Może kiedyś, innym razem…
To jedna z najbardziej wzruszających scen filmowych, jakie ostatnio widziałem, doskonale odpowiadająca mojemu osobistemu mitologizowaniu Dwudziestolecia. Jestem w zdecydowanej kontrze wobec ideologizowania tzw. pokolenia Kolumbów (już sama ta nazwa wydaje mi się bardzo nieadekwatna, chybiona, po prostu zła). Wydaje mi się, że ci, którzy przeżyli wojnę i ci, którzy piszą o tych ludziach, nazywając ich patriotami, endekami, antysemitami, piłsudczykami czy jakkolwiek inaczej, nie dostrzegają pewnych ahistorycznych, uniwersalnych cech ludzkiego charakteru, które przysłaniają wszelkie ideologiczne narracje. Bohaterowie “Jutro idziemy do kina” nadużywają alkoholu, myślą przede wszystkim o dziewczynach i muzyce, a podstawowym celem ich dopiero co rozpoczętych dorosłości jest przeżyć swoje życia szczęśliwie. Nie przeszkadza im to w byciu sumiennymi uczniami i studentami oraz – jak najbardziej – patriotami skłonnymi oddać swoje życie za ojczyznę. Tyle że praca i patriotyzm są przez nich traktowane jako nieodłączny element tego, co dzisiaj nazwalibyśmy dobrą zabawą. Bohaterowie filmu “Jutro idziemy do kina” nie różnią się w niczym od bohaterów polskiego Marca i francuskiego Maja’68. Wszystkim im chodziło o to, żeby “coś się działo”, żeby było jakieś zamieszanie. Można to oczywiście tłumaczyć wyrywaniem się z dzieciństwa, chęcią wejścia w dorosłość z hukiem i efektem. Są to plany krótkoterminowe, ograniczone do teraźniejszości zamkniętej wyjątkowo obiecująco rozpoczynającym się wieczorem. Wszystkie tzw. “poważne” sprawy mogą poczekać…

Piękny, mądry, chwytający za serce film. Uwielbiam go.
lukaszkusmierz
środa, 2 lipiec 2008 at 20:23
Extra film, a muzyka jeszcze lepsza.
KUBA
sobota, 15 sierpień 2009 at 10:43