Posts Tagged ‘jesień’
Ściany w brokacie
Kiedy szliśmy dzisiaj w Jarocinie ulicą Wrocławską w stronę centrum i kiedy zobaczyliśmy w końcu barokowy ratusz w rynku tak bardzo przypominający ten dukielski, pomyślałem, że takich ziejących chłodem i pustką małomiasteczkowych rynków jednak bardzo nam potrzeba. Jeszcze dwa lata temu, w podobny czwartkowy wieczór, rynek mojego miasta był o tej ósmej czy dziewiątej wieczorem całkowicie pusty. Brak w nim było ludzi, jeśli nie liczyć przekomarzających się podniesionym głosem bezdomnych, toczących debaty o wysokim stopniu emocjonalnego zaangażowania. Świadczył o tym głos niosący się od Fary do Ratusza, od Surażskiej do Spółdzielczej i jeszcze dalej. Te rynki się przechodziło albo obchodziło z dala, bo nic przyjaznego nie mogło cię na nich spotkać. O tych miejscach mówiło się “rynki”, choć rynkami nie były od dawna.
No więc taki był dzisiaj rynek w Jarocinie. A może – nie tyle był jakiś, co nie był taki, jak dziesiątki podobnych miejsc w Polsce. Nie tyle cokolwiek na nim zobaczyłem, co wiele nie udało mi się zobaczyć. Nie widziałem ogródków piwnych z barbie przy kawie (jak u Staszewskiego), filii banków i Romów o smutnych oczach, nie poczułem zapachu perfum i chłopców na motorach. Nie zobaczyłem tam niczego, co spodziewałem się zobaczyć.
W jarocińskim rynku usłyszałem tych białostockich kloszardów sprzed dwóch lat. Poczułem ten sam wiatr, który prześwistywał od bramy przy Delikatesach do wlotu Spółdzielczej, przefruwając przy okazji przed te krzaki, w których owi kloszardzi pomieszkiwali. Siedząc w jedynej otwartej knajpie, próbując jeść coś, co stanowiło połączenie hamburgera, hot-doga i kebaba i patrząc na ścianę przyozdobioną brokatem, na której wisiał telewizor nadający VIVA Polska i niemieckie teledyski z podpisami po polsku, pomyślałem, że te prowincjonalne miasta, które nie są miastami i te rynki, które nie są rynkami, są jednak na wskroś polskie i dobre. Polskie, bo dobre. Dobre, bo polskie.
Niedzielny spacer
Ostatnia niedziela listopada była bardzo stateczna i – no właśnie, trudno użyć na określenie tej niedzieli innego słowa niż “niedzielna”. Co prawda, bez kościoła i rodzinnego rosołu, tak jak kilkanaście lat temu, kiedy przy tych rosołach cała rodzina oglądała dramatyczne losy niewolnicy Isaury. Coś, czego oglądanie dzisiaj wzbierałoby na mdłości, wtedy wzbudzało silne emocje. Nie pamiętam, czy moje też, ale z dużym prawdopodobieństwem tak.
Spokojnemu przechodzeniu “od” “do” towarzyszy od dwóch dni nowa płyta Nosowskiej z piosenkami Agnieszki Osieckiej. Prawie cała absolutnie cudowna. Aż się chce kilka minut po północy zalać yerba mate, poczekać na energię i oddać pisaniu. Po odrobieniu zawodowo naukowych obowiązków, około pierwszej nad ranem, można poświęcić sie publicystyce. Po takich wysiłkach wyjątkowo udaje się w miarę łatwo zasnąć, z bilansem dnia następującym: kilka stron o Popperze, dwanaście tysięcy znaków o rządzeniu i dziesięć o konsutacjach społecznych oraz psuciu demokracji (wszystko to liczone ze spacjami).
A przed tym wszystkim forsowny spacer leśnymi dróżkami między Supraślem a Ogrodniczkami, wokół wysuszonej Komosy. To piękne jezioro wygląda teraz jak krajobraz po apokalipsie. Aż trudno uwierzyć, że dwa miesiące wcześniej siedziało się tu i patrzyło na pływające kaczki. A w przypływie weekendowego szaleństwa i fantazji, przyjeżdżało sporo po pierwszej w nocy, w późno-letnie wrześniowe, jasne noce, aby się kąpać.
Allium i Dianthus
W takiej porze, jak ta i w takim miejscu naprawdę ryzykowne jest zbyt długie przesiadywanie nocą przy książce, filmie czy komputerze. Dzień jest naprawdę bardzo krótki, a jeśli się budzisz po dwunastej, zostają ci tylko trzy godziny słońca. Na taką porę roku zaleca się dużo spacerów, mało ciężkiego jedzenia i picia i minimum stresów. Goździki pod język i dużo czosnku w każdej postaci. Ten pierwszy znakomicie odświeża oddech, a drugi najlepiej smakuje spożywany na dwa sposoby: albo na kanapce z chlebem i masłem, koniecznie posypanej solą, albo – a to już prawdziwa uczta – w liczbie trzech ząbków wciśniętych do greckiego, ciężkiego i gęstego jogurtu, rozrzedzonego dobrą oliwą z oliwek. W nocy przetrawiony czosnek ucieka wszystkimi porami w skórze, ale to pora dobra na przetaczanie czosnku przez pory. Podobne, antyseptyczne działanie mają żute bez pośpiechu suszone pączki goździkowca korzennego. Czosnek i goździk to bardzo jesienne smaki i zapachy.
Jak pisze Poeta, “potwierdziły się plotki o nadejściu jesieni“, dlatego warto te trzy godziny promieni słonecznych dziennie kierować na ładne i ciekawe miejsca. Spacer nad rzekę jest świetnym pomysłem, jeśli niepokoi Was odchodzące w przeszłość lato. Wtedy najlepiej założyć na uszy słuchawki i zapętlić najważniejszą jesienną piosenkę, jaka powstała:
A jeśli niepokoi Was trochę bardziej odległa przeszłość i jako starsi bracia w wierze macie się nieźle na białostockich uczelniach wyższych, prasie, telewizji i muzeach, konieczne odwieźcie jeszcze tej jesieni żydowski cmentarz na ulicy Wschodniej w Białymstoku. Cmentarze żydowskie na Podlasiu mają to do siebie, że nie są złowrogie i niepokojące. Tak jak nie sposób nie chodzić obojętnie po żydowskich kwartałach Tykocina czy Krynek, tak cmentarze w tych miastach, tak jak cmentarz w Białymstoku, pozostawiają gościa całkowicie obojętnym. Dlaczego? Być może dlatego, że ci na cmentarzach umarli w spokoju i spełnieniu, natomiast ostatni żydowscy mieszkańcy miasta nie mają swoich mogił przykrytych kamieniem. Dlatego może wydaje się, że krążą nad miastem i dlatego na cmentarzu jest dużo spokojniej niż w krynieckim Zaułku Szkolnym czy na tykocińskiej Koziej.
Piątkowy festiwal kozaczków, kanapek i kebabów
Marzyciel z “Auto da fe” Eliasa Canettiego w uroczym domu w Supraślu, na samym skraju Puszczy. Z dnia na dzień jest coraz chłodniej, coraz bardziej szaro i smutno. Można by rzec, że to wszystko domaga się, jak powiedziała mi niedawno znajoma, porządnej flaszki. Najlepiej Żołądkowej Gorzkiej – napoju najbardziej polskiego z polskich, choć z litewskim rodowodem. I najbardziej jesiennego z jesiennych. Kiedy wychodziłem z domu Gospodarza dzisiejszego spotkania i szedłem w kierunku samochodu, najbardziej w głowie zapadł mi zapach takiego miejsko-wiejskiego ganka, a potem mroźne powietrze pomieszane z zapachem dymu z kominów. Mróz dopadł szyby auta, zacieraliśmy z zimna ręce, kiedy grzał się silnik. Nalepiej mieli ci, którzy spróbowali łąckiej śliwowicy Krzysztofa. Kiedy przejeżdżaliśmy obok pięknie oświetlonego supraskiego kościoła, było już znośnie. W Białymstoku, na rogu Św. Wojciecha i Warszawskiej, drobna dziewczyna prowadziła pod rękę dwóch całkowicie nieprzytomnych, wielkich chłopców, a już w centrum, w okolicach Malmeda i Lipowej, piątkowy festiwal kozaczków, kanapek i kebabów, pożeranych na ulicy, przy niedbale zaparkowanych samochodach, z sosem lejącym się po brodach coraz lepiej ubranych studentek i studentów.
Zimny oddech lata
Każdy sezon, a szczególnie ten przesycony wrażeniami i silnymi emocjami, potrzebuje momentu zakończenia, symbolicznej przepaści, w którą chciałoby się rzucić z całym ciężarem leżącym na plecach. Decyzja o ucieczce z miasta jest już podjęta. Okazało się, że podjąć decyzję było chyba trudniej niż doprowadzić teraz do realizacji radykalnych planów. Tyle, że wyprowadzka to milestone projektu na całe życie, a obecnie w plecy sapie i dyszy gorącym oddechem całe to kończące się lato. Co prawda nie czuję jeszcze jesiennego otępienia, ale lepiej być na nie przygotowanym i zawczasu przyjąć do wiadomości, że w końcu nadejdzie. Mam problemy z trafieniem w lekturę, muzykę, obraz, które pasowałyby do tego momentu i go jakoś tłumaczyły. To – zdaje się – dobry moment, aby wykroczyć poza subiektywny świat przeżywany, przestać kontemplować, muskać świat, ale zacząć go tłumaczyć i w końcu lepiej rozumieć. A najlepiej zrobiłaby samotna wycieczka w jakąś prawdziwą dzicz. Krajobrazy z dużymi różnicami poziomów, nieufni mieszkańcy, dużo przyrody i samotności.
Osobowym do Warszawy
Październik to najlepsza pora na melancholijne, jesienne podróże pociągami osobowymi. Pociągi pośpieszne wywołują nieprzyjemny przeskok w wyobraźni. Wsiada się w jednym dużym mieście, wysiada w drugim, a pomiędzy tymi dwoma momentami jest tylko przyroda przesuwająca się za szybami wagonu. Pociągi osobowe, zatrzymujące się co kilka kilometrów, bez przedziałów, ale za to z prawdziwymi pasażerami, dają autentyczną interakcję z ludźmi, z przyrodą, z jesienią.
Konduktorzy znają co drugą gębę, przymykają oko na piwo z puszki, zza służbowej miny wyłazi wszystkimi stronami podlaska dobroduszność. Jest zaskakująco bezpiecznie, nawet kiedy biegają wokół ciebie nadpobudliwi szesnastolatkowie wracający z łapskich, szepietowskich czy małkińskich zawodówek i techników. Dziewczęta ze zniszczonymi farbowaniem włosami, zajmują się swoimi paznokciami, piszą w ponaddźwiękowym tempie esemesy albo puszczają sygnały do swoich przyjaciółek i chłopaków.
Zdecydowanie fajniejsza od jazdy “tam” była podróż powrotna. Było leniwe niedzielne popołudnie. W Warszawie Wileńskiej do pociągu wsiedli robotnicy po nocnych zmianach i powoli, aż do Małkini, ubywali, rozchodząc się do swoich podwarszawskich domów. W Małkini jak zwykle wszystko było zawieszone w powietrzu i uregulowane zgodnie z rozkładem pociągów. W całodobowym barze przy samych torach chłopcy i dziewczęta kupowali Fantę w butelkach zwrotnych i siedzieli na ławce, założę się, że przez cały dzień.
A potem nadjechał pociąg. Odjazd czternasta zero siedem. Kilkanaście kilometrów za Małkinią w Czyżewie , wsiedli pierwsi studenci. To był ich pierwszy październikowy weekend w domu, a może jechali do szkoły po raz pierwszy tej jesieni? W przedziale było ciepło, słońce dostawało się do środka ciepłymi, jesiennymi błyskami. Gdzieś dwa siedzenia przede mną ktoś z telefonu puszcza jesienno-prowincjonalny Happysad, piosenkę o tym, że nie przechodzą mu już dreszcze i że nie brakuje mu już powietrza i że do końca ich dni….Dziewczyna obok rozwiązuje krzyżówkę, konsumując wściekle trzymany w ozdobionej tipsami dłoni długopis z napisem “Cefarm”. Naprzeciwko mnie zasuszony staruszek w przetartej, wysłużonej niebieskiej czapeczce Castoramy, zdaje się nie robić nic innego, niż tylko wypatrywać mijanych kościołów, by w odpowiednim momencie zdjąć nakrycie głowy i się przeżegnać. Obok studentka próbuje czytać Robinsona Crusoe’a. Ja też próbuję czytać, ale nie wychodzi.
Zgoda przenika wszystko, ludzie godzą się na siebie, przyroda godzi się na ludzi, a oni na nią. Wszystko jest, jakie jest i wszystkim jest z tym “jest” dobrze.
Z rzeczy bardziej przyziemnych, kontynuuję moje nieudolne wprawki publicystyczne, które chciałbym tutaj kronikować. Napisałem do Porannego tekst o samotności Białegostoku wśród innych ośrodków miejskich i niemiejskich w regionie. Mam raczej syntetyczny umysł, ale w tym wypadku okazało się, że podjąłem temat tak szeroki, że z koniecznośći zmieszczenia się w dziewięciu tysiącach znaków ze spacjami, nie uniknąłem błędu powierzchowności. Tekst został przyjęty nieźle, choć spotkał się z delikatną krytyką w ostatnim magazynie Porannego. Niestety, nie pamiętam nazwiska autora i nie mogę znaleźć tej polemiki w sieci.
Zająłem też głos w debacie Gazety Wyborczej “Czy warto studiować w Białymstoku?”, postulując budowę międzyuczelnianej egalitarnej i nowoczesnej biblioteki. Uważam, że byłby to świetny pomysł na Białystok – miasto akademickie. Argumenty można poznać klikając na odnośnik z tym tekstem. Polecam również dyskusję na forum o moich propozycjach. Zawsze uważałem białostockie fora internetowe za miejsce ujawniania się wszystkich cech typowych tutejszym mieszkańcom, którzy uwolnieni od konieczności ujawniania swoich personaliów wylewają hektolitry jadu na wszystko i wszystkich. Ogromnie się cieszę czytając te fora, bo zazwyczaj potwierdzają się moje przypuszczenia co do tutejszej obyczajowości. Żeby być sprawiedliwym, zdarzają się też merytoryczne głosy, spośród których najbardziej sobie cenię te krytyczne.
Puchły
Ze wsią Puchły nad Narwią wiąże się niezwykle fascynująca legenda, którą o stosunkach białoruskich na Podlasiu mówi więcej, niż niejeden traktat socjologiczny. Miejscowi opowiadają, że w tym uroczym miejscu istniał niegdyś wielki majątek zarządzany przez greckokatolickiego dziedzica. Traktował on prawosławnych poddanych okrutnie, próbował nawrócić ich na obrządek unicki. Ci modlili się żarliwie do Matki Bożej, która na znak, że słucha ich modlitw, objawiła na lipie swą ikonę – Ikonę Pokrowy Przenajświętszej Dziewicy.
Puchły to niezwykłe miejsce. Wieś jest położona na skrzyżowaniu trzech dróg. Na zachód są Ciełuszki i Kaniuki, na północ – Soce i Ryboły, a jadąc na wschód, dojedzie się do Trześcianki. Od południa Puchły oblewa melancholijna o tej porze Narew. To skrzyżowanie, z którego można pojechać, gdzie się chce, to zwykły piaszczysty ’skrajdróg’ z drewnianym krzyżem, na którym wznieca się tuman piasku przy każdym przejechaniu. Ponoć do dziś na tym skrzyżowaniu pojawia się wieczorami duch okrutnego greckokatolickiego dziedzica.
W takim miejscu białorusko-ukraińskie tarcie czuje się bardzo mocno. Bo przecież to, co na północ od Puchł, to definitywnie białoruskość, a to, co za rzeką, to już dialekty poleszucko-ukraińskie. Fajnie by było zamieszkać w takim miejscu. Kiedy wysiadłem z samochodu pod monumentalną jak na tak małą miejscowość cerkiew, dostałem wszystko, czego oczekiwałem. Przede wszystkim ciszę i zapach bliskiej rzeki. Przypadkowych ludzi mówiących “dzień dobry” i błogosławiony jak Przenajświętsza Dziewica spokój. Byłoby świetnie mieć to na codzień i w większych ilościach.
Jesienność, (nie)dojrzałość
Z holu biblioteki uniwersyteckiej, gdzie odbywała się niedawno konferencja miast pogranicza, można wyjść na obszerny taras, z którego doskonale widać panoramę Białegostoku. Okropnie na nim wieje, a wczoraj dmuchał nań zdecydowanie jesienny wiatr. Wrzesień, jak większość poprzednich wrześni, przynosi dziwne, słodkogorzkie sprawy, dokładnie tak, jak śpiewa Wiraszko Michał, w “Dwudziestu jeden dniach”. Trzeba tylko czekać na ten trzeci tydzień, kiedy wyczerpie się wrześniowe “oczko” i wkroczymy w jesienny spleen na pełnej szybkości.
Wrzesień to taka pora roku, w której najbardziej daje się we znaki niedojrzałość. Owoce są już obrane, zgniłe jabłka leżą na trawie i nie ma ich kto zbierać. Przyroda jest dojrzała, szykuje się do jesienno-zimowego umierania. Przyroda jest przekonana o tym, co się zdarzy, co się musi zdarzyć. A my przez cały czas, nawet kiedy nie da się już wyjść na dwór ubranym tak-jak-się-chce, wierzymy, że coś jest jeszcze w naszych rękach, że coś zależy tylko od nas samych. A wszystko działa w sposób podobny do klucza ptaków odlatujących na południe: kierunek naszego lotu zależy od kierunku lotu naszych współtowarzyszy. Ja jestem ubezwłasnowolniony przez Ciebie, a Ty – przeze mnie. W tym jesiennym determinizmie, w tej dialogicznej ucieczce od wolności, tkwi sekret dojrzałości, dojrzałości wymykającej się rolom społecznym, różnicom pokoleniowym, funkcjom i tytułom. W tym tkwi sekret dojrzałości w przejrzałym świecie.
Poranna publicystyka, puszczańska niewyraźność
Miałem ostatnio wielką przyjemność “zadebiutować” publicystycznie dwoma tekstami w “Kurierze Porannym“. Pierwszy poświęciłem wielkiemu – moim zdaniem – paradoksowi miasta, w którym obecnie mieszkam. W tym mieście, po wojnie, rynek – podobnie jak setki innych rynków w setkach innych miast – został przez komunistów zadrzewiony. Powody można wskazać co najmniej dwa: przerabianie rynków na “skwerki” miało na celu wymazanie miejsca, które zazwyczaj było kojarzone z żydowskim handlem, i które zazwyczaj były opanowane przez Żydów. Drugim powód jest dużo bardziej oczywisty: rynek – marketplace – to symbol i destylat kapitalizmu. Nic więc dziwnego, że przez kilkadziesiąt lat białostocki ratusz otaczał przaśny “skwerek”, heroicznie broniony niedawno przez lokalnych ekologów. Skwerku już nie ma, jest za to plac z knajpą “Esperanto”, deskorolkarzami i żydowską buzą. Po drugiej stronie ulicy Sienkiewicza powstaje drugi plac, przeznaczony do celów narodowo-religijnych. Przeniósł się tam marszałek Piłsudski, a obok pomnika postawiono biało-czerwony, groteskowy maszt, który jako żywo przypomina mi maszt na środku polany w Poddębiu, gdzie jeździłem na obozy harcerskie. Jestem przekonany, że ten w Poddębiu był wyższy i porządniejszy.
Fakt, iż będziemy mieli miało dwa rynki jest dla mnie symbolicznym dowodem na rozdwojenie tożsamości społecznej tego miejsca, a właściwie dwóch miast: Białegostoku kosmopolitycznego, żydowskiego, wielokulturowego oraz Białegostoku narodowo-katolicko-prawosławnego. Pierwszy tworzony jest tak naprawdę “z zewnątrz”, drugi tworzy ludność przybyła do opustoszałego, spalonego miasta po wojnie. Białystok narodowo-katolicki dokonuje klasycznej operacji wypierania żydowskiej przeszłości miasta, nie jest w stanie zaakceptować jego kosmopolityzmu i dlatego buduje swój własny plac do swoich własnych rytuałów.
Artykuł o dwóch rynkach spotkał się z ciepłym przyjęciem znajomych, jednak wielu czytelnikom artykuł się nie spodobał. Głównym zarzutem było wyolbrzymianie problemu, którego albo nie ma, albo jest mało istotny. Zarzut to poważny i można nań odpowiedzieć albo po Freudowsku, tłumacząc to wypieraniem przez czytelników przykrej prawdy o tym, że są w tym mieście w gruncie rzeczy gośćmi, ukrytym antysemityzmem itd. Jako że psychoanalizy staram się nie traktować poważnie, na zarzut o wyolbrzymianiu odpowiedziałbym hipotezą o pewnej chorobie zawodowej, wyczuleniu na z pozoru mało istotne symbole, które przy określonej wrażliwości urastają do kwestii wartych pogłębionego traktowania.
Tutaj daję link do artykułu “Dwa rynki, dwa miasta”.
Drugi artykuł ukazał się dosłownie wczoraj. Pierwotnie miał dotyczyć migracji białostockich licealistów do Warszawy i innych wielkich miast i zastępowaniu ich młodymi elitami z podbiałostockiej prowincji. Miał to być pretekst do kilku tez o braku kapitału społecznego, a wyszedł tekst o braku elit – trochę z inspiracji redaktorów Kuriera, którzy zaproponowali nieco inny w stosunku do pierwotnego tytuł.
Z pierwszych komentarzy na forum wynika, że ludzie dostrzegają sam problem i jego wagę. Sam artykuł jest krytyczny wobec białostockiej rzeczywistości, a takie autosceptyczne podejście jest w Białymstoku rozumiane i podzielane. Mam nadzieję, że pozytywne przesłanie tekstu – apel do zatrzymywania w mieście młodych i ich energii oraz przyciąganie młodych, którzy przyjadą tu nie z konieczności, ale ze świadomego wyboru, również będzie przez czytelników odczytany i zaakceptowany. Uważam, że jeżeli w Białymstoku powstaną elity, to tylko pod warunkiem wychowania ich w otwartym, nowoczesnym mieście. A jedynym realnym na to sposobem jest prestiżowa, wygodna uczelnia wyższa z wielką biblioteką i najlepszymi naukowcami. Uważam, że taka inwestycja jest w Białymstoku możliwa i bardzo szybko zmieni miasto nie do poznania.
Tutaj daję link do artykułu “Białystok potrzebuje elit”.
Wczoraj krótka wycieczka do Białowieży, przy okazji przewożenia za pieniądze pary niemieckich turystów. Białowieski park oznajmia o nadchodzącej jesieni spadającymi liśćmi. Wczoraj te powoli usychające liście ociekały wodą, wszystko lśniło. Pora roku jest w tym momencie bardzo nieokreślona: już nie lato, jeszcze nie jesień. Wziąłem ze sobą aparat i zrobiłem kilka zdjęć tym aparatem.
Życie w autobusie
Znowu sentymentalnie. To z powodu jesiennej aury, zimy bez śniegu, klasowych spotkań. Podczas niedawnych rozmyślań o tym, co nadać w audycji radiowej, do której mnie zaproszono (szczegółowa relacja tutaj), przypomniałem sobie, jak istotnym elementem codzienności czasów, w których uczęszczałem do liceum, były codzienne podróże autobusem, z białostockich Dziesięcin, zbudowanego na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych socrealistycznego blokowiska, do centrum, na ulicę Pałacową.
Podczas czteroletniej edukacji, zakładając około dwudziestu kilkunastominutowych kursów w obie strony, spędziłem w autobusie białostockiej “piątki” ponad trzydzieści tysięcy minut, co daje ponad pięćset godzin, czyli prawie miesiąc wyrwany z życiorysu.
Do tego należałoby doliczyć przejazdy na uczelnię, byłoby tego drugie tyle. Potem człowiek kupuje samochód, co wydawało się uwalniać go od uciążliwości publicznej komunikacji miejskiej.
Zapomniałem o tym codziennym miejskim zen, zaspanych twarzach w przeludnionych, niedogrzanych pojazdach, oszronionych od wewnątrz tak, że trudno się było niekiedy zorientować, na którym przystanku akurat się jest. Zapomniałem o tych przygodnych, przypadkowych współpasażerach z takimi samymi twarzami, zlewającymi się w jedną, taką samą twarz. Wypadły mi z pamięci te wszystkie barwne rozmowy, kłótnie o miejsce siedzące i utarczki z kierowcami. Straciłem kontakt z rzeczywistością.




