Radek Oryszczyszyn

Moja strona domowa – Teksty, materiały, bardziej osobiste sprawy, szwędactwa

Archiwum dla marzec 2008

Dziewczyna z naprzeciwka

z jednym komentarzem

Czasami mam niesamowitą pewność, że zasłyszana właśnie w radio piosenka będzie dużym hitem. Tak właśnie było dzisiaj, kiedy jadąc samochodem ulicą Mickiewicza usłyszałem w Trójce “Dziewczynę z naprzeciwka” zespołu Koniec Świata. Jest bardzo mało bezpretensjonalnych, chwytliwych, miłych piosenek o rzeczach prostych i uniwersalnych. A kiedy słucha się tej piosenki, nie sposób się nie uśmiechnąć:

Mam przeczucie, że ten przesympatyczny tekst zyska w kraju zasłużone uznanie:

“ta dziewczyna z naprzeciwka modli się co noc, nie wierzy w nic, w żadną magiczną moc, czerwone w oknach ma firanki jedna na cały blok”.

Written by Radek Oryszczyszyn

środa, 26 marzec 2008 at 22:52

Poranni podróżnicy

without comments

Zawsze fascynowało mnie zjawisko długotrwałych podróży do pracy. Sam przez rok przemierzałem dwa razy w tygodniu trasę Białystok-Warszawa, obserwując na przedmieściach stolicy, ponurych Markach, Targówku i Pradze, w wielokilometrowych korkach zaspane polskie rodziny. Nasz narodowy temperament nie sprzyja wielogodzinnemu tkwieniu w puszce z metalu, wśród spalin i innych, tak samo zniecierpliwionych, spóźnionych i zmęczonych “współkorkowiczów”. Znam też podmiejskie pociągi, widziałem robotników na ostrym kacu, z podkrążonymi oczami, wsiadających w Małkinii, Tłuszczu, Łochowie. W pośpiesznym Jaćwingu łączącym Suwałki z Wrocławiem, na dworcu Warszawa Centralna wsiadają yuppies w garniturach dzierżąc w foliowych reklamówkach puszki z Warką Strong. Upijają się jeszcze przed Skierniewicami, a potem zasypiają i śpią aż do Łodzi Kaliskiej. Są w domach około 22, by następnego dnia dzielnie stawić się na łódzkim dworcu punkt piąta.

Dzisiejsza Wyborcza zamieszcza ciekawy artykuł o podróżujących do pracy. Wprawdzie głębia tego zjawiska wymagałaby głębszego ujęcia, ale i tak polecam, podobnie jak kultowy fragment “Co mi zrobisz, jak mnie złapieszStanisława Barei – prawdziwie harkorowa wersja podmiejskiego pracownika.

Written by Radek Oryszczyszyn

środa, 26 marzec 2008 at 12:22

IKEA radzi – posprzątaj

without comments

Ok, nigdy nie ufałem euro-socjalistom z IKEI, ale tą reklamą mnie przekonali. Warto od czasu do czasu posprzątać, jeśli nie dla siebie samego, to na pewno dla innych….

Written by Radek Oryszczyszyn

wtorek, 25 marzec 2008 at 19:13

Napisane w reklama

Tagged with , , ,

Rejwonetki

without comments

Są ludzie, którzy przespali lata siedemdziesiąte, którzy w czasach triumfu plastikowej dyskoteki przewracali się na drugi bok, a kiedy zdołowany Kurt Cobain we flanelowej koszuli o kilka rozmiarów za dużej, został ogłoszony prorokiem grunge’u, czytali pożółkłe amerykańskie komiksy sprzed czterdziestu lat. Są ludzie, którzy żyją w epoce szkolnych dancingów, dziewcząt w pilsowanych spódnicach i chłopakach z żelem na włosach.

Sharin Foo oraz Sune Rose Wagner, bo o nich mowa grają muzykę tak stylową, że nie sposób ich pomylić z nikim innym. Słodkie, proste melodie połączone ze ścianą gitar, trochę jak Jesus and Mary Chain. Pierwszą płytę, Whip It On (Wychłostaj to?), nagrali trzymając się konsekwentnie dwóch zasad: wszystkie piosenki są w tonacji h-mol i nie trwają dłużej niż trzy minuty. Aha, z filmów na youtube wynika, że są genialni na koncertach, o czym można się przekonać zerkając poniżej.

Written by Radek Oryszczyszyn

wtorek, 25 marzec 2008 at 18:54

Napisane w muzyka

Tagged with , ,

W aptece

z 3 komentarzami

Nerwowe wielkosobotnie popołudnie. Jedna z niewielu całodobowa apteka w centrum miasta. Trzy kasy i jedna, kilkunastoosobowa kolejka. Zniecierpliwienie klientów, kwestionowanie sensu jednej kolejki do trzech kas. Przysadzisty, ubrany w dres nieogolony czterdziestolatek w towarzystwie nastoletniej córki i ciemnowłosej, schludnie ubranej żony (głośno): “To tak, kurwa, po polsku, ta jedna kolejka, po co to?“. Stojąca za mną tleniony blond-czterdziestolatka w gorateksowej kurtce i skóropodobnej torbie przez ramię: “Stoją wszyscy jak do spowiedzi, bez sensu, stanąłby każdy przy innym okienku, lepiej by było“. Starszy pan z teczką, w znoszonym, choć porządnym garniturze, odwraca się i, lekko uśmechając, mówi do pani w gorateksie: “Czy trzy kolejki do każdej z kas będą w sumie krótsze od jednej kolejki do wszystkich kas?“.

Written by Radek Oryszczyszyn

niedziela, 23 marzec 2008 at 12:20

Rowery w Będzinie

z jednym komentarzem

Jakiś czas temu brytyjska piosenkarka Katie Melua zaskoczyła całą Polskę rewolucyjną tezą o dziewięciu milionach rowerów w Będzinie. Jak dotąd naukowcy nie zweryfikowali tego śmiałego twierdzenia, co dziwne, bo – gdyby stwierdzenie to było prawdziwe – oznaczałoby to, że na jednego mieszkańca tego średniowiecznego miasteczka na Śląsku, licząc starców i dzieci, przypada około 140 rowerów. Powstaje pytanie: po co im tyle rowerów i w jaki sposób Będzinianie je przechowują?

Dużo większą dociekliwością wykazali się brytyjscy astronomowie, którzy zweryfikowali inną tezę Katie z tej samej piosenki. Otóż nie jest prawdą, jak twierdzi piosenkarka, iż:

We are 12 billion light-years from
the edge,
That’s a guess,
No one can ever say it’s true (…)

Simon Singh z Emanuelle College w Cambridge zwraca uwagę, że – po pierwsze – Wszechświat jest większy niż twierdzi Melua, bo ma prawie 14 miliardów lat świetlnych, a – po drugie – to nie jest wcale domysł, ale fakt naukowy wsparty żmudnymi latami pracy setek, jeśli nie tysięcy uczonych.

Autorytet nauki okazał się potężny. Katie Melua przyznała naukowcom rację, początkowo tłumacząc się ograniczeniami piosenkowej frazy (12 milionów lepiej się rymowało), ale w ostateczności przyznając się do niedostatecznej wiedzy. Piosenkarka nagrała więc poprawioną wersję swojego hitu, co uwieczniono na poniższym filmie.

W poprawnej, zaproponowanej przez Singha wersji, Melua śpiewa:

We are 13.7 billion light-years from
the edge of the observable universe,
That’s a good estimate with
well-defined error bars,
Scientists say it’s true, but
acknowledge that it may be refined,
And with the available information, I predict that I will always be
with you

Być może fraza się trochę gubi i ucieka, ale precyzja nowej wersji ma w sobie coś równie uroczego, jak gładkie rymy starej wersji. Sytuacje, w których nauka wkracza w obszary na co dzień jej obce, zawsze są interesujące. Tutaj mamy przykład wyjątkowy, w którym przestrzenie sztuki i nauki nie polemizują ze sobą. Oto artystka uznała, że naukowa precyzja może mieć w sobie coś z piękna prawdziwej sztuki.

Written by Radek Oryszczyszyn

piątek, 21 marzec 2008 at 20:58

Studenci według antropologów kulturowych

z jednym komentarzem

Wykładowca antropologii kulturowej profesor Michael Wesch we współpracy ze swoimi studentami stworzył socjologiczny portret współczesnego amerykańskiego studenta. Być może powinienem być wściekły na całkowity brak rygoru metodologicznego w tym przedsięwzięciu, ale pewna świeżość i urok tego badania sytuują mnie bliżej zachwytu niż wstrzemięźliwości.

Bo czyż to nie ciekawe dowiedzieć się, że tylko 18% nauczycieli zna imiona swoich uczniów? I że przeciętny student czyta co prawda tylko 8 książek w ciągu roku, ale przegląda w tym czasie około 2300 stron internetowych. Że pisze w ciągu semestru około 42 stron prac naukowych i aż 500 stron e-maili?

Warto obejrzeć film dokumentujący badanie.

 

Written by Radek Oryszczyszyn

środa, 19 marzec 2008 at 22:40

Polactwo-partactwo

without comments

Lektura “Charakteru narodowego Polaków” Edmunda Lewandowskiego zbiegła się z osobistym doświadczeniem polskości w jej negatywnym wymiarze. Książki jeszcze nie skończyłem, ale już po przeczytaniu połowy widać podstawowy problem, który pojawia się, gdy podejmujemy próby zdefiniowania, na czym polega polskość. “Zawieszenie” mojego narodu pomiędzy Europą i Azją, Zachodem i Wschodem, katolicyzmem i prawosławiem, Cesarstwem i Caratem, modernizacją i zacofaniem, powoduje, że mówić o tym da się wyłącznie przez pryzmat zewnętrznych składników naszej tożsamości. Trudno więc wskazać, na czym polega “polskość” w czystej, wydestylowanej postaci. Można jednak łatwo wskazać, ile jest w nas niemieckości, litewskości, ruskości, żydostwa itd. Ta nasza tożsamościowa “kundlowatość”, brak jednolitości, jest przyczyną nijakości, bylejakości, partactwa we wszystkim, co robimy. Jedynie w Wielkopolsce i na Śląsku, gdzie “dużo w nas Niemca”, pracuje się dobrze. Tam jednak z kolei nie ma słowiańskiego szaleństwa, gorącej emocjonalności ludzi Wschodu. Wszędzie albo czegoś jest za mało, albo za dużo. Gdziekolwiek bym nie był, wszędzie “życie jest gdzie indziej“.

Written by Radek Oryszczyszyn

piątek, 14 marzec 2008 at 13:08

Dom jako miejsce gromadzenia zdjęć z podróży – relacja z wyprawy na Otryt

without comments

1.

Miły zbieg okoliczności sprawił, że przeczytałem “Into the Wild” Jona Krakauera niedługo po powrocie z Otrytu. Dobrze, że się tak stało, bo przestrzeń niedopowiedzenia i niepokoju w opowieści o tragicznej wędrówce Chrisa McCandlessa okazała się klamrą spinającą nie dość jeszcze uporządkowane refleksje z Warsztatów.

“Into the Wild” to rekonstrukcja podróży życia i śmierci dwudziestokilkuletniego młodzieńca, który pewnego dnia postanawia opuścić swój dom i wyruszyć „w dzicz” (into the wild). Zafascynowany postawą moralną Lwa Tołstoja i awanturniczym życiem Jacka Londona, przemierza Amerykę – najpierw samochodem, porzuca na rzecz autostopu, kolei i pieszej wędrówki.

Stacją Astopowo Chrisa McCandlessa jest opuszczony, zdezelowany autobus nr 142 z Fairbanks, stojący w głębi alaskańskiej tundry. Mieszka tam około 100 dni, w całkowitym osamotnieniu, by na przełomie lipca i sierpnia 1992 roku umrzeć śmiercią głodową.

Historia McCandlessa jest na wskroś niepokojąca, tajemnicza i niejednoznaczna. Interpretować ją można albo trywialnie, albo bardzo głęboko – wszelkie interpretacje pośrednie nie są możliwe. Jednocześnie, im bardziej autor opowieści próbuje ją zracjonalizować i wytłumaczyć, tym większa tworzy się przestrzeń głębi. W ten sposób pozostajemy z wrażeniem, o czym słusznie napisał mój kolega Mirek, że najważniejsze w tej historii jest to, co nie zostało powiedziane, że jest jakaś wielka otchłań, która bez wątpienia jest, lecz o której należy milczeć. Zupełnie jak u Wittgensteina, który przecież podobnie jak McCandless zaczytywał się Tołstojem, a następnie pisał w Traktacie Logiczno-Filozoficznym: O czym nie da się powiedzieć jasno, o tym trzeba milczeć.

Podobnie jak ludzie gór, nomadzi i wagabundowie nie potrzebują metafizyki, by żyć głęboko i „metafizycznie”, podobnie ludzkie historie potrzebują przestrzeni milczenia, niewiedzy. Przestrzenie te są trochę jak bańki mydlane – ulatują, gdy tylko próbujemy ich dotknąć. Jedyną metafizyką jest dla nich milczenie o metafizyce.

2.

Gra z Naturą, wymiana społeczna, jednia ideologiczna, klarowność relacji społecznych, zbyteczność metafizyki: oto najważniejsze słowa-klucze tegorocznego wyjazdu na Otryt. Wyjazd był przejrzysty pod wieloma względami i z tego punktu widzenia przypominał przejrzystość otryckiego nieba, która towarzyszyła nam do ostatniego dnia pobytu.

Pierwszym wrażeniem, które wraca, jest melancholia porannych podlaskich i lubelskich krajobrazów. Andrzej kończy audycję w radio o piątej, a już godzinę później odbieramy go z Radkiem i kierujemy się na południową wylotówkę miasta. Znam te okolice dobrze, ale rzadko zdarza mi się przemierzać je o brzasku, kiedy spowite mgłą wydają się być nieruchome. Mgła robi się coraz bardziej gęsta i ciężka w miarę zbliżania się do Lublina. Wtedy po raz pierwszy dostaję lekkiego krwotoku z nosa. Będzie się to powtarzać codziennie.

Za Lublinem zaczyna się robić pagórkowato i galicyjsko. W Nisku, na miejskim rynku, umawiamy się z Bartkiem. Jest słonecznie, powietrze pachnie wiosną. Andrzej przesiada się do Bartka i już na dwa auta jedziemy w kierunku Rzeszowa, by tam zjeść jakiś obiad.

Rzeszowski rynek jest z roku na rok coraz piękniejszy. Rosnąca różnica cywilizacyjna pomiędzy tym miastem a Białymstokiem jest bardzo widoczna. Duże miasta w Polsce przypominają ostatnimi laty place budowy. Niestety, Białystok jest pod tym względem w dalekim ogonie. W Rzeszowie, żartując, przechodzimy przez rynek i wchodzimy do jednego z wielu lokali gastronomicznych. Zamawiamy dwie duże pizze, które okazują się naprawdę ogromne. Nasze żarty dotyczące techniki śpiewu wokalisty zespołu Feel nie znajdują uznania osób przy sąsiednich stolikach, w związku z czym opuszczamy pośpiesznie lokal.

Podróż mija bardzo miło, jest słonecznie i wiosennie. Mijamy galicyjskie wsie i miasteczka: Tyczyn i Dynów. Jednak dopiero po przejechaniu Sanoka czuje się, że to już Bieszczady. Krótki postój w Sanoku, gdzie szukamy ulubionego supermarketu Bartka. Ostatecznie zakupy robimy w kultowym Haliczu, w Ustrzykach Dolnych. Piękna, malownicza droga 896, łącząca Ustrzyki Dolne z Górnymi kręci się w prawo i lewo, idzie raz w górę, raz w dół. Zbliża się wieczór, ale po prawej stronie doskonale widać mroczny, ponury i smutny grzbiet Otrytu.

Do Dwernika dojeżdżamy o zmierzchu. Samochody parkujemy u pani Ciomborowej, która wita nas bardzo serdecznie. Niebawem przychodzi Piotr, który załatwia w Dwerniku sprawy związane z zakupem ziemi. Postanowili razem z dziewczyną zbudować dom nad Sanem i zamieszkać tam na stałe. W celu odpowiedniego „zakorzenienia” niezbędne jest opicie faktu nowego sąsiada z miejscowymi, stąd częste zejścia Piotra na dół.

Zmieniamy buty, zakładamy plecaki i ruszamy w górę. Z każdym krokiem czuje się coraz wyraźniej, że Otryt jest naszym „miejscem mocy”, że w tym miejscu jest coś ważnego, „innego”. Podejście jest błotniste, dopiero za drugą ławką zaczyna się śnieg. Trudy całodziennej podróży gdzieś ulatują, jest bardzo wesoło i entuzjastycznie. Zostaję nieco z tyłu, aby w skupieniu celebrować wchodzenie. Dopiero przy trzeciej ławce wyprzedzam grupę i do Chaty wchodzę jako pierwszy.

Na Górze są już studenci, rolę Gospodarza pełni pod nieobecność Piotra Jarek, co jest szczególnie miłe, bo oznacza, że uznaje się już nas za „zasłużonych” Otrytczyków. Zajmuję moje ulubione miejsce na górnej pryczy przy kominie. Oczywiście o spaniu nie może być mowy. Schodzimy na dół, skąd słychać już dźwięk gitary i podniesione głosy. Jest dobrze, jak zwykle. Okazuje się, że w Chacie są znajomi z ubiegłorocznego wyjazdu, przede wszystkim Paweł i Stasiek.

Pierwszego wieczora zmęczenie podróżą nie pozwoliło na zbyt długie biesiadowanie. Rano po raz pierwszy w tym roku widzę bieszczadzkie połoniny. Nie zastanawiając się zbyt długo, po umyciu się i małym śniadaniu, wyruszamy z Bartkiem i Radkiem na spacer do Lutowisk. Po drodze spieramy się o Fragmenty. Próbuję – może niepotrzebnie za wszelką cenę – godzić pokłócone towarzystwo. Na dole jak zwykle wieje. W tym sezonie „U Biesa i Czada” jest zamknięte. Idziemy więc do „Rysia”, na drugim krańcu Lutowisk, przy Ośrodku Informacji i Edukacji Turystycznej Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Cywilizacja: czysty kibel, telewizja, piwo z nalewaka…. Wracamy tuż przed zmierzchem.

3.

Drugiego wieczoru zaczynamy referaty. Pierwszy jest Jarek, który dowodzi konieczności religii, reprezentując coś w rodzaju „naturalizmu metafizycznego”. Religia jest ludzką potrzebą, która być może powinna znajdować się na jednym z najwyższych szczebli drabiny potrzeb Maslowa. Jarek próbuje pokazać, że religijność jest postawą obecną praktycznie we wszystkich przejawach ludzkiej aktywności. Moje pytanie o osoby, które w sposób zdecydowany odmawiają sobie tej „przyjemności”, nie otrzymuję satysfakcjonującej odpowiedzi. Mam wrażenie, że potrzeby religijne są w większości z nas zakorzenione o wiele mocniej w sferze kulturowej, niż w indywidualnych, osobistych doświadczeniach. Dlatego konkluzją tej dyskusji pozostaje bardzo kompromisowy wniosek, iż wierzący i niewierzący poruszają się w „niekompatybilnych” wobec siebie dyskursach i jakiekolwiek porozumienie nie jest możliwe. Zgadzam się z tym stanowiskiem pod warunkiem przyjęcia, że dyskurs wierzących powinien być oparty na milczeniu. Skoro bowiem i język i rozum nie są w stanie wyrazić precyzyjnie treści religijnych, to nie należy ich do tego celu używać. Niestety, pomimo nieustannych klęsk na tym polu, podejmowane są nieustanne próby mówienia o Bogu, a także – o zgrozo – dowodzenia jego istnienia. Przypomina to próby wyznawania miłości językiem logiki formalnej….

Drugi referat, wygłoszony przez Bartka Kuźniarza, dotyczył utopii, ale tak naprawdę obracał się wokół Popperowskiego dylematu: czy tworzyć i realizować projekty społeczne? Zdaniem Bartka, niepotrzebnie odrzuciliśmy utopie, kojarząc je z dwudziestowiecznymi totalitaryzmami. W rzeczywistości związku takiego nie da się – jego zdaniem – wykazać, a za faszyzmem i komunizmem stoi raczej wściekły kapitalizm, industrializacja i urbanizacja. Szlachetne, niewinne wizje Morusa, Rousseau i innych, nie mają z tym nic wspólnego. Klęska utopii polega dzisiaj – według Bartka – na nieufności, jaką darzymy odważne wizje zmiany społecznej.

Na referat Bartka patrzyłem z perspektywy obserwatora przemian i transformacji polskiej lewicy na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Z takiej pozycji widać wyraźnie, że lewica jest najprościej w świecie obrażona na swój dawny elektorat za to, że zdradził ją z populistami i PiS-em. Izoluje się od świata, uciekając w świat filozofii, siatek pojęciowych i intelektualnych dysput. W ten sposób Marksowski postulat społecznego aktywizmu jest – świadomie lub nie – zanegowany przez tych, którzy sami siebie nazywają marksistami!

Pierwszy dzień i referaty Jarka oraz Bartka były więc wspaniałym oczyszczeniem przestrzeni pod program pozytywny. Porażka dyskursów religijnych, klęska metafizyki rozumianej jako gałąź filozofii, pochwała milczenia w sprawach niedyskursywnych. Niepowodzenie utopii i lewicowy foch na proletariat. To wnioski, z którymi należało się porządnie przespać.

4.

Zejście z Otrytu do Chmiela nie należy do uczęszczanych. Drugiego dnia postanowiłem samotnie zejść tą drogą, tym bardziej, że śniegu było naprawdę niewiele. Było słonecznie i ciepło. Szlak idzie wzdłuż dawnych pól uprawnych osady bojkowskiej, która mieściła się w miejscu, gdzie teraz jest Chata. To zejście jest kontynuacją ścieżki rozpoczynającej się w Dwerniku, mijam więc dwie ławeczki i dochodzę do dużej polany, ze starym, pamiętającym jeszcze lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku, zepsutym samochodem. Na polanie leżą wielkie kłody drzew. Pilnuje ich stróż w małym, niebieskim kontenerze. Po chwili pojawiają się pierwsze zabudowania Chmiela. Idzie się żwirową drogą wzdłuż potoku, który miejscami, szczególnie przy spiętrzeniach, pozostawia piękne konstrukcje lodowe. Docieram do sklepu przy krzyżówce, skąd skręcam w lewo, w kierunku Dwernika.

Idę jeszcze kawałek podziurawionym asfaltem i wtedy, nagle, przychodzi chwila niesamowitej euforii, jakieś przedziwne nagromadzenie i kumulacja energii. Słońce, wiatr, w dole szum Sanu i miarowy rytm butów uderzających o asfalt.

Dochodzę do Dwernika, gdzie w przydrożnym sklepiku spotykam Jarka, pijącego jakieś uwielbiane przez niego śląskie piwo w towarzystwie właściciela sklepu. Łapię szkolny autobus i – jako jedyny pasażer – dojeżdżam do Lutowisk. „Ryś” jest zamknięty, więc – zgodnie z corocznym rytuałem – zaglądam do obskurnego baru w pobliżu szkoły. Lokal znajduje się w podpiwniczeniu, do którego wchodzi się bocznymi drzwiami. Wewnątrz bardzo śmierdzi, bar znajduje się za kratami, a obsługę trzeba wzywać korzystając z urządzenia podobnego do domofonu. Piję piwo i nadaję smsy wyrażające tę otrycką euforię.

Wracam ulubioną trasą obok opuszczonego cmentarza, potem wyłożoną betonowymi klockami „filmówkę”. Na ławeczce za stokówką siadam na moment, delektując się drzewami i ciszą.

5.

Wszystkie referaty były świetne i dostarczyły obfitego materiału do sformułowania konstruktywnej wizji aktualnej rzeczywistości. Zapadło w pamięć wystąpienie Adriana – skrupulatnego obserwatora świata polskiej polityki z perspektywy rzeczywistości internetowej. Okazuje się, że w sytuacji „ujarzmienia” tych wszystkich dyskursów, które idą pod prąd mainstreamowi, internet jest jedynym miejscem, gdzie możliwa jest pluralistyczna, zróżnicowana, inspirująca debata polityczna. Oczywiście, internet jest sam w sobie bardzo różny. Mamy przecież i blogi tworzone przez polityków, a właściwie ich sztaby wyborcze, jak i serwisy realizujące najbardziej podstawowe postulaty obywatelskości, takie jak na przykład Salon24 Igora Janke. Internet tworzy najbardziej klarowne warunki realizacji dwóch głównych postulatów demokracji: powszechności i równości. Tworzy też niesłychanie klarowne sytuacje wymiany myśli, wyrażania postulatów i realizacji projektów. Oczywiście również uzależnia, ale być może właśnie ze względu na swoją atrakcyjność…

Ela przygotowała referat o nastoletnich prostytutkach w wielkich centrach handlowych. Ciekawie i głęboko opisany proceder sprowokował żywą dyskusję. W uczestnikach rozmowy widoczne było rozdarcie pomiędzy moralną niezgodą na to, o czym mówiła Ela, a trudnością w wyrażeniu, co w postępowaniu „szlaufów” (bo tak się te dziewczęta zwykło pogardliwie nazywać) jest takiego nagannego. Fenomenologiczno-ekonomiczne spojrzenie daje czysty i piękny obraz wymiany, z której obie strony czerpią korzyści. W dostrzeżeniu tego faktu przeszkadza nam siatka pojęciowa, w której nas wychowano. Jeśli ją odrzucić, na pozór skomplikowane rzeczy stają się niesamowicie zrozumiałe.

Ważny dla całego wyjazdu był również referat Andrzeja o postmodernizmie. W tym przypadku również starałem się zwrócić uwagę nie tyle na to, czym jest ten cały postmodernizm i czy żyjemy rzeczywiście w „postnowoczesności”. O wiele ciekawsze jest, co te pojęcia i związana z nimi ideologia robią z nami samymi, w jaki sposób determinują nasz sposób myślenia i działania. Postmodernistyczna globalna dekonstrukcja wszystkiego i atomizacja wartości jest – moim zdaniem – wyrazem naszych lęków o przyszłość, nie pełni natomiast roli „tłumacza” czy też „interpretatora” rzeczywistości jako takiej. Nie możemy powiedzieć na pewno, czy nasz świat jest światem ponowoczesnym, ale możemy się zastanowić, dlaczego nakładamy na rzeczywistość taką, a nie inną teorię. Świat idzie w kierunku dokładnie odwrotnym od tego, jaki zwiastują postmoderniści. Rzeczywistość się ujednolica. Demokracja, kapitalizm i sekularyzacja są wartościami, które zdobywają kolejne, do tej pory niedostępne, przyczółki i lądy. Być może popularność postmodernistycznych wizji światów zrelatywizowanych do granic możliwości to tak naprawdę modlitwa o powrót do rzeczywistości, w której istnieją granice, a nie diagnoza świata w którym granice „panują”?

6.

Kolejne dni mijały w zgodzie z rytuałem wszczepionym nam kiedyś przez Doktora: codzienne wędrówki, a po południu referaty ciągnące się do późnej nocy. Rytuał ten nie był przez nikogo narzucony, a nowi uczestnicy przyjęli go bez oporów. Nie wszyscy, co prawda, przygotowali referaty przed wyjazdem. Moja decyzja o tym, aby w możliwie jak najskuteczniejszy sposób „wymóc” na uczestnikach przygotowanie referatu, okazała się trafiona i zrekompensowała niesnaski i żal wielu osób. Ilość uczestników była optymalna, przedkładanie dyskusji nad inne rozrywki sprawiło, że nad Chatą unosił się wieczorami bardzo „kliszkowy” duch, co przyznał nawet zazwyczaj sceptyczny w takich sprawach Radek P.

Nie sposób nie wspomnieć o innych mieszkańcach Chaty, przebywających w tym czasie na Otrycie. O milczącej, wiecznie uśmiechniętej Justynie z Warszawy, która dopiero po powrocie ujawniła – za pośrednictwem Internetu – swoją towarzyską naturę. O świetnym Staszku, miłośniku kolei, który połowę Warsztatów przedyskutował i prześpiewał, by drugą – przespać… Nie sposób również nie wspomnieć o chłopakach z Milanówka pod Warszawą: Mateuszu i Jakubie, którzy reprezentowali dwa skrajnie przeciwstawne typy charakterów, jednocześnie świetnie się ze sobą dogadując i czując w swoim towarzystwie.

7.

Właśnie z nimi postanowiliśmy zbudować indiański szałas potu (sweat lodge) na jednej z okolicznych polan. Jedno ze słonecznych przedpołudni poświęciliśmy na budowę konstrukcji. Trochę trwało, zanim udało się odnaleźć odpowiednio długie i elastyczne gałęzie. Śniegu było niewiele, więc poszukiwania kamieni nie nastręczyły kłopotów, choć obawialiśmy się, że ten typ piaskowca będzie się kruszył pod wpływem temperatury. Okazało się, że upatrywaliśmy zagrożeń nie tam, gdzie powinniśmy.

Rozpalanie ogniska rozpoczęliśmy już po północy. Drewno było wilgotne i nie miało zbyt dużej ochoty się palić. W końcu udało się rozniecić całkiem spory ogień, jednak kamienie potrzebują dużo czasu, aby się porządnie rozgrzać. Czekaliśmy więc długo. Jeszcze przed zmrokiem zabraliśmy z Chaty około dziesięciu grubych koców, którymi przykryliśmy konstrukcję, czekającą teraz na przybycie rozżarzonych kamieni.

Dopiero około 2 w nocy doszliśmy do wniosku, że pora zaczynać. Rolę strażnika ognia przyjął Andrzej. Niestety, szałas okazał się nieszczelny, głównie ze względu na źle skonstruowane wejście. Było zbyt duże i niesprawnie się zamykało, przez co przy każdym otwarciu dochodziło do przewietrzenia wnętrza szałasu. Zrobiło się nieco cieplej, gdy polewaliśmy kamienie wodą, ale ogólny rezultat przedsięwzięcia był negatywny.

8.

Na ostatni dzień Warsztatów zaplanowano między innymi moje wystąpienie. Postanowiłem sobie – być może nieskromnie – na krótkie podsumowanie tego, czego się dowiedziałem w ciągu tych dni i co się z tego w mojej głowie urodziło.

Październik 2007 roku i wybory, których dokonali wtedy Polacy, były ze wszech miar przełomowe. Dokonano ostatecznego zakończenia ery polityki w tradycyjnym sensie tego słowa. Zgadzam się z Sierakowskim przekonującym, że zmiany zachodzące w Polsce nie są echem tego, co nastąpiło już jakiś czas temu na Zachodzie. Uważam, że veto PiS-owskiej rewolucji było symbolem końca tradycyjnej polityki w Europie. Zwyciężyła polityka bezideologiczna, wizerunkowa. Zwyciężyły liberalna demokracja i osłonowy kapitalizm.

Wbrew pozorom, nie jest to wcale sytuacja groźna. Uważam, że odrzucenie socjalizmu, strach przed rewolucją, jest ostatecznym krachem ideologii oferujących pozorną wolność. Przykład utopii jest tutaj znamienny: nieufność wobec projektów inżynierii społecznej wynika z przykrego doświadczenia XX wieku, które jest wciąż żywe, nawet u pokolenia urodzonego pod koniec lat 80-tych.

Kapitalizm i liberalna demokracja cechują się – z jednej strony realizmem, co odróżnia je od projektów lewicowych – z drugiej zaś strony – największą z wymyślonych przez człowieka możliwością realizacji celów, dążeń, marzeń. Dyskutowanie o „istocie” wolności i inne tego typu esencjalistyczno-metafizyczne mrzonki nie wytrzymują w konfrontacji z realnym doświadczeniem życia w demokratyczno-kapitalistycznym świecie, gdzie o wolności się nie dyskutuję, tylko z niej korzysta. Pieniądz jest najdoskonalszym z wymyślonych wynalazkiem umożliwiającym realizację ludzkich celów w społeczeństwie. Zamiast się go bać należy nauczyć się go używać. Wówczas relacje międzyludzkie się wyklarują, uwalniając się od mętności resentymentów, metafizyk, czarnych czap itd…

9.

Wstaliśmy dosyć wcześnie. Przed wyjściem, zgodnie z wolą Andrzeja, usiedliśmy na ganku Chaty. Jak nakazuje wielowiekowa ruska tradycja przygotowań do podróży, pomilczeliśmy kilka chwil, westchnęliśmy „ech”, po czym ruszyliśmy w dół.

Białystok, luty-marzec 2008.

[Zdjęcia zostały wykonane przez Patrycję Sokołowską. Serdecznie dziękuję za zgodę na wykorzystanie]

[Powyższy tekst w formacie pdf]

Written by Radek Oryszczyszyn

środa, 12 marzec 2008 at 1:11

Korytarze Komitetu

without comments

Pracuję w budynku, w którym przed 1989 rokiem mieścił się Komitet Wojewódzki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Pomimo, iż wraz ze zmianą systemową został on przejęty przez studentów, przez cały czas, przechodząc wąskimi korytarzami Wydziału, czuje się ciężki oddech historii. Tak jakby, pomimo remontów i przewietrzeń, pomiędzy cegłami tego monumentalnego gmaszyska, czaiła się atmosfera partyjnych narad. I nawet ludzie pukający do drzwi katedr i zakładów, bardziej są petentami niż studentami. Jaki jest powód, aby rozmowę rozpoczynać od “przepraszam”?

Być może, pomimo, iż urodzeni raptem rok przed Okrągłym Stołem, ci młodzi ludzie odziedziczyli pamięć i świadomość roli tego miejsca. Być może wiedzą, skąd te pozasłaniane regałami z książkami tajemnicze przejścia między gabinetami. Być może wierzą, że schodząc do wydziałowej czytelni, a potem jeszcze – po schodach – niżej, można dotrzeć do tajemniczego tunelu, którym da się dojść do lotniska na Krywlanach.

W tym miejscu na pewno są duchy. Kiedy wychodziłem dzisiaj jako ostatni z pracy, idąc długim, ciemnym i wąskim korytarzem w stronę wyjścia, uchylały delikatnie drzwi katedr i zakładów duchy sekretarzy, referentów, skarbników, sekretarek i zagubionych w Kafkowskim gmachu Józefów K.

Written by Radek Oryszczyszyn

piątek, 7 marzec 2008 at 22:25

Napisane w Białystok, Podlasie, historia

Tagged with