaną już Krivių. Krótka drzemka przed sylwestrową nocą w hostelu pełnym już turystów, w większości z Polski. Po dwudziestej trzeciej, kiedy wychodzimy, z butelką rosyjskiego szampana za niecałe pięć litów w plecaku, Zarzeczem ciągnął już tłumy w kierunku centrum. W pobliżu pomnika Mickiewicza, idąc środkiem Mariańskiej, słyszymy kilkadziesiąt kilometrów za sobą gromkie Jagiellonia Białystok! Potem spotykamy też sporo kibiców Legii Warszawa. Nie bardzo rozumiem tego zamiłowania do wykrzykiwania stadionowych haseł przy każdej okazji, nawet tych zupełnie nie a propos. Litewskie rodziny z zaciekawieniem przyglądają się kilunastoosobowemu, rozchwianemu pomimo przedpółnocnej pory towarzystwu w żółto-czerwonych barwach, robiącemu sobie zdjęcia na tle pomnika Mickiewicza. I to Jagiellonia Białystok!, które na stadionie przy Słonecznej brzmi tak krzepiąco i dumnie, tutaj, na wileńskiej starówce, stanowi jakiś niepodważalny dowód kompletnego kretynizmu. Tak, jakby ktoś ci powiedział Tak, jestem głupi i nie dał nawet ci szans na krytykę jego stanowiska.
Kiedy dotarliśmy na Plac Katedralny, były już tam prawdziwe tłumy. Stanęliśmy w pobliżu ogromnej choinki, niedaleko dzwonnicy. Wokoło bardzo zróżnicowane towarzystwo: grupki młodzieży, ale również rodziny z dziećmi, emeryci, sporo grup z balów sylwestrowych w okolicy. Minutę przed dwunastą na telebimach - do tej pory pokazujących bal, prawdopodobnie w Pałacu Prezydenckich – pokazała się głowa państwa. O północy pogasły światła i zaczął się pokaz przygotowany przez niemieckiego artystę Gerta Hofa. Było tam sporo wszystkiego: ludowe “sutartinės”, jak i muzyka nowoczesna, zarówno litewska, jak i zachodnioeuropejska. Światła z reflektorów skierowane na Katedrę opowiadały historię Litwy i Europy. Był wilk z legendy o założeniu Wilna, było miejsce dla Wilejki i innych symboli miasta.
Była przede wszystkim niesamowita stateczność. Kiedy wybiła dwunasta, uczestnicy imprezy spokojnie stali, wyczekując na pokaz. Kiedy pokaz się skończył, spokojnie ruszyli na spacer ulicą Giedymina. Żadnych fruwających ponad głową fajerwerków, żadnych strzelających szampanów. Owszem, składano sobie tu i ówdzie życzenia symbolicznym toastem, ale to było nic w porównaniu z dionizyjską atmosferą sylwestrów, jakie przeżyłem we Lwowie albo polskich miastach. Ulicą Giedymina płynął potok ludzi. Na dachu kamienicy z numerem jeden stoi kilkadziesiąt osób, kilka wymachuje litewską flagą narodową. To ważne miejsce dla tutejszej państwowości – siedziba ruchu Sąjūdis, który był dla mieszkańców Litwy czymś podobnym do naszej Solidarności. Tłum zmierzający w dół ulicy Giedymina prawdopodobnie kieruje się pod budynek Sejmu, bohatersko obroniony żywą barykadą przed rosyjskimi czołgami w styczniu 1991 r.
A my idziemy znowu na wileńską starówkę. Dwie dziewczyny tańczą w oknie jednej z kamieniczek ku uciesze licznie zgromadzonej widowni. Szwędamy się jeszcze trochę, zaglądając za szyby licznych sylwestrowych zabaw. Gdzieś w okolicach Subačiaus gatve, Bokšto gatvė. Kiedy wracamy, około drugiej po północy, w hostelu trwa na dobre polski sylwester. Obsługa nic sobie z tego nie robi. Czuję się trochę jak na koloniach. Około czwartej jakaś dziewczyna wchodzi do naszego pokoju i zaprasza do zabawy. Przewracam się na drugi bok.
Noworocznego poranka planujemy jeszcze sprawdzić Europos Parkas – muzeum sztuki nowoczesnej pod gołym niebem. Muzeum położone jest kilkanaście kilometrów na północny wschód od miasta. Jedziemy więc opustoszałymi ulicami miasta, które ukazuje nam dotąd nieznane oblicze. Po przekroczeniu rzeki rozpoczyna się Wilno szare, industrialne, socrealistyczne, brudne i złe. Wszystko to rekompensują północne okolice miasta, piękne sosnowe lasy, zamarznięte jeziora i pagórki. Jedziemy bez pewności, czy muzeum będzie w Nowy Rok czynne. Na szczęście w środku lasu, po minięciu pokaźnego kierunkowskazu i przejechaniu kilkudziesięciu mietrów, w miniaturowej budce ze szlabanem widzimy starszą panią. Kupujemy bilety z prawem do fotografowania. W zamian dostajemy mapkę muzeum z zaznaczonymi poszczególnymi obiektami. Miejsce robi bardzo specyficzne wrażenie zimą. Rzeźby rozmieszczone w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie, w dosyć gęstym lesie. Nie znam sztuki nowoczesnej na tyle, aby docenić wartość poszczególnych instalacji, ale sam pomysł takiego muzeum wydaje mi się bardzo awangardowy.
Trochę marzniemy, spacerując po tym lesie i robiąc sobie zdjęcia przy poszczególnych rzeźbach. Kiedy wracamy zziębnięci na parking okazuje się, że pilot otwierający drzwi samochodu odmówił posłuszeństwa. Sytuacja jest dosyć dramatyczna. Środek lasu, w pobliżu tylko starsza pani mówiąca tylko po rosyjsku, do Wilna kilkanaście kilometrów, do Polski – ponad dwieście. Kasjerka okazuje się być jednak niezwykle kochaną osobą. Przez pół godziny obserwuje dyskretnie moje zmagania z zamkiem, po czym postanawia pomóc. Językiem migowym tłumaczymy, o co chodzi. Choć z góry wiem, że to nic nie pomoże, nie powstrzymuję jej przed chuchaniem w zamek mojego samochodu. W międzyczasie obok parkuje para młodych mieszkańców Wilna w terenowym samochodzie. Proponują oblanie zamka spirytusem. Godzę się, choć wiem, że problem leży w systemie elektronicznym i nie ma związku z mrozem. W końcu podejmujemy decyzję o wybiciu szyby i dostaniu się do środka za pomocą radykalnej metody. Kolega z auta obok służy siekierą. Niestety, bez wyłączenia autoalarmu dopływ paliwa do silnika jest odciąty. Jesteśmy więc holowani na przerażająco krótkiej lince do centrum Wilna. Ciągnący nas samochód pędzi prawie osiemdziesiąt na godzinę krętymi podwileńskimi ulicami, a ja czuję serce w przełyku.
W końcy docieramy do okolic dworca. Serdecznie dziękujemy za pomoc i już zastanawiamy się, gdzie przenocować, aby drugiego stycznia szukać pomocy w uruchomieniu auta. Postanawiam, pomimo wszystko, uruchomić samochód i jakoś wrócić do Polski tego samego dnia. Po tym, jak włamuję się do własnego auta teraz, kierując się instrukcjami mojego elektryka, jakimś cudem odnajduję cudowny przełącznik i deaktywuję alarm. Pozostaje wybita szybka. Postanawiamy jednak jechać. Okazuje się, że w aucie nie jest tak zimno, jak by się mogło spodziewać.
Pierwszego dnia roku nie można zacząć od takiego faila. Jako że jest jeszcze wczesne popołudnie, postanawiamy skierować się do Druskiennik i sprawdzić, choć przez chwilę, to legendarne uzdrowisko z przedwojennymi tradycjami. Drogi, jak zwykle na Litwie, są puste, tym bardziej w Nowy Rok. Na miejsce docieramy po dwóch godzinach. Jest już ciemno, więc od razu kierujemy się do znanego tutejszego aqua parku.
Obiekt, choć z zewnątrz wygląda tandetnie, to w środku imponuje przepychem. Obsługa jest doskonale przygotowana na przyjęcie polskich turystów. Nic dziwnego, jesteśmy jakieś dwadzieścia kilometrów od granicy. Wykupujemy dostęp do systemu łaźni, co było – choć dosyć kosztowną – najlepszą decyzją, jaką podjęliśmy tego dnia. Wchodzimy od razu do tej lepszej strefy, która wita nas dużym basenem w samym środku. W głębi jest bar bezpośrednio przy basenie. Nie trzeba więc z niego wychodzić, aby zamówić coś do picia. Wszelkie opłaty zapisuje się na elektronicznym czipie i płaci przy wyjściu. Najlepsze są jednka sauny. Kilkadziesiąt mniejszych lub większych pomieszczeń, urządzonych w drewnie, o różnych temperaturach i wilgotności. Najfajniejsza jest parowa sauna, do której można się dostać tylko pod warunkiem wyjścia z basenu i przebiegnięcia kilkunastu metrów po świeżym śniegu. Panuje tam wysoka wilgotność, dziewięćdziesiąt stopni Celsjusza, a kuracjusze nacierają swoje ciała kryształkami soli.
Sprawdzamy większość saun, nagrzewamy się okrutnie i wspólnie dochodzimy do wniosku, że kiedyś trzeba tu przyjechać na cały dzień i zmarnować go na błogie, naprawdę błogie lenistwo. Tymczasem jest już naprawdę późno. Niestety, nie widzimy pięknej, drewnianej zabudowy willowej Druskiennik.
Wracamy przez Lejpudę, Wiejsieje i przejście w Łoździejach. Co za piękne nazwy! Co za udana wycieczka!
Podlaskie Bieszczady
Pewien związek pomiędzy podlaskim i podkrarpackim końcem świata poczułem już wtedy, gdy wyjeżdżałem z miasta na północ, szosą ełcką. Właśnie robi się powoli ta zimna, nieprzyjazna jesień. Lekko dżdży, powiewa zimny wiatr, na polach leżą mgły i jeszcze tylko gdzieniegdzie skrzeczy jaskrawość jesiennych liści. Skulone sylwetki przy zdewastowanych przystankach PKS, otulone w jesionki, z zimowo-jesiennymi okryciami na głowach, uchylają się przed wiatrem. Nie da się słuchać niczego innego poza The Cure, kiedy szczęśliwie jedzie się w ciepłym samochodzie i ogląda te obrazki zza skropionej deszczem szyby. Takie podlaskie krajobrazy bardzo przypominają mi Bieszczady. Myślę, że teraz Ustrzyki są bardzo podobne do Moniek, a wjazd do Knyszyna jest taki sam, jak panorama Lutowisk. W tychże Mońkach, nieopodal przejazdu kolejowego, wypatrzyłem oddział Bieszczadzkiego Banku Spółdzielczego i poczułem się jeszcze bardziej tam. Z tygodnia na tydzień odkładam ten wyjazd i coraz bardziej mam na tę wyprawę ochotę, coraz bardziej czuję, że jest mi bardzo potrzebna.
Zimny oddech lata
Każdy sezon, a szczególnie ten przesycony wrażeniami i silnymi emocjami, potrzebuje momentu zakończenia, symbolicznej przepaści, w którą chciałoby się rzucić z całym ciężarem leżącym na plecach. Decyzja o ucieczce z miasta jest już podjęta. Okazało się, że podjąć decyzję było chyba trudniej niż doprowadzić teraz do realizacji radykalnych planów. Tyle, że wyprowadzka to milestone projektu na całe życie, a obecnie w plecy sapie i dyszy gorącym oddechem całe to kończące się lato. Co prawda nie czuję jeszcze jesiennego otępienia, ale lepiej być na nie przygotowanym i zawczasu przyjąć do wiadomości, że w końcu nadejdzie. Mam problemy z trafieniem w lekturę, muzykę, obraz, które pasowałyby do tego momentu i go jakoś tłumaczyły. To – zdaje się – dobry moment, aby wykroczyć poza subiektywny świat przeżywany, przestać kontemplować, muskać świat, ale zacząć go tłumaczyć i w końcu lepiej rozumieć. A najlepiej zrobiłaby samotna wycieczka w jakąś prawdziwą dzicz. Krajobrazy z dużymi różnicami poziomów, nieufni mieszkańcy, dużo przyrody i samotności.
Cultureclash
Dla mieszkańca Europy Środkowo-Wschodniej każde przekroczenie granicy na Odrze i Nysie jest szokiem kulturowym i wkroczeniem do świata egzotycznego.
Określenie Europa Środkowo-Wschodnia uważam za trafione choćby dlatego, że propagują je jednocześnie i niezależnie od siebie Miłosz, Kundera i Stasiuk, a to samo w sobie jest wystarczającym argumentem za siłą takiej zbitki. Wszystkich trzech bardzo cenię za postawienie mi symbolicznych milestones. Miłosz zrobił to Doliną Issy, Kundera Żartem, a Stasiuk – Duklą. Zresztą, wszyscy trzej są związani z miejscami położonymi w obrębie mojego terytorium. Z miejscami i – oczywiście – plemionami wyznaczającymi najbardziej głęboki rys na kulturze środkowo-wschodniej Europy. Autor Widzeń nad Zatoką San Francisco (kolejna bardzo ważna lektura, wprowadzenie we wrażliwą percepcję pop-kultury) to dla mnie Jadźwing w czystej postaci: zrównoważony, spokojny, sumienny. Pogodzony z deterministyczną naturą przyrody. Niby wierzący, a tak naprawdę, w głębi serca, religijny poganin. Z kolei Stasiuka zawsze uważałem za zukrainizowanego Poleszuka. Jego przyjaźń z Andruchowyczem jest tylko tego potwierdzeniem. Wystarczy przeczytać Białego kruka, potem Duklę, a następnie znów Jadąc do Babadag aby zrozumieć tkwiącą w nim sprzeczność pomiędzy zasiedziałym poleszuckim Stasiukiem tkwiącym na beskidzkim zadupiu z dala od ludzi, ze Stasiukiem szwędackim, szukającym przygody, zapędzającym się z butelką wina aż po samą Albanię. Ostatni z trzech, Milan Kundera dodaje do tego pierwiastek normański, niesłusznie pomijany w historiografii polskiej. Normanowie, rządzący Europą pod koniec pierwszego tysiąclecia po Chrystusie, nie mogli nie wprowadzić swojej krwi również do żył mieszkańców tego rejonu. Wiedzą o tym już od dawna Rosjanie, przekonują o tym świat badacze skandynawscy, tylko Polacy nie chcą o tym w ogóle słyszeć. A Milan Kundera i Czesi zawsze przypominali mi Skandynawów: kiedy trzeba poważnych, powściągliwych i wyrachowanych, kiedy indziej wylewnych i cynicznych. Łączy ich też pracowitość, swoboda seksualna, jawny ateizm i niechęć do współplemieńców. Szwedzi nie znoszą Norwegów pewnie jeszcze bardziej, niż Czesi – Polaków.
No więc takim szokiem kulturowym był nawet tak krótki, ponad tygodniowy wyjazd. Wszystko to jeszcze sobie układam powoli, powyższa dygresja wyczerpała energię przeznaczoną pierwotnie na napisanie o tytułowym cultureclash’u. Miało być o niemieckiej i socjologicznej przewidywalności, o kierowcach międzynarodowych autobusów oferujących przejazd osób, nocnej melachnolii autostrad i dróg ekspresowych, o tym, że Warszawa nawet przejazdem ciąży jak ołów i każe uciekać, oraz o tym, jak dziwne i piękne to wrażenie słuchać Jasmine Girl Ścianki na czterysta którymśtam kilometrze jazdy samochodem, po trzydziestu iluśtam godzinach w podróży, gdzieś między Zambrowem a Białymstokiem na kilka godzin po zmierzchu. Zarejestrowany zaledwie ułamek tego zamieszczam poniżej. Jest tam obraz i muzyka pomieszana z szumem mijanych aut. Nie ma już takiego fajnego zmęczenia, świstu wiatru w uszach i zapachu nocy.
