Radek Oryszczyszyn

Moja strona domowa – Teksty, materiały, bardziej osobiste sprawy, szwędactwa

Posts Tagged ‘lato

Rumunia – podróż do cywilizacji kawy i wina

without comments

Wyprawa na Południe rozpoczęła się od… wyprawy na Północ. W środę, 19 sierpnia musiałem jeszcze wziąć udział w konferencji kończącej projekt “Szansa na Sukces” dla osób długotrwale bezrobotnych z Ełku i okolic. Dlatego dzień był wyjątkowo napięty. Przed szesnastą jestem z powrotem w Białymstoku, wydobywam się ze służbowego stroju, ostatecznie się pakuję i ruszam na najważniejszą tego lata – jak do tej pory – wyprawę. Cel podróży: Rumunia.

Jedziemy więc z M. znaną mi całkiem nieźle “dziewiętnastką”. Zmierzch dopada nas w lubelskim McDonaldzie, więc ulubione Podkarpacie przejeżdżamy po ciemku. Trochę po północy jesteśmy już w Barwinku, gdzie w barze dla kierowców ciężarówek kupuję euro, piję żurek i herbatę podaną w szklance. To ostatnie stanowi symboliczne pożegnanie z kulturą sowiecką na najbliższe cztery dni. Za kilka godzin kultura czaju i wódki zostanie zastąpiona kulturą kawy i wina.

Przez całą Słowację prowadzi M. Mijamy nieświadomie piękny zalew Veľká Domaša, o którego obecności świadczy tylko wilgotne powietrze docierające przez okna samochodu.

Na Węgry wjeżdżamy o świcie, gdzieś w okolicach 4 nad ranem. Wzgórza tokajskie rozpościerające się po prawej stronie szosy wyglądają w tym porannym świetle przepięknie. Wyjeżdżaliśmy z Polski, która była ciężka, wilgotna i ciemnozielona, a teraz – przejechawszy linię Karpat – wjeżdżamy do świata w zupełnie innych kolorach.Ciemną i mokrą zieleń zastapiły odcienie żółci i fioletu. Przez cały czas jest zielono, ale jest to zieleń o wiele bardziej delikatna, lekka i mniej wyrazista.

Węgry to już zachodnia Europa. Co chwilę mijają nas świetne i szybkie auta mknące po równiótkich, pomalowanych nienagannie szosach. Ten kraj widziany z okien auta wygląda na prawie tak nudny, jak Szwajcaria lub Niemcy. Pocieszam się myślą, że w rzeczywistości jest przecież zupełnie inaczej, wystarczy tylko zjechać gdzieś w boczną drogę. Przekonujemy się o tym, gubiąc się – z mojej winy – przed samą granicą rumuńską. Przez przypadek przejeżdżamy przez Nagygéc, niewielką wioskę nieopodal granicy, w której świat się zatrzymał przed co najmniej pięćdziesięcioma laty. To takie trochę Stasiukowe Badabag z tą tylko różnicą, że w Nagygéc ani świat, ani droga się nie kończą i tłukąc się wytrwale po nieutwardzonej drodze, wśród pól kukurydzy, możemy dotrzeć do drogi z Csengersimy do Satu Mare.

Prawie dokładnie pomiędzy Csengersimą a Satu Mare znajduje się granica państwowa, której jeszcze nie zlikwidowano. Odprawa jest formalnością, ale granica wcale nie jest symboliczna. Po przejechaniu szlabanu czeka nas jeszcze obowiązkowe wykupienie winiety umożliwiającej poruszanie się po rumuńskich drogach i wymiana euro na rumuńskie leje. Kurs jest nieco złodziejski, ale nie wiemy jeszcze, po ile kupuje się leje w głębi kraju.

Pierwszy kontakt z Rumunią jest oszałamiający. Granica pomiędzy ulicą a poboczem jest tutaj bardzo umowna. Asfalt raz jest tak wąski, że dwa auta ledwie się na nim mieszczą, by po chwili rozlewać się prawie jak autostrada. Mieszkańcy wiosek w drodze z Satu Mare do Baia Mare toczą swoje życie na poboczach. Jedni idą lub jadą rowerami w różnych kierunkach, czasem na poboczu, czasami na środku jezdni. Inni załatwiają przy drodze różne sprawy. Jeszcze inni po prostu stoją i patrzą na przelewające się potoki aut o prestiżu tak zróżnicowanym, że trudno to wyrazić słowami. Obok zdezelowanych daczi i wartburgów przejeżdżają luksusowe SUV-y. Obok wielkich ciężarówek przesuwają się poboczem drabiniaste wozy napchane ludźmi, sianem, żelastwem i czym tam jeszcze chcesz. Do tego wszystkiego plączą się co chwila bezpańskie psy ras wszelkich. Cały ten potok ludzi, zwierząt i maszyn spowity jest chmurą pyłu. Przepisy drogowe jakby nie istniały, a jednak ta rzeka jakoś płynie bez przeszkód. Dźwięk klaksonu zastępuje kierunkowskaz, ale nikt nie ma z tego powodu pretensji do kogokolwiek. Wręcz przeciwnie – choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że to wszystko musi się za chwilę skończyć jakimś karambolem, wypadkiem, kontuzją człowieka, zwierzęcia lub maszyny, to cała ta spontanicznie regulowana maszyna działa bardzo sprawnie. Pomimo chaosu, już po chwili uczestnik ruchu staje się jego częścią i – poddając się jego porządkowi – spokojnie i bez stresu płynie w pożądanym kierunku. Bez uważania na znaki i przepisy, w zgodzie ze spontanicznym porządkiem grupy.

DSC01629-1

W Baia Mare zatrzymujemy się tylko na chwilę. Będziemy tu jeszcze podczas podróży powrotnej. W położonej w “nowym” centrum miasta knajpie zamawiam “cibora de burta” – rumuńską odmianę flaków. Od naszych różni się tym, że czasami dodaje się do niej gicz cielęcą. Poza tym jest lżejsza, zaprawiona octem winnym i cytryną. Dodatkowo zamawiamy po omlecie. W Rumunii podaje się omlety na wszystkie możliwe do wyobrażenia sposoby z setką różnych dodatków do wyboru. Jedzenie w knajpach jest sporo tańsze niż w Polsce, więc można sobie pozwolić na zamówienie czegoś “na ciemno”, po to tylko, żeby spróbować. Naprawdę syty obiad z dwoma daniami i piciem można tu bez problemu zjeść za 10-12 złotych.

Wyjeżdżając niebawem z Baia Mare do Sygietu, przejeżdża się przez przedziwnie zaprojektowane rondo obok dużego targu. Trwał na nim żywiołowy handel i miałem wrażenie, że przejeżdżam obok wielkiego, kipiącego popołudniowym skwarem tygla. Auta stały zaparkowane na prawie samym środku drogi, ludzie przechodzili przez szosę bez żadnej obawy, a zza murów targu wylewał się i wlewał potok ludzi objuczonych zakupionymi bądź przeznaczonymi do sprzedania towarami: papryką, mlekiem w plastikowych butelkach, arbuzami i co tam jeszcze da się pomyśleć. Obiecujemy sobie, że wrócimy tu jeszcze na duże zakupy.

Tymczasem wyjeżdżamy z Baia Mare i wspinamy się nieskończonymi serpentynami ku górom Muramaresz. Auto ledwo zipie, więc postanawiamy, że gdzieś tutaj, w górach, zrobimy pierwszy przystanek. Jest co prawda wcześnie, chyba pierwsza lub druga po południu, ale zmęczenie całonocną podróżą daje znać o sobie. Mijamy zjeżdżającego beznogiego (!) rowerzystę. Podwozimy jeszcze miejscowego robotnika kawałek i w końcu znajdujemy polanę otoczoną z jednej strony drogą, a z drugiej – potokiem. Pomimo wysokości jest naprawdę gorąco, a ja jestem tak zmęczony, że nie mam siły pomóc M. w rozkładaniu namiotu. Całe popołudnie w tych górach pamiętam jak przez mgłę, równie słabo, jak i noc. Pamiętam tylko, że po zmierzchu ta bardzo kręta droga staje się prawie zupełnie pusta i odżywa dopiero nad ranem.

DSC01593-1

W nocy nie odwiedza nas żaden niedźwiedź ani wilk, choć te tereny to w Europie najchętniej zamieszkane przez te zwierzęta obszary. Okazuje się, że powszechny i legalny w Rumunii obyczaj nocowania “na dziko”, gdzie się chce, jest nie tylko tanim, ale i bezpiecznym sposobem na wakacje w tym kraju. Tym bardziej, że pomimo sporej wysokości noc była całkiem ciepła. Nad ranem zeszła mgła, która dawała złudne wrażenie chłodu w trakcie dnia. Że będzie gorąco, przekonaliśmy się już w pobliskiej wiosce Mare i kolejnej, gdzie zatrzymujemy się na zakupy. W tym kraju każda, nawet najmniejsza wioska, posiada własny sklep spożywczy i często Cafe Bar, gdzie można wypić – zawsze zapażoną w prawdzimy ekspresie – pożądną kawę. Te sklepy i te bary są często mikroskopijne, ale zawsze są.

Drugi dzień wyprawy do przede wszystkim Sygiet Marmaroski - niespełna pięćdziesięciotysięczne górskie miasteczko, które od granicy z Ukrainą odgranicza tylko Cisa. Zapominamy o zwiedzeniu słynnego więzienia politycznego, w którym przetrzymywano i męczono przeciwników reżymu Ceauşescu. Spod pomnika żydowskich mieszkańców miasta zgładzonych podczas II wojny światowej, położonego na miejscu dawnej synagogi, dochodzimy do ocalałej świątyni żydowskiej. Oprowadza nas po niej starszy pan inzynier, lider lokalnej społeczności żydowskiej, szacowanej na około 200 osób. Świątynia działa, obok jest chajder – szkoła religijna dla dzieci w wieku 5-9 lat. Facet poświęca nam dobrą godzinę i nie oczekuje w zamian żadnej zapłaty. Można dyskretnie wrzucić datek do skrzynki, ale nikt cię do tego nie zmusza. To robi duże wrażenie, bo jestem przyzwyczajony do wyciagania z turystów pieniędzy jak tylko się da. Jak się jeszcze przekonam, w Rumunii z turystów nie zdziera się forsy. Wręcz przeciwnie, rumuńska gościnność jest gościnnością prawdziwą i – przede wszystkim – bezinteresowną, o czym zdążyliśmy się jeszcze kilka razy przekonać.

DSC01732-1

W Sygiecie Marmaroskim zupełnym przypadkiem trafiamy jeszcze na urokliwy targ w samym centrum miasta. Rolnicy wprost z chodnika sprzedawali mleko z plastikowych butelek po coca coli i palinkę. Pół litra tego sześćdziesięcioprocentowego alkoholu kosztowało nas 8 lei. Na tym targu można było kupić praktycznie wszystko: paprykę w dziesiątkach odmian, piekne wielkie ziemniaki, arbuzy po 90 bani za kilogram, morele i śliwki, gruszki, winogrona i czego jeszcze dusza zapragnie. W zadaszonej części, z aluminiowych blatów, sprzedawano ser. Kiedy podchodziliśmy zaciekawieni do sprzedawców, on sami zachęcali do spróbowania.

Z Sygietu podróżujemy grzbietem Gór Muramaresz na wschód, w kierunku Borszy. Przez Rona de Sus i Rona de Sos, na obiad zatrzymujemy się, zdaje się, w Petrovej. W małej knajpce próbuję kolejnej rumuńskiej specjalności: sarmali. To danie podobne do naszych gołąbków. Mielone mięso (chyba baranina i słonina) jest zawijane w liście winorośli. Te sarmale są mniejsze od naszych gołąbków i o wiele bardziej tłuste.

W końcu, przed zmierzchem, docieramy do Borszy. To dziwne górskie miasteczko, przypominające trochę klimatem jakąś prowinicjonalną mieścinę na pograniczu amierykańsko-meksykańskim. Chaos szyldów warsztatów samochodowych, myjni, barów i moteli. Chaos ruchu ulicznego. Hałas klaksonów w popołudniowym kurzu. Wszystko to położone wzdłuż głównej drogi przebiegającej przez centrum. Tam- całodobowy kiosk spożywczo-monopolowy i grupy ludzi w różnym wieku czekających na nie wiadomo co.

DSC01743

Przy wylocie z miasta drewiany mega-motel z dziesiątkami jakby skleconych naprędce przybudówek. Nieco dalej znajdujemy znak informujący, że kilkaset metrów w prawo znajduje się pole kempingowe. Wjeżdżamy nierówną i kamienistą, wąską drogą pnącą się ostro w górę, między jednorodzinnymi domkami. Co chwila trzeba kombinować z mijaniem, bo okazuje się, że droga jest dosyć ruchliwa. Kluczymy skomplikowanym labiryntem uliczek. Pytamy o kemping, jednak – pomimo znaku – nikt o kempingu nie słyszał. W końcu, zrezygnowani, rozbijamy się na przypadkowo wybranej działce młodego małżeństwa, na pagórku, z którego rozpościera się przepiękny widok na najwyższy szczyt Gór RodniańskichPietrosul.

Wieczorem odbywam jeszcze spacer do Borszy. Po drodze mijam jedno z setek (nie przesadzam) rumuńskich ślubów, które mieliśmy okazję widzieć. Pan młody w  białym garniturze, w towarzystwie matki, małej orkiestry dętej i najbliższej rodziny, schodził z gór do miasta, a do tego barwnego tłumu przyłączali się co chwila sąsiedzi (obowiązkowo z kolorowo ozdobioną butelką palinki). Po zejściu do centrum miasta czekałem na ten już wtedy ogromny tłum wystojonych gości weselnych, z młodą parą na czele. Towarzyszyło im czterech pijanych facetów siedzących wierzchem na koniach. Wierzgające zwierzęta zatrzymały ruch na głównym skrzyżowaniu, dzięki czemu chyba połowa Borszy mogła przejść do miejsca, gdzie odbywało się wesele.

Kiedy wracałem, było już po zmroku. Ta kręta, błotnista i kamienista droga, którą szedłem do namiotu, była bardzo słabo oświetlona. Mimo to toczyło się na niej życie. Co kilkadziesiąt metrów z mroku wydobywało się światło baro-knajpo-sklepów i gwar zgromadzonych tam klientów. Siedzieli przed tymi sklepami i zywo dyskutowali w języku będącym pomieszaniem rumuńskiego z włoskim czy węgierskiego z ukraińskim. Na górze pogadaliśmy jeszcze z M. o Stasiuku, a w szczególności o tym, czy jadąc do Babadag Stasiuk się nie pomylił, czy w swoim obsesyjnym poszukiwaniu rozpadu i końca nie zinterpretował Rumunii fałszywie. Zgadzam się z M., który twierdzi, że Rumunia to nie jest kraniec Europy i jej upadek, ale wręcz przeciwnie: centrum i jej ekstrakt. Do takich entuzjastycznych wniosków dochodzimy przy pewnych ilościach palinki, która trochę nas tego wieczoru poniewiera.

O palinkowym sponiewieraniu szybko zapominamy następnego ranka, po szybkiej kąpieli w górskim potoku. Z góry spogląda na nas Pietrosul. Rezygnujemy jednak ze zdobycia tego szczytu i postanawiamy pojechać jeszcze bardziej na wschód. Zjeżdżając do drogi głównej samochód zaczyna nieco kaprysić. Znajdujemy zakład mechaniczny położony przy okrutnie zdewastowanej przez człowieka rzece. To ta “druga” twarz Rumunii, spuścizna komunizmu, którą jeszcze zdążymy nieco poznać. Awaria okazuje się niewielka (właściwie to kwestia kabla, który na rumuńskich wybojach po prostu wypadł z gniazda), jednak młody mechanik nie tylko usuwa usterkę, ale kilkoma partyzanckimi sposobami zapobiega ewentualnym kłopotom w przyszłości. W Polsce za taką usługę zapłaciłbym pewnie przynajmniej 50 zł. Tutaj nie chcieli żadnych pieniędzy, nie mówiąc o drobnym upominku. Człowiek, który poświęcił ponad pół godziny naszemu pojazdowi, omal się nie obraził, kiedy chcieliśmy mu zapłacić za pracę. Życzył nam tylko szerokiej drogi i serdecznie pożegnał. Kiedy wyjeżdżaliśmy z zakładu, przed dobre kilka chwil nie wiedzieliśmy, jak to skomentować. Zresztą, przykładów takiej ludzkiej życzliwości i specjalnego traktowania turystów w Rumunii doświadczyliśmy więcej.

Z Borszy jedziemy dalej na południowy wschód. Piękną trasą zjeżdżamy z Gór  Mamamuresz, najpierw mijając przydrożnych sprzedawców mleka, bimbru i miodu, potem podwożąc dwóch tubylców, z których jeden – zasuszony staruszek – żegna się z nami czystym ukraińskim. Pierwszym bardziej nizinnym miastem, które odwiedzamy tego dnia, jest Bystrzyca – osiemdziesieciotysięczna miejscowość. Zapamiętałem z tej Bystrzycy ospały nastrój niedzielnej siesty – główny miejski deptak był prawie pusty, podobnie jak całe centrum. Wypiliśmy – jak zwykle świetną – kawę w jednym z kawiarnianych ogródków i ruszyliśmy w kierunku największego miasta Transylwanii – Kluż Napoki.

Jak tylko zjedzie się z gór, Rumunia wygląda zupełnie inaczej. Z Bystrzycy do Kluż Napoki jedzie się wygodną, szeroką drogą ekspresową. Co prawda nie ma na niej wytyczonych pasów ruchu i poboczy, nie przeszkadza to jej użytkownikom osiągać prędkości autostradowych. Do celu podróży docieramy więc dość szybko. Miast przejeżdżamy o zmierzchu. Planujemy rozbić się przy Somesul Cald – wielkiej elektrowni wodnej zbudowanej przy trzech zbiornikach retencyjnych. Jadąc E60, przegapiamy Gilau, gdzie trzeba skręcić w lewo. Z pomocą przychodzi średniego wieku jegomość, który całkkiem poprawną polszczyzną tłumaczy nam drogę. Okazuje się, że pracował na Stadionie Dziesięciolecia przez 3 lata i dzięki temu zna i lubi nasz kraj.

Długo błądzimy wzdłuż tych zapór, nie mogąc znaleźć miejsca na kemping. Trafiamy między innymi do włoskiego pensjonatu w dosyć dziwnym i nie pasującym do niego miejscu. W drewnianych wnętrzach przechadza się oswojona sarenka ze złotą obrożą, a przy stole siedzi włoska Familia. Żądają wygórowanej zdecydowanie ceny za możliwość rozbicia namiotu, więc w końcu trafiamy na polanę przy samym zalewie, gdzie ognisko pali para młodych ludzi. Pytamy, czy możemy rozbić się obok. Kolejną noc spędzamy nocując “na dziko”.

W Kluż Napoce jesteśmy wczesnym przepołudniem, a i tak jest już cholernie gorąco. Zwiedzanie zaczynamy od Placu Avrama Iancu, gdzie stoi imponujący Sobór Prawosławny Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny, zbudowany w okresie międzywojennym.  To największa świątynia prawosławna w mieście. Stamtąd idziemy ulicą Uliu Maniu w kierunku katolickiej bazyliki Św. Michała. Tak jak w świątyni prawosławnej dało się słyszeć język rumuński, tak tutaj – w kościele i jego okolicach – dominuje węgierski. Przy samych murach bazyliki mijamy grupę kilkunastu turystów, którzy urzadzili tam sobie nocleg. Drzemią jeszcze na swoich karimatach, gdy dosłownie nad ich głowami wierni zmierzają na mszę. Po bazyliką spotykamy jeszcze starszego człowieka, który – usłyszawszy, że jesteśmy z Polski – opowiada o polskich miasta, w których był. Co prawda Polska zlewa mu się trochę z Czechami, ale to kolejny przejaw ogromnej życzliwości. jakiej tam doświadczyliśmy.

Spacerujemy jeszcze trochę starym miastem, znajdującym się na północ od bazyliki, po przeciwnej stronie Bulwaru 21 Grudnia, nazwanego tak na pamiątkę obalenia reżymu w 1989 roku. Rodzielamy się i ja przechodzę aż do ulicy Avrama Iancu, w kierunku cmentarza miejskiego, który jest kolejnym świadectwem węgierskiej przeszłości miasta. Idąc dalej, a potem skręcając w lewo, w ulicę Republiki, dochodzę do przepięknego ogrodu botanicznego. Ogród jest fajny, ponieważ jest zaprojektowany nie tylko jako atrakcja turystyczna, ale również ma funkcje dokumentacyjne. W drodze powrotnej odwiedzam jeszcze imponujący gmach uniwersytetu.

Kluż Napoka była fajna, ale w Rumunii najfajniejsze są góry. Wracamy więc szeroką autostradą w kierunku Baia Mare. W miarę zbliżania się do celu, droga robi się coraz węższa, ale widoki – coraz bardziej przyjazne. W Baia Mare zatrzymujemy się na obiad. Pogoda robi się mało przyjazna, w związku z czym decydujemy się na nocleg w nieco bardziej cywilizowanych warunkach. Całkowicie przypadkowo trafiamy do małego pensjonatu, kilkaset metrów za Baia Spire. Za 50 leji od osoby dostajemy ogromny dwuosobowy pokój, z pięknym widokiem na góry, ładnie i bogato urządzony. Oczywiście z bezprzewodowym internetem i śniadaniem. Pierwszy od trzech dni prawdziwy prysznic jest naprawdę czymś wspaniałym, choć toalecie w górskim potoku też nie można niczego narzucić. Wieczorem wybieramy się jeszcze do Baia Spire na piwo. Znajdujemy tam przydrożną restauracyjkę prowadzoną przez węgierską rodzinę. Choć mieli już zamykać, specjalnie ze względu na nas czekają, aż skończymy.

Ostatni dzień wycieczki to kolejna wizyta w Baia Mare, tym razem na miejskim targu. Robimy tam zakupy: papryka, arbuzy, sery różnego rodzaju itp. Nielegalnie, choć w majestacie prawa, czyli przy czujnej acz życzliwej dla tego procederu obserwacji stróżów prawa, kupujemy zapas rumuńskiego bimbru. Choć taki targ w Rumunii to w stereotypowym przekonaniu miejsce niebezpieczne dla turystów, ani przez moment nie da się tam czuć niebezpiecznie. Po pierwsze dlatego, że osoba z apoaratem fotografciznym nie budzi tu jakiegokolwiek zainteresowania. Po drugie zaś dlatego, że miałem wrażenie, iż turysta jest traktowany w Rumunii jak ktoś wyjątkowo pożądany i ktoś, komu nie może stać się krzywda. Wręcz przeciwnie, podróżnik w tym kraju powinien się poczuć wyjątkowo i gościnnie przyjęty. Dlatego kiedy prosisz tam o kilogram papryki (za 1,5-2 zł), to dostajesz za tę samą cenę półtora kilograma tylko dlatego, że jesteś turystą.

Wracamy więc pełni dobrych wrażeń przez przygraniczne miasto Satu Mare. Tam wydaję resztę lei na gazowaną wodę, która przypomina w smaku wody białoruskie i ukraińskie (wysoko zmineralizowana i piekielnie mocno nasycona dwutlenkiem węgla). Z Rumunii wyjeżdżamy z ogromną satysfakcją i obietnicą powrotu. Szczególnie, kiedy widzimy ogromny kontrast pomiędzy tym krajem a Węgrami, które z roku na rok coraz bardziej przypominają Węgry. Po drodze zatrzymujemy się na dłużej już tylko w Tokaju. W przydrożnej winiarni kupujemy trochę młodego wina i jedziemy dalej na północ. Do Białegostoku docieramy po drugiej nad ranem.

Tutaj znajduje się więcej zdjęć z tej podróży.

Pieśni, które zamieściłem na blogu, wykonuje rumuńska śpiewaczka Romica Puceanu

Do Ełku i z powrotem

without comments

DSCF3128Po raz pierwszy w życiu rozmawiałem dzisiaj z człowiekiem, którego zawodem jest rozpalanie ognisk. Działo się to w Centrum Edukacji Ekologicznej w Ełku, gdzie przyglądałem się zakończeniu drugiej tury projektu Szansa na Sukces. Ten projekt realizowany jest przez prawdziwych lokalnych społeczników, dla których te wszystkie głupio z pozoru brzmiące hasła jak “walka z wykluczeniem społecznym”, “reintegracja zawodowa” i tym podobne są naprawdę ważne. Tobyło naprawdę miłe zobaczyć grupę dwudziestu osób, wśród których były takie, które nie mają pracy nawet od 16 lat, z głowami pełnymi pomysłów, chęci i zapału. Jak gdyby w ciągu dwóch i pół miesięcy to, co socjologowie nazywają “pogrążaniem się w wyuczonej bezradności”, zostało w tej grupie kompletnie zniwelowane.

DSCF3164A że problem bezrobocia strukturalnego, szczególnie wśród kobiet po czterdziestce w tym regionie istnieje, przekonałem się podczas podróży powrotnej. Wracałem moją ulubioną trasą, niezwykle rzadko uczęszczaną, przez Regielnicę, Kałęczyn, Wiśniowo i Czarną Wieś. Choć to granice Suwalszczyzny (czy to przypadek, że łacińska nazwa Suwalszczyzny – Sudovia, jest taka sama, jak łacińska nazwa Krainy Jadźwingów?), to mamy tam kończący się na linii Grajewo-Augustów prawdziwy raj wzgórz i pagórków, wśród których rozlewają się jeziora Regielnickie i Rajgrodzkie. Żółć kwitnącego rzepaku aż kłuje w oczy. Dominują żółć i zieleń. W głośnikach Amelia Rodriguez.

Pagórkowy raj kończy się za Czarną Wsią, gdzie trzeba dotrzeć do Grajewa zatłoczoną przez tiry trasą Warszawa-Augustów. Tam podwożę dwie panie, które pracują za 10-20 złotych dziennie (sic!) przy sortowaniu pieczarek w jednej z podgrajewskich przetwórni. Gryzę się w język, kiedy to słyszę, bo chwilę później narzekam w rozmowie z nimi na swoje zarobki. Cenię sobie takie spotkania, bo odkrywają przede mną światy, o których w innym wypadku bym się nie dowiedział.

DSCF3146Było gorąco, podróż stawała się nużąca. Zatrzymuję się więc jeszcze w Osowcu, gdzie przy trakcji kolejowej, niedaleko mostu, leżą pozostałości rosyjskiej twierdzy obronnej z drugiej połowy XIX wieku. Z przypadkowo napotkanym turystą przyglądamy się gigantycznym jaszczurkom wygrzewających się na kamieniach pod mostem. Mają prawie 30 centymetrów.

Przeciągam powrót do miasta, nagrzanego i smolitgo jakby była połowa sierpnia. 

Written by Radek Oryszczyszyn

środa, 20 maj 2009 at 19:35

Zimny oddech lata

z 2 komentarzami

Każdy sezon, a szczególnie ten przesycony wrażeniami i silnymi emocjami, potrzebuje momentu zakończenia, symbolicznej przepaści, w którą chciałoby się rzucić z całym ciężarem leżącym na plecach. Decyzja o ucieczce z miasta jest już podjęta. Okazało się, że podjąć decyzję było chyba trudniej niż doprowadzić teraz do realizacji radykalnych planów. Tyle, że wyprowadzka to milestone projektu na całe życie, a obecnie w plecy sapie i dyszy gorącym oddechem całe to kończące się lato. Co prawda nie czuję jeszcze jesiennego otępienia, ale lepiej być na nie przygotowanym i zawczasu przyjąć do wiadomości, że w końcu nadejdzie. Mam problemy z trafieniem w lekturę, muzykę, obraz, które pasowałyby do tego momentu i go jakoś tłumaczyły. To – zdaje się – dobry moment, aby wykroczyć poza subiektywny świat przeżywany, przestać kontemplować, muskać świat, ale zacząć go tłumaczyć i w końcu lepiej rozumieć. A najlepiej zrobiłaby samotna wycieczka w jakąś prawdziwą dzicz. Krajobrazy z dużymi różnicami poziomów, nieufni mieszkańcy, dużo przyrody i samotności.

Written by Radek Oryszczyszyn

środa, 22 październik 2008 at 17:48

Poranna publicystyka, puszczańska niewyraźność

z 2 komentarzami

Miałem ostatnio wielką przyjemność “zadebiutować” publicystycznie dwoma tekstami w “Kurierze Porannym“. Pierwszy poświęciłem wielkiemu – moim zdaniem – paradoksowi miasta, w którym obecnie mieszkam. W tym mieście, po wojnie, rynek – podobnie jak setki innych rynków w setkach innych miast – został przez komunistów zadrzewiony. Powody można wskazać co najmniej dwa: przerabianie rynków na “skwerki” miało na celu wymazanie miejsca, które zazwyczaj było kojarzone z żydowskim handlem, i które zazwyczaj były opanowane przez Żydów. Drugim powód jest dużo bardziej oczywisty: rynek – marketplace – to symbol i destylat kapitalizmu. Nic więc dziwnego, że przez kilkadziesiąt lat białostocki ratusz otaczał przaśny “skwerek”, heroicznie broniony niedawno przez lokalnych ekologów. Skwerku już nie ma, jest za to plac z knajpą “Esperanto”, deskorolkarzami i żydowską buzą. Po drugiej stronie ulicy Sienkiewicza powstaje drugi plac, przeznaczony do celów narodowo-religijnych. Przeniósł się tam marszałek Piłsudski, a obok pomnika postawiono biało-czerwony, groteskowy maszt, który jako żywo przypomina mi maszt na środku polany w Poddębiu, gdzie jeździłem na obozy harcerskie. Jestem przekonany, że ten w Poddębiu był wyższy i porządniejszy.

Fakt, iż będziemy mieli miało dwa rynki jest dla mnie symbolicznym dowodem na rozdwojenie tożsamości społecznej tego miejsca, a właściwie dwóch miast: Białegostoku kosmopolitycznego, żydowskiego, wielokulturowego oraz Białegostoku narodowo-katolicko-prawosławnego. Pierwszy tworzony jest tak naprawdę “z zewnątrz”, drugi tworzy ludność przybyła do opustoszałego, spalonego miasta po wojnie. Białystok narodowo-katolicki dokonuje klasycznej operacji wypierania żydowskiej przeszłości miasta, nie jest w stanie zaakceptować jego kosmopolityzmu i dlatego buduje swój własny plac do swoich własnych rytuałów.

Artykuł o dwóch rynkach spotkał się z ciepłym przyjęciem znajomych, jednak wielu czytelnikom artykuł się nie spodobał. Głównym zarzutem było wyolbrzymianie problemu, którego albo nie ma, albo jest mało istotny. Zarzut to poważny i można nań odpowiedzieć albo po Freudowsku, tłumacząc to wypieraniem przez czytelników przykrej prawdy o tym, że są w tym mieście w gruncie rzeczy gośćmi, ukrytym antysemityzmem itd. Jako że psychoanalizy staram się nie traktować poważnie, na zarzut o wyolbrzymianiu odpowiedziałbym hipotezą o pewnej chorobie zawodowej, wyczuleniu na z pozoru mało istotne symbole, które przy określonej wrażliwości urastają do kwestii wartych pogłębionego traktowania.

Tutaj daję link do artykułu “Dwa rynki, dwa miasta”.

Drugi artykuł ukazał się dosłownie wczoraj. Pierwotnie miał dotyczyć migracji białostockich licealistów do Warszawy i innych wielkich miast i zastępowaniu ich młodymi elitami z podbiałostockiej prowincji. Miał to być pretekst do kilku tez o braku kapitału społecznego, a wyszedł tekst o braku elit – trochę z inspiracji redaktorów Kuriera, którzy zaproponowali nieco inny w stosunku do pierwotnego tytuł.

Z pierwszych komentarzy na forum wynika, że ludzie dostrzegają sam problem i jego wagę. Sam artykuł jest krytyczny wobec białostockiej rzeczywistości, a takie autosceptyczne podejście jest w Białymstoku rozumiane i podzielane. Mam nadzieję, że pozytywne przesłanie tekstu – apel do zatrzymywania w mieście młodych i ich energii oraz przyciąganie młodych, którzy przyjadą tu nie z konieczności, ale ze świadomego wyboru, również będzie przez czytelników odczytany i zaakceptowany. Uważam, że jeżeli w Białymstoku powstaną elity, to tylko pod warunkiem wychowania ich w otwartym, nowoczesnym mieście. A jedynym realnym na to sposobem jest prestiżowa, wygodna uczelnia wyższa z wielką biblioteką i najlepszymi naukowcami. Uważam, że taka inwestycja jest w Białymstoku możliwa i bardzo szybko zmieni miasto nie do poznania.

Tutaj daję link do artykułu “Białystok potrzebuje elit”.

Wczoraj krótka wycieczka do Białowieży, przy okazji przewożenia za pieniądze pary niemieckich turystów. Białowieski park oznajmia o nadchodzącej jesieni spadającymi liśćmi. Wczoraj te powoli usychające liście ociekały wodą, wszystko lśniło. Pora roku jest w tym momencie bardzo nieokreślona: już nie lato, jeszcze nie jesień. Wziąłem ze sobą aparat i zrobiłem kilka zdjęć tym aparatem.

Written by Radek Oryszczyszyn

sobota, 30 sierpień 2008 at 15:49

Długi spacer

z jednym komentarzem

Plan dnia na bieżąco modyfikowany, więc na kilka chwil po dwudziestej pierwszej szybka decyzja o wyjściu na długi, samotny spacer. Przeskakiwanie kałuż i wwąchiwanie się w zapach przydomowych ogrodów na ulicy Dziesięciny. Za szczelnymi parkaniami wściekłe, ujadające psy. Na chodniku, opodal torów przy Generała Maczka, pielgrzymki winniczków, prześlizgujących się z jednej strony ścieżki na drugą. Trzeba iść ostrożnie, z trudem wyszukując miejsce na postawienie stopy. Robi się ciemno, sztuka jest trudna, kilka razy słyszę pod butem niepokojący chrzęst. Ślimaczy holokaust.

Na Andersa pędzące na złamanie karku tiry i beemki na sokólskich numerach. Kończy się zmiana, więc z fabryk po drugiej stronie ulicy wypełzają tłumy styranych robotników z reklamówkami w rękach i podkrążonymi oczami. Woń spalenizny dochodząca z jednego z lokali gastronomicznych. Idę  Sienkiewicza, potem Warszawską, gdzie przy zaparkowanych niedbale autach stoi młodzież i debatuje nad tym, z czego składa się tłumik samochodowy.

W kebabie za Muzeum Wojska drażniące sikorki złe na cały świat, a przede wszystkim na to, dlaczego nie produkuje się fajnych ciuchów w rozmiarze 38. Długa debata o bikini w kolorze różowym (jak się opalę, to nie będzie widać, że mam strój). Obok rozważania nad sensem kupowania dywanu za trzy tysiące (bo wiesz, jak będzie impreza i ktoś mi wyleje piwo na ten dywan za trzy paki, to chyba gnoja uduszę).

Rynek zadziwiająco pusty, jak na piątkową dwudziestą trzecią. Obok Cristalu para z dwusetką czystej w trzymanej przez pospolitą blondynkę butelce bardzo nieprzyjemnie i złowrogo się kłóci. Przekrzykując się, znikają w mrokach skweru z martwą fontanną. Wielcy ochroniarze w wejściu do Prognoz i parkujące co chwila przed klubem taksówki.

Na wiadukcie przy Dąbrowskiego idący kilkadziesiąt metrów przede mną młody jegomość ze staromodnym plecakiem nagle traci równowagę, przelatuje przed łańcuchy po prawej stronie chodnika i majestatycznie stacza się kilka metrów po trawie. Zastanawiam się, czy mu nie pomóc, zatrzymuję się  więc i przez moment patrzę. Widzę błogość i zadowolenie z dotarcia na zasłużony odpoczynek. Lipcowe noce są ciepłe.

Okolice rzeki zasnute mgłą i lekkim chłodem. Watachy osiedlowych chuliganów w okolicach nocnego u zbiegu Gajowej i Berlinga. Wódka rozpijana przez osiedlowych kloszardów na tyłach osiedlowej przychodni. Opustoszały bazar przy osiedlowym blaszaku. Dom.

Written by Radek Oryszczyszyn

piątek, 4 lipiec 2008 at 23:22

Napisane w Białystok

Tagged with , , , ,