Radek Oryszczyszyn

Moja strona domowa – Teksty, materiały, bardziej osobiste sprawy, szwędactwa

Posts Tagged ‘III LO w Białymstoku

III LO w Białymstoku – miejsca

z jednym komentarzem

loSala, w której odbywały się lekcje matematyki z Panią Pyć. Niestety nie pamiętam numeru. Jest położona dokładnie na rogu ulic Ogrodowej i Pałacowej. Jako że matematyka w tych czasach śmiertelnie mnie nudziła, siadałem zazwyczaj na pierwszej ławce, przy samym oknie. Ta pierwsza ławka dawała nauczycielce złudzenie zaangażowania w zajęcia, a że Pani Profesor lubiła się przechadzać po sali, można było bez ryzyka obserwować przechodniów wracających z zakupów w PSS Bojary i interesantów ówczesnego prezydenta R. Tura.

Okno i szeroki parapet na pierwszym półpiętrze. Strategiczne miejsce obserwacyjne, trudno dostępne dla tych wszystkich, którzy zbyt późno zareagowali na dzwonek i nie zdążyli w porę go zająć. Miejsce szczególnie upodobane przez skłonne do publicznego eksponowania swoich młodzieńczych uczuć pary.

Cukiernia w obrzydliwym handlowcu (dziś powiedzielibyśmy – galerii handlowej) na rogu Warszawskiej i Pałacowej. Po maturze chodziliśmy tam na kremówki, przed maturą zresztą również. Kremówki i pączki na długich przerwach o 11.20 spożywane były na betonowych schodach, z których roztaczał się widok na przebudowywany w tych czasach monumentalny hotel Orbisu (teraz Gołębiewski)

Kultowe podwórko na tyłach dzisiejszego Martina. Wchodziło się na nie wąskim przejściem obok bardzo tradycyjnego salonu fotograficznego. Miejsce, w którym spotykali się palacze tytoniu. Okupowano piaskownice, murki, drabinki i huśtawki. Okupacja nie podobała się okolicznym mieszkańcom, co powinno dziwić, bo ich wiek wskazywał, że powinni pamiętać o wiele dotkliwsze okupacje. Jako przeciwnik tytoniu nie wiem, kto wrześniowe kampanie o kontrolę nad drabinkami w końcu wygrał. Podejrzewam, że okupant.

Ubikacje na pierwszym (męska) i drugim (damska) piętrze. W tych męskich toalety “polegały” na wydrążonym w podłodze otworze otoczonym dwoma wzniesieniami, gdzie należało stanąć itd… Męskie ubikacje na pierwszym piętrze wsławiły się nieudaną próbą przemycenia po dachu tzw. “akwarium” (o nim poniżej) ściągi podczas majowej matury A.D. 1999.

Akwarium – przeszklony łącznik pomiędzy szatniami a salą gimnastyczną. Podobnie jak parapet na pierwszym piętrze, bardzo dobre miejsce obserwacyjne dla tych, którzy lubili wiedzieć, kto, z kim i dlaczego. Miejsce spotkań, szczególnie kiedy ci, którzy chcieli się spotkać, chodzili do różnych klas. W czasach, kiedy wejście do głównego gmachu od strony dziedzińca było zamknięte, “akwarium” było miejscem, przez które trzeba było przejść, aby się dostać do szkoły lub z niej wydostać. Miejsce rzadko odwiedzane przez “grono”, pomijając nauczycieli wychowania fizycznego. W “akwarium” toczyły się również zacięte pojedynki w pingponga, podczas których mężczyźni, obserwowani dyskretnie przez przesiadujące na parapetach dziewczęta, udowadniali swoją ogólną przydatność, sprawność i spryt.

Schodki za salą gimnastyczną z widokiem na szpital położniczy. Miejsce częstych przedimprezowych spotkań, podczas których, racząc się trunkami, obserwowaliśmy młodych ojców wyczekujących pod oknami szpitala cierpliwie, aby po raz pierwszy, przez okno, zobaczyć swoje nowo narodzone córki i synów. Spędziłem w tym miejscu pół mojej osiemnastki w marcu 1998 roku.

Written by Radek Oryszczyszyn

niedziela, 23 grudzień 2007 at 2:28

without comments

Otóż okazuje się, że można się dostać błyskawicznie do lekarza za naprawdę niewygórowane pieniądze. Dzisiaj, około południa, zawiozłem ojca do neurologa. Dopadła go rwa kulszowa, którą uda się wyleczyć za jedyne sześćdziesiąt złotych polskich (w tym czterdzieści to wizyta u lekarza). Gdyby tylko nie ta świadomość, że co miesiąc kilkaset złotych z podatków przeznacza się na nieefektywną i nieosiągalną dla tak niecierpliwej jak ja osoby publiczną służbę zdrowia.

Białystok deszczowy i smutny. Od asfaltów ulic odbijają się światła latarni, reflektorów samochodów, ulicznych witryn neonów. Godziny szczytu. Siedząc w chińskiej knajpie na rogu Warszawskiej i Pałacowej (wieprzowina w sosie czosnkowym, złotych dwanaście) i patrząc na ruchliwe skrzyżowanie mam wrażenie wielkomiejskości – nawet obrzydliwy Hotel Gołębiewski błyszcząc wściekle przypomina Hilton. Przez przypadek zjadam kawałek przeraźliwie ostrej papryki i przez dobre pięć minut umieram. Łzy wypływają strumieniami.

Ten równie brzydki jak hotel po przeciwnej stronie ulicy handlowiec (socjalistyczna wersja galerii handlowych), w którym na najniższej kondygnacji znajduje się ta chińska knajpka, był popularny wśród uczniów III LO, do którego uczęszczałem. Znajdowała się tam cukiernia, w której zaopatrywaliśmy się w ciastka (“po lekcjach chodziliśmy tam na kremówki”). Miłośnicy tytoniu przechodzili jeszcze często na drugą stronę Warszawskiej, aby po przejściu takim przesmykiem obok salonu fotograficznego, dostać się na podwórko kamienicy, gdzie odstraszając tamtejszych małolatów okupowali z papierosami huśtawki i piaskownice.

Poniżej zdjęcie z jesieni 2004. Skyline Śródmieścia.

Written by Radek Oryszczyszyn

czwartek, 8 listopad 2007 at 20:42