Posts Tagged ‘Górzno’
Praktyki pod lipami, part two
Znam już wszystkie zakręty, proste i wiraże dróg, dróżek i ścieżek gminy Górzno. Przez trzy dni – siedemset kilometrów w charakterze szofera: zawieź, przywieź, przyjedź, poczekaj. To chyba jak do tej pory mój najistotniejszy wkład w rozwój królowej nauk empirycznych – socjologii. I – jednocześnie czuję, że w takich prostych, a jednocześnie ponadczasowych rolach społecznych tkwi jakiś wielki romantyzm. Zawsze byli ludzie, którzy zajmowali się przewożeniem innych z miejsca na miejsce, bo zawsze przemieszczanie się było ludzką potrzebą.
Jeżdżąc z miejsca na miejsce, z Górzna do Miesiączkowa, z Zaborowa do Czarnego Bryńska, wzdłuż, wszerz i z powrotem, doszedłem do wniosku, że tutejsza społeczność tak naprawdę nie pasuje mi do żadnych ram pojęciowych, które sklecam sobie próbując takie rzeczy zrozumieć. Dzisiaj, oczekując pod sklepem spożywczym na kogoś lub coś, dosiada się do mnie dwudziestokilkuletni chłopak. Jest już – jak sam przyznaje – po siedmiu piwach, a w dłoni trzyma ósme. Wraca znad morza, gdzie razem ze wspólnikami kładł komuś dach z bali. Pomimo strasznego zmęczenia pogodnie się uśmiecha, podaje mi rękę, mówi na ty. Opowiada o swojej pracy. Widać, że praca jest dla niego tak wielką wartością. Pomimo ekstremalnego zmęczenia opowiada o domach z drewna z wielkim entuzjazmem i swobodą. Zmęczenie po dwóch tygodniach ciężkiej charówki jest po prostu bardzo przyjemne.
Praktyki pod lipami, part one
Jakiś czas temu pisałem entuzjastycznie o Górznie pod Brodnicą, o śródziemnomorskości, wolnym tempie, wyizolowaniu, czyniących to miasteczko międzynarodową stolicą inspirującego i wartościowego zadupia. Po trzydniowym pobycie podtrzymuję tą opinię. Mojej osobistej interpretacji Górzna należy się jednak uzupełnienie. Towarzysząc studentom prowadzącym tu porządne empiryczne badania socjologiczne próbuję zrozumieć to miejsce posługując się własną, zdecydowanie nienaukową i nieempiryczną metodologią.
Podczas pierwszego pobytu nie zwróciłem uwagi na pruski rys w obyczajowości tutejszych mieszkańców. Zamiłowanie do porządku i dyscypliny jest tutaj marzeniem ściętej głowy, bo tak jak we wszystkich miejscowościach, gdzie wypędzonych lub zamordowanych Żydów i Niemców zastąpiło chłopstwo z socjalistycznego awansu społecznego, tak i w Górznie wielu jego mieszkańców przypomina nieco Stanisława Tyma w tej scenie “Misia”, gdzie z mało nteligentnym wyrazem twarzy przaśny Tym przywdziewa pruski mundur opasany biało-czerwoną szarfą. Nawiązania do rzeczywistych osób i zdarzeń jest oczywiście czysto przypadkowe i stanowi wyłącznie produkt wyobraźni Szanownego Czytelnika.
Tak, jak degradacja przestrzeni w okolicach Wrocławia i w ogóle na zachodnich tzw. ziemiach odzyskanych ma w sobie coś z anarchistycznej beztroski, tak w Górznie Ordnung muss sein, niezależnie od tego jak nieporadnie to wygląda. Kapitał społeczny, zaufanie i kultura tworzą się pokoleniami, z czego najwidoczniej Górznanie nie zdają sobie sprawy. To niewiarygodne, ale w mieście z kilkusetletnią tradycją nie dostrzegłem żadnego społecznego rysu mieszczańskiego. Wygląda to tak, jakby dziewiętnastowiecznych chłopów pańszczyźnianych rzucić bosych do miasta i kazać im tu mieszkać, a właściwie udawać mieszkańców.
Sprawa domaga się szczegółowego potraktowania i na pewno do niej jeszcze wrócę.
Sprawy o wiele przyjemniejsze to “okoliczności przyrody” i dzikość okolic górzneńskich jezior. Miejscowość Fiałki jest położona po drugiej strony jeziora, na kilkunastu stromych pagórkach. Wokół domów biegają dzikie zwierzęta, a w dole widać jezioro. Dostać się tam można przez las, przez co w samym środku Polski ma się prawdziwe Bieszczady. Wożąc ludzi tam i z powrotem kilkukrotnie się gubię. Napotkany przypadkiem elektryk przyznaje, że i jemu, po kilku latach pracy, też się to zdarza.
Pierwszego dnia robię kilka zdjęć podczas podróży i potem, przy okazji krótkiego spaceru w stronę Pensjonatu Jagódka.
Górzno
Kilkugodzinne wizyty w nowych miejscach nie dają prawa do wypowiadania się o tych miejsach w sposób pozbawiony wątpliwości. Z takich krótkich podróży, wakacyjnych szwędactw, przywozi się jednak coś nie mniej cennego: pojedyncze, nieuporządkowane wrażenia, szybkie, ale głębokie obrazy, pojedyncze widoki.
Wjazd do Górzna jest spektakularny. Najpierw trzeba z pięćset czterdziestki czwórki łączącej Lidzbark z Brodnicą skręcić w lewo, a potem wijącą się wśród jezior i lasów drogą przejechać jeszcze kilkanaście kilometrów. Chwilami ma się wrażenie, że to góry. Z nieomal serpentynowych zakrętów co chwila widać po lewej stronie Jezioro Górzneńskie. Położone w dole, otoczone lasami, niebieskie, jest absolutnie cudowne.
Wjeżdżając do Górzna ma się wrażenie, jakby to było miasto śródziemnomorskie. Wąskie uliczki prowadzące do sennego rynku otoczone są białymi, niskimi budynkami z gankami wprost na ulicę. Na tych gankach przesiadują mieszkańcy, ospale patrzący za z rzadka przejeżdżającymi autami. Położenie tego zamieszkałego przez około tysiąc mieszkańców miasteczka powoduje swoisty społeczny mikrokosmos. Po jednej stronie rynku – sklep spożywczy ze stolikami na zewnątrz. Starcy siedząc przy tych stolikach obserwują niewielki ruch, popijając lokalnego Kasztelana. Po drugiej stronie rynku – kościół na niewielkim wzgórzu. Pomiędzy tymi dwoma biegunami fontanna, drewniana scena i niewielki skwerek. Żadnej knajpy, kilka sklepów z używaną odzieżą, których pracownice stoją przy wyjściu, paląc papierosa. Niemal rozkoszna senność.
Aby dojść do Jeziora, należy pójść ulicą Freta, obok kościoła, a następnie skręcić w lewo, mijając Jezioro Młyńskie. Kilkaset metrów w dole jest bardzo starodawne, urocze kąpielisko, kilka pensjonatów agroturystycznych.
Jestem absolutnie oczarowany Górznem. Stanowi ono ekstrakt tego, co najlepsze w polskiej prowincji. Znakomite miejsce, aby się nudzić, marnować czas, żyć bez zegarka i bez pieniędzy.







