Posts Tagged ‘Białystok’
Fabryka Miłości Nastolatków
To zabrzmi strasznie, ale na pierwszy koncert rock’n'rollowy poszedłem piętnaście lat temu. Z dzisiejszej perspektywy to był prawdziwy cud, bo wcześniej w odtwarzaczu magnetofonowym królowały kupione na bazarze, podrobione kasety New Kids On The Block. Więc nie wiadomo, co by się stało, gdyby nie King i Pani z Dołu. T.Love dwa lata wcześniej wydali “Pocisk Miłości”, który był takim zachłyśnięciem się wolnością. “King” był bardziej gorzki, jakby w ciągu roku, dwóch okazało się, że powodów do radości nie ma w tym kraju za wiele.
Więc na ten swój pierwszy koncert poszedłem w czasach “Kinga”, ale pamiętam tylko piosenki z “Pocisku Miłości”. No ale przede wszystkim – jak na to teraz patrzę – to były kompletnie inne czasy. Godziną rozpoczęcia nikt się nie przejmował. Ludzie stali godzinami w mroku przed klubem ACK, pod tą kościelną skarpą. Były jakieś absurdalne rewizje robione przez ochroniarzy w dresach ze streczu. Muniek miał skórzane spodnie i za dużą flanelową koszulę w czerwono-czarną kratę (potem nosili to wszyscy grunge’owcy w Polsce). Z sufitu kapał pot, a na sali było ze trzy razy więcej ludzi, niż to przewidują najbardziej liberalne przepisy BHP na świecie. Dzieciaki były zuniformizowane: glany, ale jeszcze nie Martensy, flanelowe koszule, a pod spodem czarne koszulki z nazwami ulubionych zachodnich zespołów. Miałem wtedy niecałe czternaście lat, ale średnia wieku na sali nie była dużo większa.
Piszę o tym dlatego, że parę dni temu poszedłem znowu na koncert T.Love, prawie dokładnie w tym samym miejscu. Jedyne, co się nie zmieniło, to te dzieciaki. Po raz pierwszy od wielu lat zobaczyłem w Białymstoku te glany i te koszulki z zespołami w takich ilościach. Są podobne do tych sprzed lat, z tą różnicą, że mają więcej pieniędzy i luzu. Uniformizacja była o wiele mniejsza, mniej też wyczuwało się ciśnienia na “robienie wrażenia”.
A sam zespół widziałem w międzyczasie kilkanaście razy. W tym obecnym składzie tylko Pęczak zastąpił Benedka. Chłopcy się zestarzeli, a “powołanie” zastąpił “zawód”. Ta sama songlista w każdym mieście, wszystko zaplanowane co do minuty. Nawet bisy były takie, jak wszędzie. Fabryka Miłości Nastolatków. A na widowni dużo ludzi po czterdziestce, rodzice ze swoimi dziećmi. A najsmutniejsze, że kulminacyjnymi kawałkami kończącymi gig nie są już, jak zwykle “Warszawa” i “King”, ale “Irisz” i “Stokrotka”.
… a za to już można się obrazić.
Ściany w brokacie
Kiedy szliśmy dzisiaj w Jarocinie ulicą Wrocławską w stronę centrum i kiedy zobaczyliśmy w końcu barokowy ratusz w rynku tak bardzo przypominający ten dukielski, pomyślałem, że takich ziejących chłodem i pustką małomiasteczkowych rynków jednak bardzo nam potrzeba. Jeszcze dwa lata temu, w podobny czwartkowy wieczór, rynek mojego miasta był o tej ósmej czy dziewiątej wieczorem całkowicie pusty. Brak w nim było ludzi, jeśli nie liczyć przekomarzających się podniesionym głosem bezdomnych, toczących debaty o wysokim stopniu emocjonalnego zaangażowania. Świadczył o tym głos niosący się od Fary do Ratusza, od Surażskiej do Spółdzielczej i jeszcze dalej. Te rynki się przechodziło albo obchodziło z dala, bo nic przyjaznego nie mogło cię na nich spotkać. O tych miejscach mówiło się “rynki”, choć rynkami nie były od dawna.
No więc taki był dzisiaj rynek w Jarocinie. A może – nie tyle był jakiś, co nie był taki, jak dziesiątki podobnych miejsc w Polsce. Nie tyle cokolwiek na nim zobaczyłem, co wiele nie udało mi się zobaczyć. Nie widziałem ogródków piwnych z barbie przy kawie (jak u Staszewskiego), filii banków i Romów o smutnych oczach, nie poczułem zapachu perfum i chłopców na motorach. Nie zobaczyłem tam niczego, co spodziewałem się zobaczyć.
W jarocińskim rynku usłyszałem tych białostockich kloszardów sprzed dwóch lat. Poczułem ten sam wiatr, który prześwistywał od bramy przy Delikatesach do wlotu Spółdzielczej, przefruwając przy okazji przed te krzaki, w których owi kloszardzi pomieszkiwali. Siedząc w jedynej otwartej knajpie, próbując jeść coś, co stanowiło połączenie hamburgera, hot-doga i kebaba i patrząc na ścianę przyozdobioną brokatem, na której wisiał telewizor nadający VIVA Polska i niemieckie teledyski z podpisami po polsku, pomyślałem, że te prowincjonalne miasta, które nie są miastami i te rynki, które nie są rynkami, są jednak na wskroś polskie i dobre. Polskie, bo dobre. Dobre, bo polskie.
Grodno
1.
Z końcem maja byłem w Grodnie, na konferencji “Phenomenon of City in Central Eastern Europe: Living Space and Cultural Narration” zorganizowanym przez tamtejszy Uniwersytet Janka Kupały. Na Białorusi już raz byłem, poprzedniego roku w Mińsku. Ta podróż – choć bliższa – była jednak o wiele bardziej ekscytująca. Od dłuższego czasu chciałem zobaczyć Grodno – miasto oddalone o około 70 kilometrów od Białegostoku, a jednak trudno dostępne, bo oddzielone pilnie strzeżoną granicą. Jedną z ostatnich prawdziwych granic w Europie: z wizami, kontrolą osobistą, drutami kolczastymi, odprawą celną itd.
W Grodnie wygłosiłem krótki speech pod tytułem “Województwo podlaskie i jego miasta w świetle Diagnozy Społecznej 2007″. Referat nie wzbudził dyskusji ani większego zainteresowania uczestników imprezy, pewnie dlatego, że wyróżniał się dużą ilością empirycznych treści, czego zdaje się nie oczekiwano. Upieram się, że temat jest ciekawy, mam nadzieję, że gdzieś – może tu – doczeka się poważnego potraktowania. Na razie – w formie zachęty – umieszczam tu materiały graficzne, które przygotowałem i pokazałem na konferencji.
Tutaj jednak , zgodnie z konwencją tego miejsca, pierwsze miejsce mają nie dane statystyczne, ale wrażenia, ślady w pamięci, smaki, zapachy i widoki. Pojechałem do Grodna ze swoim szefem i kolegą z katedry, imiennikiem Radkiem.
2.
Świty na dworcach dają impuls do życia. Pobudka o 3 nawet dla rannych ptaków jest torturą, ale najlepsze połączenie z Grodnem rozpoczyna bieg o 5 w Białymstoku. Dworce umożliwiają pobudkę, bo tam są już o 4 rano dziesiątki podróżnych czekających na pociągi na Zachód i Wschód.
Nowoczesny pociąg zbudowany za pieniądze z Unii okazuje się zepsuty, podstawiają zwykły, stary i trzeszczący. W Sokółce pojawiają się już pierwsze biało-czarno-niebiesko-czerwone przepastne torby i ich właścicielki z podkrążonymi oczami, przesadnym makijażem i dwuletnią trwałą, zaczesaną do góry. Nie ma ich jednak wiele. W ogóle niczego nie ma zbyt wiele. Przesada jest cechą miast Wschodu. Tutaj – na prowincji – króluje niedostatek i ma się jak dotąd całkiem dobrze. Pewnie dlatego, że tutejsi również go jakoś tam lubią, a jeśli nie, to na pewno akceptują jako pewną niezbywalną cechę tego świata.
Na przejściu w Kuźnicy nie ma więc zbyt wielu podróżnych. Nie ma też zbyt wielu przemytników. Albo po prostu moje oko nie jest w stanie dostrzec tego, co widzą młodzi pogranicznicy przechadzający się po peronie. Piętnaście minut po siódmej pociąg rusza. Ma kilka kilometrów do granicy. Tam wsiądą białoruscy celnicy w wielkich zielonych czapach i będą pilnować, aby żadna śrubka nie odpadła od składu aż do samego Grodna.
Tymczasem patrzę na okolice Grodzieńszczyzny. Jest zielona, mocno zalesiona. Dużo sosen na piaskowych glebach.
3.
Od razu po przyjeździe i zakwaterowaniu zamykają nas w dużej sali uniwersytetu, każą słuchać i głosić referaty. Co 45 minut korytarze uniwersytetu rozbrzmiewają donośnym dźwiękiem dzwonka. Z innych rozmów dowiaduję się, że system szkolnictwa wyższego jest tutaj zorganizowany na wzór naszego szkolnictwa licealnego lub wręcz gimnazjalnego. O partnerskiej relacji mistrz-uczeń można tu zapomnieć. Przechadzający się po korytarzach studenci do złudzenia przypominają naszych licealistów. Ubrani skromniej niż ich polscy odpowiednicy, ale – szczególnie dziewczęta – z o wiele większą starannością. Ma się wrażenie, że grodzieńskie studentki poświęcają kilka godzin przed wyjściem z domu na odpowiedni dobór stroju, makijaż, paznokcie itd. Na ich tle polskie dziewczyny mogą wyglądać na ubrane niedbale, co nie znaczy, że gorzej. Obowiązkowymi elementami stroju tych dziewcząt są krótkie spódniczki i obuwie na obcasach, spotykane tam na skalę wręcz masową. Podobnie jest na Ukrainie, z tym jednak różnicą, że u Ukrainek kobiecy strój jest tylko dodatkiem do ich dumnych i odważnych gestów, mowy ciała i spojrzeń. W Grodnie miałem wrażenie, że strój tamtejszych kobiet – jakże charakterystyczny i egzotyczny – jest niejako wymuszony pewną konwencją, stanowi fasadę, którą po prostu należy przyjąć. To oczywiście ogromne uproszczenia i ogólnienia.
4.
Wieczorem wybieramy się z Radkiem na przechadzkę po mieście. Przechodzimy przez most na Niemnie i schodzimy w dół, na podmiejskie bulwary. Są wręcz oblężone przez setki młodych ludzi. Wystrojeni chłopcy i dziewczęta siedzą na murkach i schodach. Niektórzy poprzywozili swoje dziewczyny samochodami, z których dobiega polski (!) pop. Jakaś Kasia Kowalska czy Reni Jusis. Wszyscy bez żadnych ogródek piją piwo z butelek i puszek. Po raz pierwszy widzę litrową puszkę Calsberga. Skojarzenia z katastrofą Czernobylską są trudne do przezwyciężenia, kedy się widzi powiększony dwukrotnie w stosunku do znanego kształt podobno najlepszego piwa na świecie.
Kiedy zaglądamy jeszcze na główny plac miasta, a potem na plac Lenina, wszędzie widzimy tłumy młodzieży. Pomimo, że jest już około północy. Pomimo, że jest poniedziałek. Pomimo, że nie ma żadnego święta… Myślę, jak wygląda w tym momencie rynek w Białymstoku…W straganie przy parku kupuję suszone ryby i rozkoszuję się nimi aż do miejsca naszego zakwaterowania.
5.
Drugi dzień przeznaczamy już w całości na szwędanie się po mieście i zakupy. Moja cholerna indolencja językowa nie pozwala na wchłonięcie takiej wiedzy o mieście, jak bym chciał. Polecam w związku z tym zdjęcia, które zrobiłem podczas wyjazdu. Jeśli nie da się językiem, to można próbować obrazem. Ale kiedyś na pewno poopisuję te zjęcia po konsultacjach z większymi znawcami Grodna ode mnie.
Może kiedyś uda mi się pojechać tam jeszcze raz i znaleźć tylko swoje grodzieńskie szlaki.
Miasto jest piękne. Przede wszystkim będąc w Grodnie czuje się wielkomiejskość. Szerokie arterie komunikacyjne, trolejbusy, miejski gwar, życie na ulicy przez całą prawie dobę. Sporo śladów polskiej obecności w mieście, takich jak katedra widziana na zdjęciu. Według spisów, około 20% mieszkańców miasta jest Polakami, jednak próżno nasłuchiwać polskiego na ulicach. W większości są to Polacy zasymilowani. Pomimo tego język polski jest tu powszechnie rozumiany i traktowany z dużą życzliwością.
Taksówkarz, który za równowartość 8 złotych przewoził nas z blokowiska gdzie spaliśmy, do centrum, powiedział, że dla nich Białystok to nie zagranica. Jeszcze 20 lat temu te słowa mogłyby Polaka urazić. Dzisiaj wywołują wręcz odwrotne. Oto paradoks relacji białostocko-grodzieńskich. Białorusini jeżdżą do nas na po prostu po zakupy. Dla nas wyjazd o Grodna to prawie jak wycieczka za Ural, doprawiona strachem przez rzekomymi białoruskimi bandytami, łukaszenkowską bezpieką, brudem, biedą i zacofaniem. Okazuje się, że jest odwrotnie. To dla mieszkańców Grodna nie ma granic i to oni żyją w wielkim mieście z większością cech wielkomiejskości. Szkoda, że brakuje tego często mieszkańcom Białegostoku.
6.
Ostatni, szósty punkt, rezerwuję sobie na potem, kiedy natchnienie dramaturgiczne będzie większe. Najciekawsze, co mnie spotkało podczas tej wyprawy, wydarzyło się w pociągu relacji Grodno-Białystok. Ale o tym innym razem.
Kołodziejska
Mróz nieco zelżał, więc można sobie pozwolić na spacer od czasu do czasu. Odkryłem nową ulicę, którą dodaję do białostockiego ulicznego the best of. Ulica Kołodziejska przecina dwa ważne trakty przelotowe miasta: ulicę Ciołkowskiego oraz Czesława Miłosza. Zdaje się, że niedługo zostanie przecięta kolejną arterią, przechodzącą obecną, ślepo zakończoną, ulicą Pod Krzywą. Dobrze jest się przejść Kołodziejską, by przekonać się o zmianach zachodzących ostatnio w mieście. Zacząć należy od brzydkiego kościoła pod wezwaniem Chrystusa Króla na rogu Ciołkowskiego i Niedźwiedziej.
Sama ulica pod względem architektury stanowi bardzo charakterystyczne dla tej części miasta przemieszanie starej zabudowy drewnianej z betonowymi, gierkowskimi klockami mieszkalnymi. Można tam znaleć parę perełek. Pierwsza, to mały podmurowywany budynek na roku Kołodziejskiej i pod Krzywą. Szczególnie wrażenie na tle zimowej bieli robią drewniane wykończenia skromniej i nieco zaniedbanej chałupy. No i zawsze ujmujące wrażenie robią te home made systemy dogrzewające, rdzawe rury puszczane po odchodzących tynkach.

Potem ciekawą budowlę można zobaczyć przy skrzyżowaniu z Jagiellońską. Na pierwszy rzut oka – zwykły betonowy dom wielorodzinny. Ktoś podszedł jednak do sprawy z pewną fantazją, dając mu naprawdę wyjątkowo duże okna, przez co budynek ładnie balansuje pomiędzy ciężkością a lekkością.
Kilka metrów dalej, po prawej stronie, stoi już prawdziwa białostocka klasyka. Kołodziejska 11 – duży, drewniany dom z dachem krytym blachą falistą. Drewno ciemne. Takie domy robią na mnie zawsze wrażenie trwałości i jestem pewien, że przetrwają te wszystkie bloki, w których mieszkamy. Obok domu sad owocowy, płot. Wszystko jak należy.
A na sam koniec spaceru ulicą Kołodziejską, kiedy dochodzi się już do przecięcia z Drewnianą, spomiędzy drewnianych chałup, wyłaniają się neony Galerii Białej. Kameralność i spokój zostają gwałtownie skontrowane przez monumentalizm tego wielkiego sklepu.
Ulica Kołodziejska pokazuje więc specyfikę współczesnego Białegostoku jak mało która. Niezwiązana z jego przeszłością (przed wojną były tu prawdopodobnie dalekie suburbia), daje jego klarowny obraz. Miasto drewnianych domóstw i wielkich galerii handlowych, jedno obok drugiego. Wieś jak z dziewiętnastego wieku obok miasta jak z dwudziestego pierwszego.
Przedświątecznie
Kiedy już umiejętnie zracjonalizuje się ten dziwaczny okres przymusowego nicnierobienia, da się za pomocą socjologicznych narzędzi socjologii rozumiejącej i obserwacji uczestniczącej ująć wiele z pozoru dziwacznych zachowań w racjonalne ramy pojęciowe.
Oto moje miasto wkroczyło na etap modernizacji dojrzałej, czego najdoskonalszym przejawem jest brak kolejek w licznych kasach wielu hipermarketów. Kasandryczni prorocy ostatecznego upadku wszelkich wyższych wartości, którzy w związku z budową w tym mieście sklepów spożywczych i wyasfaltowanych ulic ze zgrozą opisywali jeszcze niedawno gadzie instynkty uruchamiane w zatłoczonych sklepach, powinni spać spokojnie. Moje dzisiejsze, przedświąteczne zakupy przebiegały w iście sielankowej, pobożnej i spokojnej atmosferze. Znudzone małym ruchem kasjerki ukradkiem poziewywały do rękawów stylowych korporacyjnych wdzianek, zaś konsumenci na hali pomagali sobie w dotarciu do poszczególnych działów. Mleko jest w alei numer trzydzieści osiem, nieopodal stoiska z żywym karpiem, natomiast karp wypatroszony jest po przeciwnej stronie hali.
Nigdzie nie widać przedświątecznej gorączki, nigdzie w gruncie rzeczy nie widać nadchodzących świąt. Rytuał tak spowszechniał, że przestaliśmy go dostrzegać. Tak jak przestaje się dostrzegać swoich dawnych znajomych czy studentów, szczególnie kiedy pojawiają się w nietypowym kontekście. Tak jak dzisiaj, kiedy próbując znaleźć w samoobsługowej aptece lek bez recepty, miłą doradczynią, ubraną – fachowo – w farmaceutyczny kitel, okazała się studentka prawa. Kiedy, po otrzymaniu wskazówek, znalazłem poszukiwany lek i czekałem na swoją kolej przy kasie, zastanawiałem się, czy prawnicy, z wdrukowywanymi im określonymi algorytmami rozwiązywania problemów, przekonywania do swoich racji, byliby osobami, którym mógłbym powierzyć swoje zdrowie. Na szczęście, dziewczyna spotkana w tej aptece albo jeszcze w sobie tych algorytmów nie przyswoiła, albo je wyjątkowo umiejętnie i z korzyścią dla otoczenia, nie ujawnia.
No i jeszcze kawa w Odeonie z dwoma miłymi koleżankami z liceum. Grudniowe święta w Białymstoku to od kilku lat jeden z dwóch w roku okresów warszawsko-londyńsko-dublińskiej inwazji. I choć dzisiaj w knajpie było całkiem pusto, to gotów jestem dać głowę, że od jutra wieczór wszystkie stoliki w mieście zapełnią się byłymi Białostoczanami wracającymi na kilka dni do domu. Nastąpi gwałtowne wydłużenie nocy, spożycia na głowę, a na Lipowej i okolicach będzie można zobaczyć, w co będą się ubierać mieszkańcy tego miasta za pół roku lub rok.
Allium i Dianthus
W takiej porze, jak ta i w takim miejscu naprawdę ryzykowne jest zbyt długie przesiadywanie nocą przy książce, filmie czy komputerze. Dzień jest naprawdę bardzo krótki, a jeśli się budzisz po dwunastej, zostają ci tylko trzy godziny słońca. Na taką porę roku zaleca się dużo spacerów, mało ciężkiego jedzenia i picia i minimum stresów. Goździki pod język i dużo czosnku w każdej postaci. Ten pierwszy znakomicie odświeża oddech, a drugi najlepiej smakuje spożywany na dwa sposoby: albo na kanapce z chlebem i masłem, koniecznie posypanej solą, albo – a to już prawdziwa uczta – w liczbie trzech ząbków wciśniętych do greckiego, ciężkiego i gęstego jogurtu, rozrzedzonego dobrą oliwą z oliwek. W nocy przetrawiony czosnek ucieka wszystkimi porami w skórze, ale to pora dobra na przetaczanie czosnku przez pory. Podobne, antyseptyczne działanie mają żute bez pośpiechu suszone pączki goździkowca korzennego. Czosnek i goździk to bardzo jesienne smaki i zapachy.
Jak pisze Poeta, “potwierdziły się plotki o nadejściu jesieni“, dlatego warto te trzy godziny promieni słonecznych dziennie kierować na ładne i ciekawe miejsca. Spacer nad rzekę jest świetnym pomysłem, jeśli niepokoi Was odchodzące w przeszłość lato. Wtedy najlepiej założyć na uszy słuchawki i zapętlić najważniejszą jesienną piosenkę, jaka powstała:
A jeśli niepokoi Was trochę bardziej odległa przeszłość i jako starsi bracia w wierze macie się nieźle na białostockich uczelniach wyższych, prasie, telewizji i muzeach, konieczne odwieźcie jeszcze tej jesieni żydowski cmentarz na ulicy Wschodniej w Białymstoku. Cmentarze żydowskie na Podlasiu mają to do siebie, że nie są złowrogie i niepokojące. Tak jak nie sposób nie chodzić obojętnie po żydowskich kwartałach Tykocina czy Krynek, tak cmentarze w tych miastach, tak jak cmentarz w Białymstoku, pozostawiają gościa całkowicie obojętnym. Dlaczego? Być może dlatego, że ci na cmentarzach umarli w spokoju i spełnieniu, natomiast ostatni żydowscy mieszkańcy miasta nie mają swoich mogił przykrytych kamieniem. Dlatego może wydaje się, że krążą nad miastem i dlatego na cmentarzu jest dużo spokojniej niż w krynieckim Zaułku Szkolnym czy na tykocińskiej Koziej.
W starym kinie Forum
Zapowiadana od tygodni kolejna impreza techno z cyklu Secret Location odbyła się tym razem w opuszczonym kinie Syrena, przy ulicy św. Rocha. Miłośnicy tej muzyki, szczególnie w jej minimlistycznych wersjach, tych prosto z Detroit, znajdują szczególne upodobanie w miejskich, zdegradowanych przestrzeniach. Opuszczone fabryki, dworce kolejowe, nieczynne magazyny, a teraz kino, w którym nie puszcza się już filmów, a w zamian muzykę elektroniczną z komputerów.
Kino Syrena kojarzy mi się z czasami, kiedy co roku robiono w nim przegląd wszystkich filmów konkursowych wyświetlanych na festiwalu w Gdyni. Kupowało się karnet i codziennie chodziło na dwa, trzy filmy. A że były to czasy, kiedy polskich filmów było jak na lekarstwo, oglądało się wszystko. Na te przeglądy w kinie Syrena zapraszano niekiedy aktorów i reżyserów. Zdarzało się, że zasypiali na własnych filmach. Było im to odpuszczone, bo to niedogrzane kino ze słabą akustyką, plamami na ekranie i podziurawionymi od papierosowych niedopałków i zatłuszczonymi od popcornu siedzeniami znakomicie nadawało się do polskich, nudnych filmów.
O tym, że wczorajsze Secret Location odbywało się w Syrenie, dowiedziałem się przejeżdżając św. Rocha, tuż przez dwudziestą trzecią, aby zdążyć w ostatniej chwili do McDrive’a przy dworcu. Wracałem z innego opuszczonego kina, gdzie oglądałem film jako jeden z dwóch widzów. Przed filmem obawiałem się, że będzie tak, jak kiedyś w Syrenie, kiedy okazało się, że chętnych do seansu – zdaje się Ukrytych pragnień z piękną Liv Tyler – są tylko trzy osoby i kasjerka gotowa była pozbawić tych trzech osób możliwości patrzenia na seksowne usta młodej Liv.
W kinie Forum, mieszczącym się w ładnym, socrealistycznym budynku, hol z dwoma rzędami schodów prowadzących na piętro, sprawia wrażenie na w pół rozebranego, wyniesionego gdzieś przez złomiarzy. Półki nieczynnego sklepu zieją pustkami i kurzem, tylko w maszynie do popcornu leży kilka poczerniałych ziaren kukurydzy w brunatnych plamach oleju słonecznikowego. Dwuosobowy personel bez pytań ani wahań sprzedaje dwa bilety. Na tym spektaklu zarobią dwadzieścia sześć złotych. Starszy, niski zasuszony pan uruchamia trzykrotnie wzbudzające moje najgłębsze dziecięce sentymenty gongi i rozpoczyna – takie miałem wrażenie – jeden z ostatnich seansów w swoim życiu. Kiedy na ekranie pojawiają się pierwsze kadry filmu, odwracam się za siebie i widzę dziesiątki pustych rzędów foteli z archaicznym, szerokim przejściem w środku. Sala zaprojektowana na półokręgu, z szerokim, zdobionym sklepieniem u góry. Pusta sala kina Forum robi naprawdę upiorne wrażenie.
Najstarszym polskim programem telewizyjnym emitowanym cyklicznie w Telewizji Polskiej, było “W starym kinie“. Program ten, w którym emitowano filmy sprzed lat, ukazywał się nieprzerwanie od 1967 roku do końca lat dziewięćdziesiątych. Program ten kojarzył mi się zawsze z piosenką Fogga, tyle że on śpiewał nie o “starym” ale o “małym” kinie. W każdym razie, strasznie szkoda, że w starych kinach nie puszcza się już starych piosenek, a w małych kinach, takich jak Syrena, “nikt już nie gra na pianinie”.
Piątkowy festiwal kozaczków, kanapek i kebabów
Marzyciel z “Auto da fe” Eliasa Canettiego w uroczym domu w Supraślu, na samym skraju Puszczy. Z dnia na dzień jest coraz chłodniej, coraz bardziej szaro i smutno. Można by rzec, że to wszystko domaga się, jak powiedziała mi niedawno znajoma, porządnej flaszki. Najlepiej Żołądkowej Gorzkiej – napoju najbardziej polskiego z polskich, choć z litewskim rodowodem. I najbardziej jesiennego z jesiennych. Kiedy wychodziłem z domu Gospodarza dzisiejszego spotkania i szedłem w kierunku samochodu, najbardziej w głowie zapadł mi zapach takiego miejsko-wiejskiego ganka, a potem mroźne powietrze pomieszane z zapachem dymu z kominów. Mróz dopadł szyby auta, zacieraliśmy z zimna ręce, kiedy grzał się silnik. Nalepiej mieli ci, którzy spróbowali łąckiej śliwowicy Krzysztofa. Kiedy przejeżdżaliśmy obok pięknie oświetlonego supraskiego kościoła, było już znośnie. W Białymstoku, na rogu Św. Wojciecha i Warszawskiej, drobna dziewczyna prowadziła pod rękę dwóch całkowicie nieprzytomnych, wielkich chłopców, a już w centrum, w okolicach Malmeda i Lipowej, piątkowy festiwal kozaczków, kanapek i kebabów, pożeranych na ulicy, przy niedbale zaparkowanych samochodach, z sosem lejącym się po brodach coraz lepiej ubranych studentek i studentów.
Osobowym do Warszawy
Październik to najlepsza pora na melancholijne, jesienne podróże pociągami osobowymi. Pociągi pośpieszne wywołują nieprzyjemny przeskok w wyobraźni. Wsiada się w jednym dużym mieście, wysiada w drugim, a pomiędzy tymi dwoma momentami jest tylko przyroda przesuwająca się za szybami wagonu. Pociągi osobowe, zatrzymujące się co kilka kilometrów, bez przedziałów, ale za to z prawdziwymi pasażerami, dają autentyczną interakcję z ludźmi, z przyrodą, z jesienią.
Konduktorzy znają co drugą gębę, przymykają oko na piwo z puszki, zza służbowej miny wyłazi wszystkimi stronami podlaska dobroduszność. Jest zaskakująco bezpiecznie, nawet kiedy biegają wokół ciebie nadpobudliwi szesnastolatkowie wracający z łapskich, szepietowskich czy małkińskich zawodówek i techników. Dziewczęta ze zniszczonymi farbowaniem włosami, zajmują się swoimi paznokciami, piszą w ponaddźwiękowym tempie esemesy albo puszczają sygnały do swoich przyjaciółek i chłopaków.
Zdecydowanie fajniejsza od jazdy “tam” była podróż powrotna. Było leniwe niedzielne popołudnie. W Warszawie Wileńskiej do pociągu wsiedli robotnicy po nocnych zmianach i powoli, aż do Małkini, ubywali, rozchodząc się do swoich podwarszawskich domów. W Małkini jak zwykle wszystko było zawieszone w powietrzu i uregulowane zgodnie z rozkładem pociągów. W całodobowym barze przy samych torach chłopcy i dziewczęta kupowali Fantę w butelkach zwrotnych i siedzieli na ławce, założę się, że przez cały dzień.
A potem nadjechał pociąg. Odjazd czternasta zero siedem. Kilkanaście kilometrów za Małkinią w Czyżewie , wsiedli pierwsi studenci. To był ich pierwszy październikowy weekend w domu, a może jechali do szkoły po raz pierwszy tej jesieni? W przedziale było ciepło, słońce dostawało się do środka ciepłymi, jesiennymi błyskami. Gdzieś dwa siedzenia przede mną ktoś z telefonu puszcza jesienno-prowincjonalny Happysad, piosenkę o tym, że nie przechodzą mu już dreszcze i że nie brakuje mu już powietrza i że do końca ich dni….Dziewczyna obok rozwiązuje krzyżówkę, konsumując wściekle trzymany w ozdobionej tipsami dłoni długopis z napisem “Cefarm”. Naprzeciwko mnie zasuszony staruszek w przetartej, wysłużonej niebieskiej czapeczce Castoramy, zdaje się nie robić nic innego, niż tylko wypatrywać mijanych kościołów, by w odpowiednim momencie zdjąć nakrycie głowy i się przeżegnać. Obok studentka próbuje czytać Robinsona Crusoe’a. Ja też próbuję czytać, ale nie wychodzi.
Zgoda przenika wszystko, ludzie godzą się na siebie, przyroda godzi się na ludzi, a oni na nią. Wszystko jest, jakie jest i wszystkim jest z tym “jest” dobrze.
Z rzeczy bardziej przyziemnych, kontynuuję moje nieudolne wprawki publicystyczne, które chciałbym tutaj kronikować. Napisałem do Porannego tekst o samotności Białegostoku wśród innych ośrodków miejskich i niemiejskich w regionie. Mam raczej syntetyczny umysł, ale w tym wypadku okazało się, że podjąłem temat tak szeroki, że z koniecznośći zmieszczenia się w dziewięciu tysiącach znaków ze spacjami, nie uniknąłem błędu powierzchowności. Tekst został przyjęty nieźle, choć spotkał się z delikatną krytyką w ostatnim magazynie Porannego. Niestety, nie pamiętam nazwiska autora i nie mogę znaleźć tej polemiki w sieci.
Zająłem też głos w debacie Gazety Wyborczej “Czy warto studiować w Białymstoku?”, postulując budowę międzyuczelnianej egalitarnej i nowoczesnej biblioteki. Uważam, że byłby to świetny pomysł na Białystok – miasto akademickie. Argumenty można poznać klikając na odnośnik z tym tekstem. Polecam również dyskusję na forum o moich propozycjach. Zawsze uważałem białostockie fora internetowe za miejsce ujawniania się wszystkich cech typowych tutejszym mieszkańcom, którzy uwolnieni od konieczności ujawniania swoich personaliów wylewają hektolitry jadu na wszystko i wszystkich. Ogromnie się cieszę czytając te fora, bo zazwyczaj potwierdzają się moje przypuszczenia co do tutejszej obyczajowości. Żeby być sprawiedliwym, zdarzają się też merytoryczne głosy, spośród których najbardziej sobie cenię te krytyczne.
Poranna publicystyka, puszczańska niewyraźność
Miałem ostatnio wielką przyjemność “zadebiutować” publicystycznie dwoma tekstami w “Kurierze Porannym“. Pierwszy poświęciłem wielkiemu – moim zdaniem – paradoksowi miasta, w którym obecnie mieszkam. W tym mieście, po wojnie, rynek – podobnie jak setki innych rynków w setkach innych miast – został przez komunistów zadrzewiony. Powody można wskazać co najmniej dwa: przerabianie rynków na “skwerki” miało na celu wymazanie miejsca, które zazwyczaj było kojarzone z żydowskim handlem, i które zazwyczaj były opanowane przez Żydów. Drugim powód jest dużo bardziej oczywisty: rynek – marketplace – to symbol i destylat kapitalizmu. Nic więc dziwnego, że przez kilkadziesiąt lat białostocki ratusz otaczał przaśny “skwerek”, heroicznie broniony niedawno przez lokalnych ekologów. Skwerku już nie ma, jest za to plac z knajpą “Esperanto”, deskorolkarzami i żydowską buzą. Po drugiej stronie ulicy Sienkiewicza powstaje drugi plac, przeznaczony do celów narodowo-religijnych. Przeniósł się tam marszałek Piłsudski, a obok pomnika postawiono biało-czerwony, groteskowy maszt, który jako żywo przypomina mi maszt na środku polany w Poddębiu, gdzie jeździłem na obozy harcerskie. Jestem przekonany, że ten w Poddębiu był wyższy i porządniejszy.
Fakt, iż będziemy mieli miało dwa rynki jest dla mnie symbolicznym dowodem na rozdwojenie tożsamości społecznej tego miejsca, a właściwie dwóch miast: Białegostoku kosmopolitycznego, żydowskiego, wielokulturowego oraz Białegostoku narodowo-katolicko-prawosławnego. Pierwszy tworzony jest tak naprawdę “z zewnątrz”, drugi tworzy ludność przybyła do opustoszałego, spalonego miasta po wojnie. Białystok narodowo-katolicki dokonuje klasycznej operacji wypierania żydowskiej przeszłości miasta, nie jest w stanie zaakceptować jego kosmopolityzmu i dlatego buduje swój własny plac do swoich własnych rytuałów.
Artykuł o dwóch rynkach spotkał się z ciepłym przyjęciem znajomych, jednak wielu czytelnikom artykuł się nie spodobał. Głównym zarzutem było wyolbrzymianie problemu, którego albo nie ma, albo jest mało istotny. Zarzut to poważny i można nań odpowiedzieć albo po Freudowsku, tłumacząc to wypieraniem przez czytelników przykrej prawdy o tym, że są w tym mieście w gruncie rzeczy gośćmi, ukrytym antysemityzmem itd. Jako że psychoanalizy staram się nie traktować poważnie, na zarzut o wyolbrzymianiu odpowiedziałbym hipotezą o pewnej chorobie zawodowej, wyczuleniu na z pozoru mało istotne symbole, które przy określonej wrażliwości urastają do kwestii wartych pogłębionego traktowania.
Tutaj daję link do artykułu “Dwa rynki, dwa miasta”.
Drugi artykuł ukazał się dosłownie wczoraj. Pierwotnie miał dotyczyć migracji białostockich licealistów do Warszawy i innych wielkich miast i zastępowaniu ich młodymi elitami z podbiałostockiej prowincji. Miał to być pretekst do kilku tez o braku kapitału społecznego, a wyszedł tekst o braku elit – trochę z inspiracji redaktorów Kuriera, którzy zaproponowali nieco inny w stosunku do pierwotnego tytuł.
Z pierwszych komentarzy na forum wynika, że ludzie dostrzegają sam problem i jego wagę. Sam artykuł jest krytyczny wobec białostockiej rzeczywistości, a takie autosceptyczne podejście jest w Białymstoku rozumiane i podzielane. Mam nadzieję, że pozytywne przesłanie tekstu – apel do zatrzymywania w mieście młodych i ich energii oraz przyciąganie młodych, którzy przyjadą tu nie z konieczności, ale ze świadomego wyboru, również będzie przez czytelników odczytany i zaakceptowany. Uważam, że jeżeli w Białymstoku powstaną elity, to tylko pod warunkiem wychowania ich w otwartym, nowoczesnym mieście. A jedynym realnym na to sposobem jest prestiżowa, wygodna uczelnia wyższa z wielką biblioteką i najlepszymi naukowcami. Uważam, że taka inwestycja jest w Białymstoku możliwa i bardzo szybko zmieni miasto nie do poznania.
Tutaj daję link do artykułu “Białystok potrzebuje elit”.
Wczoraj krótka wycieczka do Białowieży, przy okazji przewożenia za pieniądze pary niemieckich turystów. Białowieski park oznajmia o nadchodzącej jesieni spadającymi liśćmi. Wczoraj te powoli usychające liście ociekały wodą, wszystko lśniło. Pora roku jest w tym momencie bardzo nieokreślona: już nie lato, jeszcze nie jesień. Wziąłem ze sobą aparat i zrobiłem kilka zdjęć tym aparatem.




