Radek Oryszczyszyn

Moja strona domowa – Teksty, materiały, bardziej osobiste sprawy, szwędactwa

Posts Tagged ‘Podlasie

Niedzielny spacer

z jednym komentarzem

Ostatnia niedziela listopada była bardzo stateczna i – no właśnie, trudno użyć na określenie tej niedzieli innego słowa niż “niedzielna”. Co prawda, bez kościoła i rodzinnego rosołu, tak jak kilkanaście lat temu, kiedy przy tych rosołach cała rodzina oglądała dramatyczne losy niewolnicy Isaury. Coś, czego oglądanie dzisiaj wzbierałoby na mdłości, wtedy wzbudzało silne emocje. Nie pamiętam, czy moje też, ale z dużym prawdopodobieństwem tak.

dscf1156Spokojnemu przechodzeniu “od” “do” towarzyszy od dwóch dni nowa płyta Nosowskiej z piosenkami Agnieszki Osieckiej. Prawie cała absolutnie cudowna. Aż się chce kilka minut po północy zalać yerba mate, poczekać na energię i oddać pisaniu. Po odrobieniu zawodowo naukowych obowiązków, około pierwszej nad ranem, można poświęcić sie publicystyce. Po takich wysiłkach wyjątkowo udaje się w miarę łatwo zasnąć, z bilansem dnia następującym: kilka stron o Popperze, dwanaście tysięcy znaków o rządzeniu i dziesięć o konsutacjach społecznych oraz psuciu demokracji (wszystko to liczone ze spacjami).

dscf1194A przed tym wszystkim forsowny spacer leśnymi dróżkami między Supraślem a Ogrodniczkami, wokół wysuszonej Komosy. To piękne jezioro wygląda teraz jak krajobraz po apokalipsie. Aż trudno uwierzyć, że dwa miesiące wcześniej siedziało się tu i patrzyło na pływające kaczki. A w przypływie weekendowego szaleństwa i fantazji, przyjeżdżało sporo po pierwszej w nocy, w późno-letnie wrześniowe, jasne noce, aby się kąpać.

Written by Radek Oryszczyszyn

poniedziałek, 1 Grudzień 2008 at 23:59

Podlaskie Bieszczady

z 2 uwagami

Pewien związek pomiędzy podlaskim i podkrarpackim końcem świata poczułem już wtedy, gdy wyjeżdżałem z miasta na północ, szosą ełcką. Właśnie robi się powoli ta zimna, nieprzyjazna jesień. Lekko dżdży, powiewa zimny wiatr, na polach leżą mgły i jeszcze tylko gdzieniegdzie skrzeczy jaskrawość jesiennych liści.  Skulone sylwetki przy zdewastowanych przystankach PKS, otulone w jesionki, z zimowo-jesiennymi okryciami na głowach, uchylają się przed wiatrem. Nie da się słuchać niczego innego poza The Cure, kiedy szczęśliwie jedzie się w ciepłym samochodzie i ogląda te obrazki zza skropionej deszczem szyby. Takie podlaskie krajobrazy bardzo przypominają mi Bieszczady. Myślę, że teraz Ustrzyki są bardzo podobne do Moniek, a wjazd do Knyszyna jest taki sam, jak panorama Lutowisk. W tychże Mońkach, nieopodal przejazdu kolejowego, wypatrzyłem oddział Bieszczadzkiego Banku Spółdzielczego i poczułem się jeszcze bardziej tam. Z tygodnia na tydzień odkładam ten wyjazd i coraz bardziej mam na tę wyprawę ochotę, coraz bardziej czuję, że jest mi bardzo potrzebna.

Written by Radek Oryszczyszyn

wtorek, 4 Listopad 2008 at 22:44

Bar Jarzębinka w Supraślu

z 2 uwagami

dscf1973Supraśl ma dwa miejsca, w których da się dobrze zjeść. To słynny Alkierz, niedaleko Teatru Wierszalin oraz niedoceniony, a zasługujący na sławę, Bar Jarzębinka przy głównej ulicy miasta, prowadzącej od kościoła w kierunku zalewu i liceum plastycznego. Alkierz jest dość dobrze znany i – jak na supraskie warunki – dosyć artystowski.

Przy 3 maja 22 mieści się Bar Jarzębinka, niewielki lokal prowadzony przez Królową Kiszki Ziemniaczanej Czesławę Siehieńczuk. Urządzony tak, jak powinno: trzy stoły pokryte kuchenną ceratą przytwierdzoną do drewna biurowymi pinezkami, na ścianach wycinki z prasy i dyplomy uznania. Na tyle czysto, aby dało się bez obaw zjeść i na tyle brudno, aby poczuć urok prowincjonalnego baru. Na korkowej tablicy menu: do wyboru są trzy potrawy: kiszka ziemniaczana, babka oraz kartacze. Każda kosztuje w okolicy dychy z ogórkami i surówką. Pani Czesława jest lekko antypatyczna, ale jedzenie robi świetne.

Kiedy mam ochotę na kiszkę albo kartacze – tak jak dzisiaj – wybieram się do Supraśla. Te okolice stały mi się ostatnio dosyć bliskie, z różnych powodów. Najlepiej jest pojechać drogą do Gródka i za tzw. “Rumcajsem” skręcić w lewo. Stamtąd do Supraśla prowadzi piękna, asfaltowa droga przez las. Wrócić można już normalnie – przez Ogrodniczki z moim ulubionym wiejskim sklepem przy drodze, a potem najlepiej skręcić w lewo, w kierunku Nowodworców, z których prowadzi piękna droga do Wasilkowa.

Written by Radek Oryszczyszyn

piątek, 1 Sierpień 2008 at 17:10

Ostatnie lipcowe szwędactwo

z jednym komentarzem

To była wycieczka pod znakiem opuszczonych domóstw i starców na przydrożnych ławeczkach. Potrzebowałem jak największego zmęczenia i jak najmniej myślenia o czymkolwiek ważnym. Potrzebowałem kilkunastu litrów paliwa i jak największej ilości krajobrazów za szybą samochodu.

Południe tego regionu jest jednocześnie podobne i zupełnie inne od wschodu, od okolicy Krynek, w których ostatnio tak często bywałem. Za Supraślem zaczyna się puszcza, a dalej – zdegradowane, wyludnione, często zaniedbane i smutne miejscowości, które wszelcy bogowie opuścili.

Kiedy przejechałem przez Juchnowiec Kościelny, minąłem Wojszki i przejechałem przez brukowaną ulicę wiodącą do mostu na Narwi. Tam krótki kawałek dziewiętnastką i skręciłem w miejscowość Hryniewicze Duże. Stamtąd łatwo było się dostać do Orli. Chciałem jeszcze raz zobaczyć to żydowskie miasteczko. Zanim tam dotarłem, przejechałem przez trzy absolutnie zachwycające wioski: Rzepniewo, Knorozy i Zubowo. Położone kilka kilometrów od Bielska Podlaskiego, absolutnie zadbane i przyjazne. Uśmiechający się starcy siedzący na przypłotowych ławeczkach, dzieciaki zabawiające się na środku rzadko uczęszczanej ulicy. Zapach przydomowych ogrodów, a kiedy się wyjeżdża poza granice – odurzający, absolutnie zachwycający zapach skoszonego siana.

Przecinając drogi Bielsk Podlaski-Narew i Bielsk Podlaski-Hajnówka, wjeżdża się na obszar bardzo egzotyczny. Przypominają o tym kolorowe krzyże z napisami cyrylicą, cukierkowe domy w Pasynkach, prawosławne cerkiewki i kaplice. Miejscowości zamieszkałe w większości przez ludność prawosławną różnią się od tych “katolickich” czystością, porządkiem, dbałością o design, o przydomowe ozdoby i ogrody. W prawosławnych miejscowościach domy stoją bliżej siebie, a ich uporządkowanie jest rozkosznie przewidywalne.

Docieram do Orli. Chcę zobaczyć z bliska tę ocalałą wielką synagogę w samym centrum. Nie wysiadam jednak z samochodu. Zawsze, gdy tam jestem przed zmierzchem, kiedy na placu przed budynkiem kręcą się szczeniaki na rowerach i lokalni pijaczkowie, czuję niepewność, czy powinienem wysiąść. Ci przesiadujący na orlańskim skwerku, będącym kiedyś dużym rynkiem, najprawdopodobniej nie lubią obcych. Można ich rozumieć, wprowadzili się tutaj w zasadzie dwa pokolenia wstecz. Czują się niepewnie w tej nowej sytuacji. Dużo przyjemniej jest w okolicznych wioskach, gdzie ludność zamieszkuje je od stuleci.

Wracam przez Ploski, piękne Kiejniki z wielką cerkwią w samym centrum. Wreszcie rozumiem, co łączy wszystkie miejsca, które dzisiaj odwiedziłem: starcy na ławkach, kilkuletnie dzieciaki przeskakujące przez ulicę i opuszczone, drewniane domy. Były wszędzie, gdzie się pojawiłem. Czwartkowe popołudnia mijają tym ludziom na długich rozmowach przed swoimi domami i dziecięcych zabawach, bieganiu wokół domu, jeżdżeniu na rowerze. To życie obracające się wokół bardzo prostych spraw, nie ograniczone planem dnia, czy brakiem pieniędzy. Wracam do cywilizacji przejeżdżając obok wielkiej fabryki maszyn w Narwi. Ta miejscowość to prawdziwy fenomen, bo- z jednej strony – tradycyjna, żydowsko-prawosławo-katolicka. Z drugiej strony większość mieszkańców, a prawie wszyscy mężczyźni, pracują w tym Pronarze. Zastanawiam się, czy taka dominacja nie uderza jakoś w specyfikę takiego miejsca.

Dwieście kilometrów, pożądane zmęczenie. Piękny zachód słońca nad mostem w Narwi. Szaleniec za kierownicą w Zabłudowie, galeria Biała na horyzoncie, kiedy wjeżdżam do miasta.

Written by Radek Oryszczyszyn

czwartek, 31 Lipiec 2008 at 21:02

Podróż na Wschód

z jednym komentarzem

W końcu znalazł się bohater, któremu mogę dedykować spontaniczne samochodowe szwędactwa, takie na przykład, jak to wczorajsze. To dziwne, że w pewnym momencie powraca młodzieżowy Hesse. I Artur Rimbaud, który przecież też w wieku dwudziestu kilku lat rzucił wiersze, aby w Afryce handlować bronią i niewolnikami. Rimbaud, który był jedynym przybyłym do mnie duchem lutowego sweat-lodge. I to, że wszędzie, w muzyce, książkach, ludziach, węszę ucieczkę od światów zapośredniczonych, światów “na pół gwizdka”, światów, w których rozum i emocje nie współpracują, warcząc na siebie nawzajem.

Patronem tych szwędactw jest oczywiście Chris McCandless. Nie sposób o nim nie pomyśleć, wyjeżdżając z ośnieżonego miasta, w śnieżycy, przemierzając ostatnie rondo, wjeżdżając do lasu, przeszukując plejlistę odtwarzacza w poszukiwaniu najbardziej odpowiedniej muzyki.

Dzisiaj pojechałem naprawdę na Wschód. Przez Wojszki, gdzie prawie zawsze nad szosą widzę przelatującego kruka, most na Narwi, Bielsk Podlaski. Stamtąd w lewo, prosto do Orli, która jest wyjątkowo milczącą i zawstydzoną niepamięcią o tamtejszych Żydach miejscowością. Nad Orlą góruje piękna, monumentalna synagoga, której nie widać, choć jest największa. Jadę dalej na wschód: Dubicze Cerkiewne z szyldami pisanymi cyrylicą, potem drogę przecina nowoczesny szynobus, gdy zbliżam się do Werstoka. Od Wojnówki jadę szutrem, bardzo blisko granicy. Policzna, Kuraszewo, w końcu docieram do Kleszczeli. Robi się ciemno, więc wracam przez Bielsk do miasta.

Nie wiem tego jeszcze na pewno, ale może o to chodzi, w tym tkwi tajemnica i dramat McCandlessa, że on nie wrócił. Bo w tej krótkiej, bezcelowej wycieczce sensowna była ucieczka i powrót. Były klamrami spinającymi tę podróż i ten rozbity, niepokojący i drażniący dzień.

Written by Radek Oryszczyszyn

czwartek, 6 Marzec 2008 at 1:28

Gospoda “Pod Modrzewiem”

z 2 uwagami

W Krynkach, liczącym ponad dwa i pół tysięcy mieszkańców zapadłym podlaskim miasteczku bez praw miejskich, jest tylko jedno miejsce, gdzie można coś zjeść. Gospoda “Pod Modrzewiem” mieści się przy jednej z dwunastu uliczek odchodzących od monumentalnego biorąc pod uwagę wielkość miejscowości rynku.

To przestarzały peerelowski pawilon, z wylanymi betonem schodami i dużymi oknami wychodzącymi na porosły drzewami rynek. Wnętrze stanowi duża, remizowa sala, na której stoi kilka szerokich ław i stołów. W głębi ustawiono wysłużony stół bilardowy. Bar, widać że niedawno odnowiony, próbuje nawiązywać do stylu wiejskich dyskotek polsko-białoruskiego pogranicza. Dużo luster i srebra, przy ladzie krzesła barowe obite skóropodobną skają.

Duży “Żubr” z nalewaka kosztuje tu dwa sześćdziesiąt. Frytki – niecałe złoty pięćdziesiąt, a porcja ruskich pierogów – około trzech. Można zamówić obiad z piwem za niecałe dziesięć złotych i obserwować życie mieszkańców tego pożydowskiego miasteczka. Przy jednym ze stolików trzech mężczyzn przy pół litrze “Starogardzkiej” i śledziach w oleju opowiada o przygodach ze służbą celną. Jesteśmy jakieś dwa kilometry od białoruskiej granicy. Ekspedientka, przysłuchująca się rozmowie, stanowczo protestuje słysząc utyskiwania na “ruskich”. My tu ze sobą żyjemy i musimy się kochać, nie nienawidzić – mówi zdecydowanym głosem. Mężczyźni śmieją się z pobłażaniem i po chwili chwiejnym krokiem opuszczają gospodę.

W głębi sali trzech młodych mężczyzn gra w bilard. Nie wiadomo dlaczego, nagle jeden z nich zaczyna śpiewać: Ta ostatnia niedziela, dzisiaj się rozstaniemy, dzisiaj się rozejdziemy, na wieczny czas. Na sali rozlega się śmiech. A mnie przypomina się scena z “Listy Schindlera“, gdzie to ponure i straceńcze tango śpiewa Jacek Wójcicki.

Piosenka o rozstaniu na zawsze. Skomponowana przez Jerzego Petersburskiego, kompozytora pochodzącego ze starej klezmerskiej rodziny Melodystów, piosenka, do której tekst napisał Zenon Friedwald, a którą wykonywał Mieczysław Fogg, odznaczony tytułem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Piosenka, określana mianem “tanga samobójców”, była przecież jednocześnie antycypacją żydowskich artystów tego, co wydarzyło się temu narodowi kilka lat później. Piosenka ta została zaśpiewana przy stole bilardowym w centrum miasta, które przed wojną było lokalnym centrum handlowo-kulturalnym Żydów całego regionu. Kryniecka gmina żydowska była większa od gminy białostockiej. Wszystkich mieszkających w Krynkach Żydów wywieziono do Treblinki w 1943 roku.

Ta ostatnia niedziela zabrzmiała złowrogo. Ale o tym pomyślałem dopiero, gdy wyszedłem na mroźny kryniecki rynek. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nieświadomość, ciężar niektórych słów, sprawiły, że lekki, niezobowiązujący swojskością nastrój prowincjonalnego baru z piwem za dwa sześćdziesiąt nagle prysł. Sprawiły to tysiące nieobecnych żydowskich dusz unoszących się nad tym miastem i gospodą “Pod Modrzewiem”.

Written by Radek Oryszczyszyn

sobota, 29 Grudzień 2007 at 23:30

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 1 336 other followers